DIY: baza pod makijaż, której nigdy nie zapomnisz użyć


Zbyt duży wybór baz pod makijaż na rynku? Żadna nie ma dobrej konsystencji? Ceny z kosmosu? Masz ich w szufladzie pierdylion, a i tak prawie nigdy żadnej nie używasz bo dodatkowa warstwa pod podkładem jest ostatnią rzeczą, o której marzysz rano? Jeśli jesteś jedną z tych osób, które zawsze zapominają lub nie chcą nakładać na skórę dodatkowej warstwy pod makijaż, to ten wpis naprawi wszystko. 
Nie dalej jak dwa tygodnie temu, kręcąc swój puder krzemionkowy z półproduktów ze sklepu Kolorowka.com odkryłam, że stworzenie sobie takiej bazy idealnej, która:
  • jest tania, 
  • nie wymaga posiadania szerokiej wiedzy z zakresu technologii produkcji kosmetyków, 
  • robi cuda (o tym za chwilę!), 
  • nigdy, ale to nigdy nie będzie leżała zapomniana w szufladzie, lecz zostanie zużyta do końca, 
  • a w dodatku będzie miała takie ekstra właściwości kosmetyczne, jakie cenisz najbardziej w pielęgnacji cery. 
...jest bajecznie łatwe. Takie jajko Kolumba – rozwiązanie genialne w swojej prostocie. Ale do rzeczy! 


Gwiazdą dzisiejszego wpisu są mikrosfery silikonowe, których również użyłam do stworzenia swojego wygładzającego jak blur w Photoshopie pudru. Otóż jest to surowiec doskonale już znany w światku kosmetycznym. Spotkać go można w produktach takich, jak „meteoryty” Guerlain czy w pudrze Prep + Prime z MAC. O tym, że można mikrosfery dodawać również do kremów czy podkładów, wiedziałam już od dawna. Można je znaleźć choćby w Golden Snail Intensive BB Cream ze Skin79. Ale wiecie jak to jest z wiedzą: owszem, posiada się ją, ale gorzej z jej efektywnym wykorzystaniem.
Wtedy jednak połączyłam kropki i przyszło mi do głowy, że gdyby się dało wmieszać te mikrosfery silikonowe do produktu, którego używa się codziennie i nigdy o nim nie zapomina... gdyby tylko istniało coś takiego, co wklepuje się codziennie rano w skórę... ;)


Otóż to jest tak proste: wybieramy krem nawilżający, o odpowiadającym nam składzie/konsystencji/właściwościach, którego i tak używamy codziennie z zadowoleniem, a następnie dodajemy do niego ok. 8-10% mikrosfer silikonowych, mieszamy dokładnie i otrzymujemy wygładzającą bazę, która dodatkowo wydłuża trwałość nałożonego następnie makijażu, delikatnie matowi cerę a nawet chroni ją przed utratą wody. Nie mówiąc już o wszystkich dodatkowych właściwościach kosmetycznych, które i tak zapewnia nam sama "baza bazy" - czyli krem, który wybraliśmy do tej receptury.

Dla porządku, podaję przepis:



Mikrosfery silikonowe nie rozpuszczają się w środowisku wodnym i zaleca się dodawać je do fazy olejowej, jednak z kremami łączą się bez większych problemów. Wystarczy cierpliwie mieszać, można też użyć mieszadełka/spieniacza do mleka. Ja mieszam po prostu bagietką i jestem zadowolona z efektu.
Półprodukt jest dostępny w sklepie Kolorowka.com. Ceny zaczynają się od 5,50 PLN.




Ostatnio używam codziennie kremu biomimetycznego Geno Dr Wilsz, produktu z wyższej półki o świetnym składzie, który pokazywałam Wam w podlinkowanym powyżej poście. I właśnie to piękne opakowanie wybebeszyłam, krem przełożyłam do zlewki i dosypałam do niego mniej-więcej 8-10% mikrosfer silikonowych, wciąż kręcąc głową na myśl, że nie wpadłam na to wcześniej. 
A ponieważ ciekawskie ze mnie stworzenie, zrobiłam mały eksperyment aby sprawdzić moc działania mikrosfer w zależności od rodzaju wybranego kremu. 
Wyciągnęłam więc z szafki kremik z Green Pharmacy za 10, 50 PLN, czekający w kolejce na zużycie i do niego również wsypałam podobną ilość mikrosfer chcąc sprawdzić, czy i jak się oba moje kosmetyki będą różniły właściwościami. Czy cena kremu, do którego sypiemy mikrosfery silikonowe ma znaczenie? 

Nie chcąc Was skazywać na katusze niepewności, od razu odpowiadam: nie za bardzo. Znacznie większe znaczenie ma po prostu fakt, czy wybrany krem Wam zwyczajnie odpowiada. Czy spełnia swoje zadanie, dobrze kondycjonuje skórę, nie szkodzi Wam nadmiernie i tak po prostu - czy go lubicie, niezależnie od konsystencji, ceny, itp., itd.
Dodatek mikrosfer silikonowych nie zagęści kremu, nie sprawi też, że stanie się on ciastowaty i widoczny na skórze, ponieważ mikrosfery są zupełnie transparentne i nie bielą skóry nawet gdy są nakładane solo jako puder.

Co więcej, składnik ten sprawia, że każda emulsja nabiera nowych właściwości: 
  • przestaje się błyszczeć na skórze, daje wykończenie baaaaardzo, naprawdę bardzo podobne do tego charakterystycznego, matowego "bluru" jaki dają bazy silikonowe pod makijaż. 
  • Jednocześnie w widoczny i oczywisty sposób zwiększa trwałość nałożonego nań makijażu - tak mineralnego jak i zupełnie, drogeryjnie konwencjonalnego. 
  • Wygładza fakturę skóry, ukrywając już na poziomie pielęgnacji zarówno drobne zmarszczki (polecam pod oczy!!!) jak i rozszerzone pory czy drobne blizny.
  • Mikrosfery silikonowe zachowują się więc nieco podobnie do krzemionek, ale mają jeden, potężny atut: nie wysuszają skóry, mogą więc być stosowane codziennie również na skórę suchą i normalną.
  • Można zaryzykować stwierdzenie, że składnik ten "naprawia" nawet do pewnego stopnia konsystencję kremu, zwiększając jego poślizg, polepszając płynność aplikacji i zostawiając skórę jedwabiście miękką.
Najważniejszym atutem tej samoróbkowej i śmiesznie taniej bazy pod makijaż jest jednak dla mnie to, że ma ona wszystkie te właściwości pielęgnacyjne kremu, z którego ją wyrzeźbiłam. No i to, że nie muszę nakładać bazy jako odrębnego kosmetyku, kolejnej warstwy pod makijaż. Znacie to: mycie, tonik, serum, krem, filtr, baza, makijaż... codziennie 3 kg więcej ;) Uwielbiam kosmetyki wielofunkcyjne, więc jeśli już krem pielęgnujący, który i tak stosuję codziennie rano, może mi również "odhaczyć" sprawy załatwiane bazą pod makijaż, to ja jestem za!
Nie mogę przestać się miziać po twarzy :) Spróbujcie tego - jeden składnik, 15 sekund mieszania i tyle problemów z głowy!

Ekstra info dla ciekawskich:
Mikrosfery silikonowe (Polymethylsilsesquioxane) to sama chemia, a konkretniej polimer wytworzony przez hydrolizę i kondensację metylotrimetoksysilanu:
Methyltrichlorosilane and methanol are used to form methyltrimethoxysilane which is then polymerized by hydrolysis and condensation to form polymethylsilsesquioxane.
Jeśli jednak to kogoś pocieszy, dokopałam się do informacji, iż jest to produkt w zupełności wegański, wolny od GMO i nietestowany na zwierzętach :)




Buziaki
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger