38. kongres LNE & SPA w Krakowie: neurokosmetyki, najbrzydszy krem na targach i dlaczego słabą jestem blogerką


Jest to relacja jeszcze gorąca, ponieważ właśnie wróciłam do domu i rozsiadłam się z herbatą po pierwszym dniu targów LNE w Krakowie. I zebrało mi się na odrobinę marudnego podsumowania. 
Najbardziej zależało mi na tym, żeby zdążyć na wykład dr Danuty Nowickiej i Anny Marcjasz: "Mózg i skóra: neurokosmetyki – nowoczesne rozwiązania w kosmetologii i wzmocnienie zabiegów estetycznych." Oczywiście, domyślałam się, że będzie to wykład towarzyszący wprowadzeniu nowej linii kosmetyków jakiejś marki... I nie pomyliłam się. Ale i tak temat wydał mi się na tyle ciekawy, że ledwie, w biegu, przywitałam się z Michałem, po czym zostawiłam go przy Norelu i pobiegłam do sali Paryż, już spóźniona.



Na szczęście, jak to zwykle bywa na takich wydarzeniach, poprzedni wykład nieco się wydłużył, więc zdążyłam.
Temat na dwudziestominutowym mini-wykładzie został ledwie zaznaczony, liźnięty i myślę, że jeśli ktoś nie stracił zainteresowania, to z pewnością doczytał resztę w domu. Lub dopytał na stoisku Arkany, bowiem jest to ich tegoroczna nowość: Neuro GABA & NANA Therapy, która opiera się na dwóch neuroprzekaźnikach – GABA (kwas gamma-aminobutyrowy) oraz NANA (kwas N−acetylo−5−neuraminowy). Odpowiadają one za przekazywanie sygnałów pomiędzy komórkami nerwowymi i docierają do innych komórek w naszym organizmie, wywołując konkretne działanie – wygładzenie zmarszczek i regenerację skóry.
Nawiasem mówiąc, choć nazwa "neurokosmetyk" brzmi dla wielu z Was pewnie dość kosmicznie, chyba każdy zna co najmniej dwa, stosowane w kosmetyce od bardzo dawna: mentol i kapsaicynę. 


Stoisko Arkany było oblegane, więc nie próbowałam się tam wciskać. Cieszy mnie bardzo, że kolejna polska marka stawia na tak innowacyjne rozwiązania. Mamy z czego być dumni: najpierw Norel Dr Wilsz startuje ze swoją niesamowitą genopielęgnacją jako czwarta marka na świecie, teraz neurokosmetyki... 



Kosmetologia to niezwykle dynamiczna dziedzina i chcąc być na topie zwyczajnie trzeba stale gonić za nowinkami, bo klienci też bardzo szybko się edukują. W branży kosmetycznej podejście "sprawdza się od 20 lat, więc niczego nie zmieniamy" może być dla marki bardzo kosztowne...


Rozmawiając z Michałem doszliśmy wspólnie do wniosku, że - jako kosmetolodzy i blogerzy żyjący w tym świecie kosmetycznym od tylu lat - nic nas właściwie już na tych targach nie interesuje, nie cieszą nowinki ani ładne opakowania, składy są takie sobie.
Nie zrozumcie mnie źle - to wciąż jest lepsza impreza niż niektóre targi tzw. kosmetyków naturalnych, na których każde kolejne stanowisko oferuje oleje do każdej części ciała, peelingi solne/cukrowe i mydła. Czyli w zasadzie bazy kosmetyczne, a nie kosmetyki, które mogłyby nas zainteresować.
Udało mi się dzisiaj zresztą porównanie: weźcie te wszystkie marki oferujące jakiś "olejek", na ten przykład, rokitnikowy. Tego rokitnikowego jest w składzie ok. 5-10%, reszta to stary, dobry olej słonecznikowy, do tego witamina E i może czasem jakiś zapach. Może nawet olejek eteryczny. I porównajcie go z Dziką Figą, która ma w składzie nie tylko fantastyczny olej z opuncji figowej, ale też szalenie skuteczną i silną substancję aktywną: 

witaminę C! 

Tyle w temacie.
Ponadto, z przykrością stwierdzam, że marketingowcy i osoby odpowiedzialne za kontakt z klientem w ogóle, bardzo często nie mają zielonego pojęcia o produktach, za którymi stoją. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, wynikające z życiowego doświadczenia, że sprawy miałyby się zgoła inaczej, gdyby osoby pracujące w laboratoriach nad recepturami tych kosmetyków mogły regularnie organizować marketingowcom szkolenia ze składników, a ci marketingowcy braliby w nich udział i rozumieli, że to jest ważne. 




No, ale dość marudzenia - na targach moją uwagę przyciągnęła marka Mansard, a konkretniej ich Krem Fitodetoksykujący anti-pollution, reklamowany z uśmiechem przez panią ze stoiska jako "najbrzydszy krem tych targów" :D
Zwróciłam na niego uwagę nie z powodu urody, ale konkretnego składnika, chyba nieczęsto spotykanego w pielęgnacji w ogóle: mirry. Yup. Ponadto krem ma w składzie kaolin, olej z awokado, drożdże piwowarskie, wyciągi z wąkroty azjatyckiej, bluszczu, nagietka, kasztanowca, oczaru wirginijskiego... Składników aktywnych jest w nim ponoć ok. 32% i powiem Wam, że to widać. Krem jest szary, tłusty, otulający i polecany do stosowania jako maska na noc, w której można spać.
I ja dzisiaj będę z nim na twarzy spać. Szkoda, że nie pachnie mirrą intensywniej, no ale nie można mieć wszystkiego.


Drugim moim "łupem" z tych targów jest... henna do brwi Apraise. Nie wiem, jak to się stało. Pan był bardzo miły, marki nie znam, a rzekomo są tam jakieś czarodziejskie pigmenty, dzięki którym kolor utrzymuje się na włoskach dłużej. No i dobra, przyzwyczajona jestem do henny Refectocil, czas może sprawdzić coś nowego. 
I... to są wszystkie moje zakupy targowe :D Zerknęłam jeszcze na półki z książkami, licząc na to, że znajdę tam książkę polecaną na wykładzie o neurokosmetykach, ale nie znalazłam. Zainteresowała mnie pozycja o telomerach i chętnie bym ją kupiła, jednak odrzuciła mnie jakość papieru, na jakim została wydrukowana. Coś wymaga zmiany - jakość albo cena. Taki ze mnie gbur.

Jutro drugi dzień targów oraz - nareszcie! - obiecane desery przy kawie u braci Szewczenko wraz z Monią i Michałem. Byliście na LNE? Znaleźliście coś ciekawego?

Buziaki
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger