Arsenic - naturalnie z przekorą
  Blondyni z Wysp Salomona

Blondyni z Wysp Salomona

ARSENIC
człowiek · percepcja · kolor

biologia pigmentacji · HVC · analiza kolorystyczna

O tym, dlaczego człowieka łatwiej zrozumieć, kiedy przestaje się go klasyfikować.

Aleksandra Galiszkiewicz · ARSENIC

Blond włosy i bardzo ciemna skóra wyglądają na zestaw niezwykły głównie dlatego, że przywykliśmy do oglądania ludzkiej pigmentacji przez pryzmat kilku dobrze znanych europejskich konfiguracji. Jasna skóra występuje w naszym otoczeniu często razem z jasnymi włosami i tęczówkami, ciemniejsze włosy często towarzyszą ciemniejszej oprawie oczu. Kiedy poszczególne elementy tego zestawu zaczynają zachowywać się niezależnie, łatwo odnieść wrażenie, że coś do siebie „nie pasuje”.

Biologia człowieka żadnej takiej umowy jednak nie podpisała.

W Melanezji, między innymi na Wyspach Salomona, naturalne blond włosy występują u ludzi o bardzo silnie pigmentowanej skórze. Nie są rezultatem rozjaśniania włosów słońcem ani wodą morską i nie dają się wyjaśnić niedawną domieszką europejską. W 2012 roku zespół Eimear Kenny opublikował w Science badanie, które wskazało jeden z głównych mechanizmów odpowiedzialnych za ten fenotyp: wariant genu TYRP1, prowadzący do zamiany aminokwasu w białku TYRP1 — Arg93Cys, zapisywanej również R93C. W populacji badanej na Wyspach Salomona allel osiągał częstość około 26%, a blond włosy były silnie związane z posiadaniem dwóch jego kopii. [Kenny i wsp., 2012]

Naturalnie blond włosy u mieszkańca Melanezji
Naturalnie blond włosy u mieszkańca Melanezji, Vanuatu. Fot. Graham Crumb, Wikimedia Commons, CC BY-SA 2.0 . Źródło .
To drobna zmiana zapisu, która prowadzi nas bardzo głęboko w biologię koloru człowieka.

Arginina staje się cysteiną

Zapis R93C oznacza, że w pozycji 93 białka TYRP1 arginina została zastąpiona cysteiną. R jest jednoliterowym symbolem argininy, C — cysteiny. Tyrozyna, z którą łatwo tutaj o skojarzenie ze względu na nazwę tyrosinase-related protein 1, miałaby symbol Y.

Ta zamiana jest interesująca z powodów strukturalnych. TYRP1 zawiera obszar bogaty w cysteiny i stabilizujące białko mostki dwusiarczkowe. Arginina 93 znajduje się blisko skupiska takich wiązań. Dodanie kolejnej cysteiny może zaburzać ich prawidłowe tworzenie, a wraz z nim fałdowanie i stabilność całego białka. Badanie struktury ludzkiego TYRP1 opublikowane kilka lat po pracy Kenny wskazało właśnie taki mechanizm jako prawdopodobną konsekwencję R93C. Ta sama praca pokazała zresztą, że ludzki TYRP1 ma w centrum aktywnym dwa jony cynku, a jego rzeczywista funkcja enzymatyczna jest bardziej złożona, niż zakładały wcześniejsze modele. [Lai i wsp., 2017]

Pierwotna praca z Science zwracała uwagę na dodatkowy trop. U myszy istnieje mutacja Tyrp1 R38C, również zamieniająca argininę na cysteinę. Towarzyszą jej zmniejszona stabilność i funkcja TYRP1 oraz mniejsza zawartość melaniny we włosach. Podobieństwo obu mutacji dostarcza dobrego modelu roboczego dla R93C u człowieka, chociaż analogia z myszą pozostaje analogią i nie zastępuje bezpośredniego badania melanezyjskich włosów.

Ważne: cysteina pojawiająca się w zapisie R93C nie staje się „cysteiną we włosie”, która kierowałaby melanogenezę w stronę feomelaniny. Jest jednym z aminokwasów budujących białko TYRP1. Cysteina rzeczywiście odgrywa fundamentalną rolę w powstawaniu feomelaniny, ale w zupełnie innym miejscu całego procesu.

Blond nie musi oznaczać dużej ilości feomelaniny

Ludzką pigmentację zwykle opisujemy przede wszystkim poprzez dwie duże rodziny melanin: brunatnoczarną eumelaninę i żółtawo-czerwonawą feomelaninę. Rzeczywisty pigment jest chemicznie bardziej złożony niż takie dwa słowa sugerują, ale podział jest użytecznym punktem wyjścia.

Intuicja może podpowiadać, że żółtawy blond zawdzięcza barwę dużej ilości żółtawej feomelaniny. Analizy chemiczne ludzkich włosów pokazują inny obraz. Shosuke Ito i Kazumasa Wakamatsu badali zawartość obu rodzajów pigmentu we włosach czarnych, ciemnobrązowych, brązowych, jasnobrązowych, blond i rudych. Wraz z przechodzeniem od włosów czarnych do blond systematycznie malała przede wszystkim zawartość eumelaniny. Feomelanina pozostawała na stosunkowo niskim poziomie w większości nierudych włosów; wyraźnie duży jej udział pojawiał się we włosach rudych. [Ito, Wakamatsu, 2011]

Blond może więc powstać poprzez bardzo małą ilość ciemnego pigmentu. Gdy eumelaniny jest niewiele, coraz większego znaczenia nabiera struktura samego włosa, sposób rozpraszania światła, rozmieszczenie pigmentu oraz własności melanosomów. Żółtawy czy złotawy wygląd włosa nie stanowi sam w sobie dowodu na dominację feomelaniny.

W przypadku mieszkańców Wysp Salomona najbardziej prawdopodobny model prowadzi obecnie przez zaburzoną eumelanizację włosa związaną z TYRP1. Nadal jest to model, którego ważnego elementu brakuje.

Badanie, którego nikt jeszcze najwyraźniej nie zrobił

Melaninę we włosach umiemy analizować chemicznie od dawna. Już w latach osiemdziesiątych opracowano metody wykorzystujące chemiczną degradację pigmentu i chromatografię cieczową. Później zestaw markerów oraz metody oznaczeń były rozwijane i udoskonalane. PTCA może służyć jako marker eumelaniny, TTCA jako jeden z markerów feomelaniny, a 4-AHP pozwala analizować komponent feomelaninowy po hydrolizie kwasem jodowodorowym. [Ito, Fujita, 1985]

Można także badać strukturę eumelaniny bardziej szczegółowo, między innymi udział jednostek pochodzących od DHI i DHICA, oraz zestawić analizę chemiczną z mikroskopowym obrazem melanosomów. Badania tego rodzaju wykonywano na ludzkich włosach różnych kolorów. [Ozeki, Ito, Wakamatsu, 1996]

A jednak w literaturze, którą udało mi się znaleźć, nadal nie ma eksperymentu, który najbardziej chciałabym tutaj zobaczyć: porównania włosów osób z Wysp Salomona o genotypach związanych z TYRP1 R93C i bez tego wariantu oraz bezpośredniego oznaczenia eumelaniny, feomelaniny, składu eumelaniny i morfologii melanosomów.

Mamy: genotyp · fenotyp · strukturę TYRP1 · techniki pozwalające zbadać pigment.

Brakuje doświadczenia, które połączyłoby te elementy w jednym badaniu.

Dlatego na obecnym etapie można rozsądnie podejrzewać, że jasność melanezyjskich włosów wiąże się z niewielką ilością prawidłowo wytwarzanej eumelaniny i być może również zmianami dotyczącymi organizacji pigmentu czy melanosomów. Nie wiemy jeszcze, czy głównym efektem R93C jest sama ilość eumelaniny, jej właściwości chemiczne, dojrzewanie melanosomów, sposób upakowania pigmentu czy kilka tych zjawisk jednocześnie.

Ta luka jest dla mnie szczególnie ciekawa, ponieważ wizualny rezultat przypomina coś doskonale znajomego z niskopigmentowanych populacji europejskich: bardzo jasny włos. Podobny efekt obserwacyjny może więc powstać różnymi drogami biologicznymi.

Kolor jest rezultatem. Nie zdradza automatycznie całej drogi, która do niego doprowadziła.

Skóra najwyraźniej nie dostała tej samej wiadomości

Najbardziej interesującą cechą R93C pozostaje tkankowa selektywność jego efektu.

W 2014 roku Heather Norton i współpracownicy zbadali 550 mieszkańców północnej Melanezji. Wariant 93C występował tam ze średnią częstością około 12%, niższą niż około 26% obserwowane wcześniej na Wyspach Salomona, a jego częstość bardzo wyraźnie różniła się pomiędzy poszczególnymi wyspami. Wciąż był istotnie związany z jaśniejszym włosem. Nie wykazano analogicznego związku z jaśniejszą pigmentacją skóry. [Norton i wsp., 2014]

To jest jedna z tych informacji, które potrafią uporządkować myślenie o kolorystyce człowieka lepiej niż kolejna tabela typów.

Skóra, włosy i tęczówki korzystają z melanogenezy i melanosomów, ale nie są trzema końcówkami jednego suwaka. Ilość pigmentu, jego rodzaj, rozmieszczenie, aktywność melanocytów, funkcjonowanie melanosomów i ekspresja poszczególnych genów mogą różnić się pomiędzy tkankami.

Możemy więc oglądać człowieka o bardzo wysokiej pigmentacji eumelaninowej skóry i ciemnych tęczówkach, którego włosy poprzez zmianę dotyczącą konkretnego elementu aparatu pigmentacyjnego stały się blond.

Z punktu widzenia biologii jest to ciekawa kombinacja cech. Z punktu widzenia systemu oczekującego, że ciemna skóra powinna przychodzić w komplecie z ciemnymi włosami, staje się „problemem do rozwiązania”.

Problem stworzył jednak system, nie człowiek.

Kieran Dodds i rude włosy, które odmawiają pozostania w jednej szufladzie

Podobną lekcję, tyle że fotograficzną, daje od lat Kieran Dodds w projekcie Gingers.

Projekt zaczął się w Szkocji, gdzie rude włosy mają bardzo silne znaczenie kulturowe i łatwo uznać je niemal za lokalny znak rozpoznawczy. Dodds wyszedł jednak daleko poza Szkocję. Gingers obejmuje portrety wykonane przez jedenaście stref czasowych, od obu Ameryk przez Europę po Bliski Wschód i Azję. Fotograf opisuje projekt jako historię przepływu DNA przez kultury i pokolenia. [Gingers — strona projektu]

W nowszej kontynuacji, Gingers of America, wśród osób zgłaszających się do projektu pojawiali się ludzie o szkockich i irlandzkich korzeniach, ale także rdzenni Amerykanie, Latynosi czy osoby z pochodzeniem środkowoazjatyckim. Sam projekt przesuwa więc uwagę z prostego skojarzenia „rudy = Celt” ku historii migracji, rekombinacji i różnorodności ludzi, którzy mogą nosić podobną cechę. [Gingers of America]

Fotografie Doddsa są dla mnie interesujące również kolorystycznie. Rudość włosa za każdym razem pozostaje bardzo wyrazistym elementem pejzażu człowieka, ale pejzaż wokół niej się zmienia. Zmienia się jasność skóry, jej barwa, pigmentacja oczu, oprawa oka, kontrast, ilość eumelaniny w pozostałych strukturach. Samo stwierdzenie „rude włosy” mówi więc zaskakująco mało o całym człowieku.

W swoich analizach widzę dokładnie to samo. Rudy włos może znaleźć się przy bardzo jasnej biało-różowej skórze i niebieskich tęczówkach, może też pojawić się w znacznie silniej pigmentowanym fenotypie. Kolor włosa pozostaje istotną informacją, ale nie staje się instrukcją pozwalającą odtworzyć resztę człowieka.

Angélica Dass i kilka tysięcy odpowiedzi na pytanie o „kolor skóry”

Jeszcze bardziej bezpośrednie przełożenie na kolor daje Humanæ Angéliki Dass.

Dass fotografuje ludzi na jednolitych tłach, których barwę dobiera na podstawie próbki 11 × 11 pikseli pobranej z okolicy nosa fotografowanej osoby, a następnie odnosi ją do systemu Pantone. Projekt powstaje od lat i obejmuje już tysiące ludzi fotografowanych w wielu krajach. Jego punktem wyjścia jest zakwestionowanie języka, w którym ludzką skórę opisuje się za pomocą kilku etykiet: „białej”, „czarnej”, „czerwonej” czy „żółtej”. [Humanæ — strona projektu]

Wystarczy spojrzeć na zestawione ze sobą portrety, żeby zobaczyć absurd tych określeń jako opisu koloru.

Ludzka skóra tworzy ogromne kontinuum. Przesuwa się w barwie, jasności i nasyceniu, a widoczny kolor powstaje wskutek współdziałania melaniny, hemoglobiny, właściwości optycznych tkanek oraz oświetlenia. Słowo „brązowy” obejmuje obszar tak wielki, że z punktu widzenia analizy koloru samo w sobie przekazuje niewiele.

Humanæ doskonale pokazuje także coś, co w pracy z człowiekiem jest dla mnie podstawowe: kategoria może być społecznie bardzo silna i kolorystycznie bardzo słaba.

Człowiek sklasyfikowany jako „czarny” może mieć skórę wyraźnie jaśniejszą, ciemniejszą, bardziej czerwonawą, bardziej żółtawą, bardziej neutralną, bardziej lub mniej chromatyczną niż inna osoba umieszczana pod tą samą nazwą.

W analizie kolorystycznej interesuje mnie ten rzeczywisty kolor.

Człowiek opisany przez HVC

W tym miejscu genetyka, fotografia Doddsa, Humanæ Dass i analiza kolorystyczna zaczynają mówić o tym samym zjawisku różnymi językami.

Fenotyp człowieka można obserwować przez trzy podstawowe własności koloru: Hue, Value i Chroma.

Hue barwa
Value jasność
Chroma nasycenie

Nie zakładam przy tym, że cały człowiek posiada jedno H, jedno V i jedno C. Wręcz przeciwnie. Skóra, włosy, tęczówki, oprawa oka, usta, rumień i pozostałe widoczne elementy tworzą rozkład tych parametrów.

To właśnie ten rozkład nazywam czasem pejzażem człowieka.

I tutaj blondyni z Wysp Salomona okazują się fantastycznym materiałem do myślenia.

Włosy mają wysokie Value. Są jasne.

Skóra ma Value znacznie niższe.

Silnie pigmentowane tęczówki i oprawa oczu mogą znajdować się również w ciemniejszych zakresach.

Próba ustalenia, czy taki człowiek jest „jasny”, czy „ciemny”, traci więc sens. Znacznie więcej informacji daje stwierdzenie, że jego fenotyp charakteryzuje bardzo szeroki rozrzut na osi jasności.

I to zmienia sposób budowania kolorystyki ubrania.

Każda cecha potrzebuje oparcia

Przez lata pracy wypracowałam sobie prostą zasadę: istotne cechy kolorystyczne człowieka powinny znaleźć oparcie w kolorach, które wokół niego budujemy.

Oparcie oznacza dla mnie odpowiedź na hue, value i chroma. Nie wymaga dosłownego kopiowania koloru tęczówki albo włosów.

Jeżeli ktoś ma jasną skórę i jasne tęczówki, a przy tym bardzo ciemne włosy i ciemną oprawę oczu, jego pejzaż zawiera oba końce osi jasności. Jasne oczy nie powinny zostać porzucone w kompozycji złożonej wyłącznie z głębokich kolorów tylko dlatego, że włosy są ciemne. Ciemne włosy nie znikają natomiast tylko dlatego, że skóra jest jasna.

Podobnie patrzę na osobę z biało-różową skórą, błękitnymi tęczówkami i rudymi włosami. Rude włosy są dużym, fizycznie obecnym elementem jej kolorystyki. Ich barwa i nasycenie powinny dostać odpowiedź w stylizacji. Nie musi to być kolejne rude pole. Oparcie może zostać stworzone za pomocą innej barwy o pokrewnej jakości, odpowiedniego nasycenia, jasności albo relacji pomiędzy kilkoma kolorami.

U melanezyjskiego blondyna jasne włosy również potrzebują oparcia.

Gdybyśmy zbudowali całą stylizację wyłącznie z bardzo ciemnych wartości, pozostawilibyśmy ogromną jasną powierzchnię włosów poza kompozycją. Gdyby wszystko zostało rozjaśnione, stracilibyśmy kontakt z głęboką pigmentacją skóry i oczu.

Naturalnym rozwiązaniem staje się duży zakres Value w samej stylizacji.

Może pojawić się kolor głęboki, średni i wyraźnie jasny. Ich konkretne proporcje będą już zależały od konkretnego człowieka, bo nawet w obrębie jednej populacji nie istnieje przecież jeden fenotyp.

Nasycenie i ilość pigmentu

Nasycenie wymaga nieco bardziej ostrożnego języka.

Wysoka zawartość eumelaniny oznacza silną pigmentację. Nie można jej matematycznie utożsamić z wysokim Chroma, ponieważ bardzo duża absorpcja światła obniża również jasność, a wraz z zejściem do bardzo niskiego Value zmienia się dostępny zakres chromatyczności.

Człowiek nie jest jednak abstrakcyjną próbką farby.

Bardzo ciemna skóra i silnie pigmentowane tęczówki są w całej kompozycji wyraźnymi elementami wizualnymi. Nie skłaniałabym się więc w takim fenotypie ku palecie bardzo wyszarzonej i niskonasyconej. Jednocześnie blond włosy nie dają mi powodu, żeby przesunąć całość aż ku skrajnym, niemal neonowym nasyceniom.

Jako punkt wyjścia najbardziej przekonuje mnie nasycenie średnie do średnio wysokiego.

To oczywiście hipoteza dotycząca kolorystyki konkretnego rodzaju fenotypu, a nie wynik badania populacyjnego. W praktyce każdą osobę należałoby obserwować oddzielnie.

Hue: brąz, złoto i ciepło, które trzeba jeszcze sprawdzić

Na fotografiach wielu blond mieszkańców Melanezji pejzaż rzeczywiście grawituje wizualnie ku cieplejszym zakresom: pojawiają się głębokie brązy skóry i żółtawe lub złotawe włosy.

Tutaj również dobrze zachować ostrożność. „Brąz” jest nazwą wizualną obejmującą wiele różnych hue, a złotawy wygląd bardzo jasnego włosa nie daje nam automatycznie informacji o dużej zawartości feomelaniny. Przy niewielkiej ilości pigmentu coraz większy udział w obserwowanym efekcie mają własności keratyny i optyka włosa.

Jeżeli jednak konkretny człowiek rzeczywiście prezentuje przewagę cieplejszych wizualnie barw skóry i włosów, uwzględniłabym tę informację w jego kolorystyce.

Roboczy pejzaż: cieplejszy kierunek hue · średnie lub średnio wysokie chroma · bardzo szeroki zakres value.

Taki opis jest dla mnie znacznie bardziej użyteczny niż nazwa typu kolorystycznego.

Nie potrzebuję nowego typu

Przez wiele lat obserwowania ludzi coraz mniej interesowało mnie wymyślanie kolejnych nazw dla kombinacji, które nie mieściły się w istniejących systemach.

Gdy odkrywca docierał kiedyś do lądu, którego nie znał, mógł zatknąć flagę, nadać mu nazwę i uznać problem za rozwiązany. Nie mam potrzeby uprawiania analizy kolorystycznej w podobny sposób.

Jeżeli spotkam człowieka, którego skóra przypomina zakres kojarzony w jednym systemie z jednym „typem”, włosy przypominają drugi, a oczy trzeci, nie powstaje z tego nowa pora roku, hybryda ani trzynasty czy dwudziesty siódmy typ wymagający chrztu.

Powstaje człowiek.

Jego cechy mają biologiczne przyczyny i fizyczne właściwości. Mogę próbować zrozumieć mechanizm ich powstawania, opisać obserwowany rezultat poprzez hue, value i chroma, zobaczyć relacje pomiędzy poszczególnymi elementami, a następnie zbudować kolorystykę ubrania, która stworzy dla tych cech odpowiednie oparcie.

Właśnie ten proces interesuje mnie w analizie kolorystycznej najbardziej.

Dwa pejzaże

Od dawna myślę o kolorystyce człowieka jak o pejzażu.

Pejzaż ma swoje miejsca jasne i ciemne. Ma kolory bardziej intensywne i bardziej wyciszone. Ma dominanty barwne, akcenty, powtórzenia, kontrasty i obszary przejściowe. Jego elementy mogą być skrajnie różne, a mimo to należeć do jednej całości.

Ubranie tworzy drugi pejzaż.

Moja praca polega na takim zbudowaniu tego drugiego, żeby pierwszy pozostał widoczny i żeby oba zaczęły ze sobą współpracować.

Blondyni z Wysp Salomona są pięknym przykładem tego, dlaczego przy takim myśleniu klasyfikacja szybko staje się drugorzędna. Ich bardzo jasne włosy i bardzo ciemna skóra nie wymagają pogodzenia dwóch sprzecznych typów kolorystycznych. Wymagają zauważenia szerokiego zakresu jasności. Silnie pigmentowana skóra i tęczówki dostarczają informacji o nasyceniu i sile całego pejzażu. Rzeczywista barwa skóry, oczu i włosów pozwala ustalić kierunki hue.

Biologia dostarcza wyjaśnienia, skąd ten pejzaż się wziął.

Fizyka koloru pozwala go opisać.

Percepcja pomaga zrozumieć relacje.

Dopiero na końcu pojawiają się ubrania.

I chyba właśnie wtedy analiza kolorystyczna zaczyna robić się naprawdę ciekawa.
jeśli chcesz pracować w ten sposób
Biologia, fizyka koloru i człowiek zamiast gotowej tabeli

Jeśli zajmujesz się analizą kolorystyczną i chcesz rozumieć mechanizmy stojące za obserwowanym fenotypem, właśnie temu poświęcam szkolenie „Biologiczne i fizyczne podstawy analizy kolorystycznej człowieka”. Pracujemy na biologii pigmentacji, fizyce koloru, HVC, percepcji oraz metodzie przechodzenia od obserwacji do argumentowanych wniosków i praktycznych rekomendacji.

Chodzi o to, żeby umieć zobaczyć człowieka jako złożony układ cech, opisać go i samodzielnie zbudować dla niego kolorystyczne rozwiązania.

A jeśli chcesz zobaczyć tę metodę na własnej kolorystyce

Podczas stacjonarnej analizy pracuję właśnie w ten sposób: obserwujemy rzeczywiste cechy Twojego fenotypu, ich barwę, jasność, nasycenie i relacje między nimi, a potem przekładamy je na konkretne kolory do noszenia.

Sprawdź analizę stacjonarną

Źródła i dalsza lektura

  • Kenny E.E. i wsp., Melanesian blond hair is caused by an amino acid change in TYRP1, Science, 2012 — pełny tekst w PMC .
  • Norton H.L. i wsp., Distribution of an allele associated with blond hair color across Northern Island Melanesia, American Journal of Physical Anthropology, 2014 — PubMed .
  • Lai X. i wsp., Structure of Human Tyrosinase Related Protein 1 Reveals a Binuclear Zinc Active Site Important for Melanogenesis, 2017 — pełny tekst w PMC .
  • Ito S., Wakamatsu K., Diversity of human hair pigmentation as studied by chemical analysis of eumelanin and pheomelanin, 2011 — PubMed .
  • Ito S., Fujita K., Microanalysis of eumelanin and pheomelanin in hair and melanomas by chemical degradation and liquid chromatography, 1985 — PubMed .
  • Ozeki H., Ito S., Wakamatsu K., Chemical characterization of melanins in sheep wool and human hair, 1996 — PubMed .
  • Kieran Dodds, Gingers — strona projektu .
  • Angélica Dass, Humanæ — strona projektu .
ARSENIC · człowiek · percepcja · kolor

„Jestem u siebie”. Monika, zgaszone lato i dwa lata życia w cudzych kolorach

„Jestem u siebie”. Monika, zgaszone lato i dwa lata życia w cudzych kolorach

ARSENIC
człowiek · percepcja · kolor
analiza kolorystyczna · fenotyp · zgaszone lato

Czasami analiza kolorystyczna zmienia garderobę, ale znacznie bardziej interesują mnie te momenty, w których zmienia sposób patrzenia na siebie, bo wtedy człowiek przestaje siłować się z własnym wyglądem i zaczyna rozumieć, czego właściwie szuka.

Monika podczas spotkania w białej koszuli
Monika podczas naszego spotkania.

Monika przyszła na spotkanie w śnieżnobiałej koszuli i z intensywnie różowym paskiem torebki przewieszonym przez ramię. Dwa lata wcześniej podczas innej analizy została określona jako czysta wiosna, więc przez kolejne dwa lata robiła właściwie wszystko, czego można oczekiwać od osoby, która zaufała cudzej diagnozie: próbowała nosić wskazane kolory, przyzwyczaić się do nich, uczynić je swoimi i znaleźć w nich siebie.

Później napisała mi, że widziała, iż „szału nie było”, ale nie przyszło jej do głowy zakwestionować tamtego werdyktu. Uznała raczej, że być może lepiej już nie będzie i że tyle właśnie można wyciągnąć z jej kolorystyki. To zdanie zostało mi w głowie, bo pokazuje rzecz ważniejszą niż różnica między dwiema nazwami typów: człowiek, który nie dostał narzędzia pozwalającego zrozumieć własny fenotyp, bardzo często nie ma czym zweryfikować usłyszanej odpowiedzi, a wtedy łatwiej zakwestionować własną urodę niż cudzy wniosek.

Monika opowiadała mi również o samym przebiegu poprzedniej analizy. Zapamiętała osobę, która ją wykonywała, jako niepewną własnych wniosków i nie do końca przekonującą w sposobie ich uzasadniania. Ostatecznie padło określenie „czysta wiosna”, a Monika zabrała tę odpowiedź do domu i przez dwa lata traktowała ją jak coś, co po prostu trzeba przyjąć. Powiedziała mi też, że osoba, która wykonywała tamtą analizę, nie pracuje już dziś w tym zawodzie. Nie wiem, z jakiego powodu z niego odeszła i nie zamierzam tego dopowiadać; dla tej historii istotniejsze jest to, że Monika została z werdyktem, którego sama nie umiała zweryfikować, i przez kolejne dwa lata próbowała dopasować do niego siebie.

Jeśli wynik analizy istnieje tylko jako cudzy werdykt, klientce zostaje wiara. Jeśli można go rozłożyć na obserwacje dotyczące jasności, nasycenia, barwy i kontrastu, zostaje jej znacznie więcej: możliwość rozumienia.

Biała koszula, która nie pomagała nikomu

Ta biała koszula bardzo dobrze opowiada tę historię również wizualnie, chociaż fotograficznie później solidnie mi nabruździła. Śnieżna, czysta biel jest przy Monice bardzo mocnym punktem odniesienia: znacznie czystszym, jaśniejszym i bardziej jednoznacznym niż barwy obecne w jej twarzy, włosach i tęczówkach.

Duża powierzchnia bardzo jasnego materiału wpływa też na odbiór całego kadru i późniejszą ocenę balansu bieli, zwłaszcza wtedy, gdy zależy mi na zachowaniu subtelnych relacji pomiędzy skórą, włosami i oczami.

Zdjęcia wykonywane podczas analizy nie mają być portretami „upiększającymi”. Potrzebuję zachować człowieka takim, jaki rzeczywiście jest: z naturalną teksturą skóry, drobnymi naczynkami, przebarwieniami, asymetrią, pojedynczymi włosami, które nie chcą współpracować, z siwizną i wszystkimi niewielkimi różnicami, które budują realny fenotyp.

Monika ma zresztą fantastyczne włosy. Siwieją naturalnie i nierównomiernie, tworząc złożoną mieszaninę jasnych i ciemniejszych włókien, a ich chłodniejsza, srebrzysta obecność nie jest niczym, co trzeba „naprawiać”. Jest kolejnym elementem materiału, z którym pracuję.

Oczy, które nagle zaczęły być widoczne

Tęczówka Moniki i kolory zgaszonego lata

Po spotkaniu Monika napisała mi o zielonej dżinsowej kurtce, którą pokazałam jej w Zarze. Założyła ją następnego dnia i zauważyła coś bardzo prostego:

„Zauważyłam w niej moje oczy — zaczęły się wyodrębniać z tła.”

Kolor oczywiście nie zmienił jej tęczówek. Nie zrobił ich bardziej zielonych ani bardziej niebieskich. Zmienił otoczenie, w którym je oglądamy, a dzięki temu ich własna jasność, nasycenie i barwa stały się łatwiejsze do zauważenia.

Przy bardzo czystych, intensywnych barwach ubranie potrafi mieć większą siłę wizualną niż twarz, której miało przecież służyć. U Moniki znacznie ciekawiej zaczynają pracować chłodniejsze i umiarkowanie nasycone zielenie, petrole, przygaszone róże, fiolety, przydymione błękity, stalowe i szałwiowe odcienie. Nie ma tu mowy o braku koloru. Zmienia się jego jakość.

Zgaszone lato nie jest szare, bure i ponure

Monika sama przyznała później, że przed spotkaniem miała o zgaszonym lecie dość mgliste pojęcie. Kojarzyło jej się przede wszystkim z czymś „szarym, burym i ponurym”, do czego raczej niewiele osób dobrowolnie chciałoby należeć.

Trudno się temu dziwić, jeżeli o kolorystyce człowieka opowiada się za pomocą nazw pór roku oraz kilku stereotypowych próbek. Umiarkowane nasycenie zaczyna wtedy brzmieć jak brak koloru, podczas gdy oznacza po prostu inną relację między czystością, jasnością i barwą.

Monika w kolorach zgaszonego lata

Można mieć zieleń, petrol, róż, fiolet, błękit, wzory i połączenia kilku barw naraz, pozostając jednocześnie w zakresie dobrze współpracującym z jej fenotypem. Właśnie dlatego w materiałach po analizie pokazuję nie tylko pojedyncze próbki, ale również realne zestawienia i ubrania, bo dopiero wtedy parametry przestają być abstrakcją, a zaczynają działać jak normalna garderoba.

Wirtualna przymierzalnia i prawdziwy człowiek

W przypadku Moniki miałam bardzo dobry materiał wyjściowy, ponieważ zdjęcia wykonałam sama podczas spotkania. Na ich podstawie przygotowałam później wirtualną przymierzalnię, która nie służy mi do stworzenia młodszej, gładszej ani bardziej „idealnej” wersji klientki. Zmieniam ubranie, ponieważ właśnie ono jest zmienną, którą chcę obserwować. Człowiek ma zostać ten sam.

wirtualna przymierzalnia
Ten sam człowiek. Inne otoczenie kolorystyczne.
Trzy warianty ubrań Moniki
01 Trzy różne rozwiązania kolorystyczne przy tej samej twarzy, włosach, skórze i tęczówkach.
Kolejne trzy warianty ubrań Moniki
02 Kolor może być spokojny albo bardziej złożony, gładki albo wzorzysty — nadal pozostaje częścią tego samego zakresu.
kliknij zdjęcie, aby obejrzeć je w pełnym rozmiarze
człowiek pozostaje punktem odniesienia

Nie wygładzam skóry, nie odmładzam, nie prostuję asymetrii i nie układam Monice włosów. Wirtualna przymierzalnia ma pokazać działanie koloru na człowieku, który rzeczywiście będzie później te kolory nosił.

Mogę więc zmieniać barwę, jasność, nasycenie, wzór i relacje pomiędzy kolorami na ubraniu, pozostawiając możliwie niezmienioną twarz. Dzięki temu materiał nie staje się fantazją o „lepszej wersji siebie”, tylko praktyczną próbą odpowiedzi na pytanie, co konkretny kolor robi z konkretnym człowiekiem.

Dwa tygodnie później

Pierwszy mail Moniki po analizie kolorystycznej

Po spotkaniu zaczęły przychodzić maile. Monika zamówiła rzeczy w nowych dla siebie zakresach, zaczęła na nowo oglądać własną garderobę i myśleć o farbowaniu części ubrań zamiast natychmiastowej wymiany wszystkiego.

Próbnik miał jej się przydać również do włóczek, ponieważ robi na drutach i chciała wreszcie sprawdzić, które z nagromadzonych motków rzeczywiście mieszczą się w jej zakresie, a którym lepiej znaleźć nowego właściciela.

Lubię ten moment, kiedy kolor zaczyna wychodzić poza ubrania, a próbnik przestaje być wachlarzem „do zakupów” i zaczyna działać jako narzędzie porównawcze. Można przyłożyć go do tkaniny, włóczki, kurtki, apaszki albo rzeczy przeznaczonej do farbowania i samodzielnie oceniać relację barwy, jasności i nasycenia.

Próbnik barw ARSENIC dla zgaszonego lata
narzędzie po analizie

Próbnik zgaszonego lata

Monika chce używać go nie tylko przy ubraniach, ale również przy swoich włóczkach: porównywać, sprawdzać, które motki mieszczą się w jej zakresie i decydować, z których rzeczywiście warto dziergać.

Kolor do oglądania, porównywania i używania — nie do zapamiętywania.

zobacz próbnik
Drugi mail Moniki po analizie kolorystycznej
„W sumie jest mi tak lekko, bo nie muszę już błądzić i szukać, i tułać się tu i tam, trafiłam do «kolorystycznego» domu. Jestem u siebie.”

To zdanie jest dla mnie ważniejsze niż informacja, że komuś podobają się jego kolory. Dobra analiza nie powinna budować kolejnego systemu zakazów i nakazów, który klientka musi nosić w głowie razem z pytaniem, czy wolno jej kupić konkretną bluzkę. Powinna zmniejszać liczbę pytań, które trzeba zadawać komuś innemu.

Jeśli po spotkaniu człowiek zaczyna samodzielnie zauważać własne oczy w zielonej kurtce, rozpoznawać różnice nasycenia, oceniać włóczki, rozumieć reakcję swojej twarzy na czystą biel i budować kolejne połączenia bez ciągłego pytania mnie o zgodę, wiedza zaczyna działać również poza gabinetem.

I wtedy rzeczywiście można trochę przestać się tułać.

materiały dodatkowe do analizy

Wirtualna przymierzalnia

Wirtualna przymierzalnia pokazuje różne kolory, wzory i zestawienia na tej samej twarzy, bez zmieniania człowieka. Przy analizie stacjonarnej pracuję na wykonanych przeze mnie zdjęciach, dzięki czemu materiał wyjściowy pozwala bardzo precyzyjnie obserwować samą zmianę ubrania.

sprawdź opcje analizy
stacjonarna analiza kolorystyczna

Kolorystycznie u siebie?

Zapraszam na stacjonarną analizę kolorystyczną.

KRAKÓW · WARSZAWA · WROCŁAW

zarezerwuj analizę

Zdjęcia Moniki, przygotowane dla niej wersje z wirtualnej przymierzalni oraz fragmenty korespondencji zostały opublikowane za jej zgodą.

ARSENIC
człowiek · percepcja · kolor

Nie uganiaj się za ubraniami

Nie uganiaj się za ubraniami

CZŁOWIEK · PERCEPCJA · KOLOR

Rynek odzieżowy nauczył nas zachowywać się tak, jakby ubrania były dobrem rzadkim, chociaż żyjemy otoczone ich niewyobrażalnym nadmiarem.

Nie uganiaj się za ubraniami – zakupy, moda i FOMO

Ile ton ubrań znajduje się w tej galerii?

Od lat podczas stacjonarnych analiz kolorystycznych robię z klientkami pewne ćwiczenie myślowe. Mamy na nie dobre warunki, bo pracuję między innymi w galeriach handlowych w Warszawie i Krakowie, więc wystarczy na chwilę oderwać wzrok od kolorów i rozejrzeć się dookoła.

Jak myślisz, ile ton ubrań znajduje się w tej jednej galerii?

Nie mam pojęcia i właśnie dlatego pytam o to w ten sposób, zamiast próbować podać liczbę. Chodzi o zmianę perspektywy. Jesteśmy w jednym budynku, w jednym mieście, otoczonym kilkoma innymi galeriami, ulicami handlowymi, sklepami, outletami i magazynami, a do tego dochodzi niewyobrażalnie większa oferta internetowa. Wokół nas znajduje się taka ilość odzieży, że prawdopodobnie przez całe życie nie zdążyłybyśmy nawet dokładnie obejrzeć wszystkiego, co możemy dzisiaj kupić.

Później zadaję drugie pytanie: jak często, Twoim zdaniem, zmieniają się kolekcje? Raz na sezon? Co kwartał?

W przypadku największych graczy fast fashion rzeczywistość jest znacznie szybsza. Inditex, właściciel Zary, opisywał swój system logistyczny jako dostarczający nowe produkty do sklepów dwa razy w tygodniu. Jeśli wrócisz do tego samego sklepu za kilka dni, możesz więc znaleźć w nim rzeczy, których dzisiaj jeszcze nie ma, podczas gdy część dzisiejszych nowości niedługo przesunie się w stronę wyprzedaży.

Kiedy zestawimy niewyobrażalną ilość dostępnej odzieży z tempem jej wymiany, zaczyna być widać absurd sytuacji, w której to my uganiamy się za ubraniami.

Za chwilę tego nie będzie. No i co z tego?

Jednym z najbardziej skutecznych mechanizmów współczesnego handlu odzieżą jest wytworzenie poczucia niedoboru wewnątrz systemu, którego prawdziwym problemem jest nadmiar.

Ten sweter może rzeczywiście zniknąć. Ten konkretny model spodni może się wyprzedać. Sukienki, którą zapisałaś sobie w telefonie, za miesiąc może już nie być.

No i co z tego?
Za chwilę będą następne.

Ogromna rotacja asortymentu sprawia, że konsumentka pozostaje w ciągłym napięciu pomiędzy nadmiarem wyboru a strachem przed utratą pojedynczej rzeczy. Z jednej strony mamy tysiące produktów, z drugiej każdy z nich może zostać przedstawiony jako okazja, którą właśnie tracimy. Krótkie serie, kolejne dropy, informacje o ostatnich sztukach, promocje ograniczone czasowo i nieustanny dopływ nowości sprawiają, że zaczynamy podejmować decyzję według pytania „czy zdążę to kupić?”, zanim zdążymy porządnie odpowiedzieć sobie na znacznie ważniejsze: „czy ja tego w ogóle potrzebuję?”.

Według Europejskiej Agencji Środowiska przeciętny mieszkaniec Unii Europejskiej konsumował w 2022 roku około 19 kg odzieży, obuwia i tekstyliów domowych. W tym samym roku w UE powstało około 6,94 miliona ton odpadów tekstylnych.

Naprawdę nie funkcjonujemy w świecie, w którym problemem jest brak ubrań.

Ubrania z datą ważności

Współczesny rynek odzieżowy zrobił jednak coś jeszcze ciekawszego: nadał ubraniom datę ważności, i to właściwie dwukrotnie.

Pierwsza zaczyna odliczać jeszcze przed zakupem. Produkt pojawia się w sklepie na krótko, za chwilę zastąpi go kolejny drop, rozmiary znikają, aplikacja informuje o ostatnich sztukach, a internet zdążył już pokazać nam, że właśnie ten fason jest teraz wszędzie. Czas na zastanowienie zostaje skrócony, ponieważ spokojna decyzja jest dla sprzedawcy znacznie mniej korzystna niż decyzja podejmowana pod presją utraty okazji.

Po zakupie zaczyna odliczać druga data ważności.

Ubranie, które fizycznie może służyć przez wiele lat, zostaje wpisane w cykl trendów, w którym za jakiś czas ma zacząć wyglądać na „zeszłoroczne”. Zmienia się modna szerokość nogawki, wysokość stanu, długość marynarki, proporcja płaszcza, kształt noska buta czy rodzaj dekoltu. Rzecz nadal jest cała, nadal spełnia swoją funkcję i być może nadal świetnie na Tobie wygląda, ale pojawia się kolejny powód, żeby zacząć rozglądać się za następną.

Najpierw dostajesz mało czasu, żeby kupić, później coraz mniej czasu, żeby czuć, że to, co kupiłaś, pozostaje aktualne.

Kto właściwie powiedział Ci, że potrzebujesz spodni flare?

Cały ten biznes jest znacznie większy niż ubrania wiszące w sieciówce. Wokół ciągłej zmiany funkcjonuje cały ekosystem: prognozowanie trendów, tygodnie mody, media modowe, stylistki, influencer marketing, aplikacje zakupowe, programy afiliacyjne i twórcy przygotowujący kolejne zestawienia rzeczy, które „musisz mieć”.

Stylistki, magazyny i influencerki śledzą kolejne kolekcje, a następnie tłumaczą je na język naszych potrzeb: tego potrzebujesz tej jesieni, teraz nosimy to, ten fason właśnie wrócił, te pięć rzeczy powinno znaleźć się w Twojej szafie.

Samo śledzenie trendów nie jest niczym złym. Moda jest fascynującym zjawiskiem kulturowym, trendy mogą być świetną inspiracją, a ja sama regularnie o nich piszę. Problem pojawia się wtedy, kiedy informacja o tym, co dzieje się obecnie w modzie, zaczyna być przedstawiana jako instrukcja dotycząca tego, co Ty powinnaś kupić.

Wyobraźmy sobie, że nie lubisz spodni flare. Źle się w nich czujesz, nie podobają Ci się proporcje, które tworzą, nie pasują do Twoich butów, stylu ani codziennego życia. Pojawiają się jednak w kolekcjach, później oglądasz je w zestawieniach trendów, stylistka pokazuje pięć sposobów ich noszenia, ktoś ogłasza wielki powrót fasonu, a ktoś inny przygotowuje listę modeli, które warto kupić.

Po odpowiednio długiej ekspozycji rzecz, której nie chciałaś, może zacząć wyglądać jak brak. Kupujesz spodnie, a pół roku później wiszą w szafie niekochane i niechciane.

Prawdziwe pragnienie zakupu nie musi oznaczać prawdziwej potrzeby posiadania.

Trend może inspirować. Nie musi wydawać poleceń

Trendy są zjawiskiem znacznie starszym i bardziej skomplikowanym niż fast fashion. Zmiana estetyczna jest częścią kultury, reaguje na sztukę, technologię, sytuację ekonomiczną, muzykę, kino, subkultury i poprzednie cykle mody.

Współczesny przemysł nauczył się jednak znakomicie tę zmianę komercjalizować, przyspieszać i przekładać na kolejne okazje do zakupu.

Można przeczytać raport trendowy i ucieszyć się, że znowu pojawia się fiolet, który uwielbiam i którego przez kilka sezonów prawie nie było w sklepach. Można również dojść do wniosku, że skoro modne są spodnie, których nie znoszę, najwyraźniej powinnam zacząć je nosić.

W pierwszym przypadku trend poszerza dostępny wybór. W drugim zaczyna zarządzać naszym poczuciem tego, czego potrzebujemy.

Tymczasem sweter może spokojnie istnieć przez dwa lata

Bardzo ciekawie wygląda na tym tle drugi koniec rynku. Małe polskie marki potrafią sprzedawać te same modele przez kolejne sezony, rozwijać je, dokładać kolory, uzupełniać rozmiary i budować ofertę bez konieczności unieważniania tego, co zaprojektowały kilka miesięcy wcześniej.

I bardzo lubię tę perspektywę, ponieważ ubranie sprzed dwóch lat nie uległo przecież biologicznemu przeterminowaniu.

Dobry wełniany sweter nie budzi się któregoś ranka jako produkt nieaktualny. Nadal jest wełnianym swetrem, nadal grzeje, nadal może mieć świetny fason, kolor i skład. Jeśli dwa lata temu był dobrze zaprojektowany, dzisiaj nie stracił tych właściwości w wyniku żadnego fizycznego procesu.

Ubrania w rzeczywistości nie mają daty ważności.

Datę ważności ma opowieść, którą rynek do nich dopisuje.

Szafa bardzo dobrze pamięta cudze potrzeby

Czasem patrzymy na ubranie założone jeden raz i zastanawiamy się, jak mogłyśmy wydać na nie kilkaset złotych. Przecież wtedy wydawało się piękne. Przecież tak bardzo chciałyśmy je mieć.

Być może rzeczywiście było piękne. Warto jednak zapytać, czy było piękne dla Ciebie, czy pasowało do Twojego życia i czy odpowiadało potrzebie, która istniała przed zobaczeniem tej rzeczy.

Można kupić fantastyczną jedwabną sukienkę i dokonać fatalnego zakupu, jeśli właściwie nie ma się gdzie nosić jedwabnych sukienek. Można kupić świetnie uszytą marynarkę w doskonałej cenie, która przez następne trzy lata będzie zajmowała miejsce w szafie osoby pracującej z domu i nienoszącej marynarek. Można kupić modny fason, którego nigdy się szczególnie nie lubiło, ponieważ przez kilka tygodni cały internet przekonywał, że właśnie tak wyglądają teraz dobrze ubrane kobiety.

Jakość produktu i jakość decyzji zakupowej to dwie różne rzeczy.

To Ty przychodzisz z pieniędzmi

Dlatego podczas analiz bardzo dużo mówię o wybiórczości. Analiza kolorystyczna ma dać kolejne kryterium selekcji, a nie kolejny powód do wymiany zawartości szafy.

Jeżeli potrzebujesz swetra z wełny merinosów, możesz być naprawdę upierdliwa. Możesz chcieć dokładnie określonego koloru, dekoltu, długości, fasonu, grubości dzianiny i składu. Możesz nie chcieć merino oznaczonego jako machine washable. Możesz nie chcieć domieszki poliamidu. Możesz mieć konkretny budżet.

Jeżeli sklep ma dzisiaj wyłącznie golf, nie wynika z tego obowiązek kupienia golfu. Możesz odrzucić sto swetrów i kupić sto pierwszy.

To Ty przychodzisz z pieniędzmi.
Produkt może najpierw spełnić Twoje wymagania.

Właśnie dlatego robię e-booki zakupowe

Moje przeglądy zakupowe wyrosły dokładnie z tej filozofii. Nie chcę tworzyć kolejnego miejsca, do którego trzeba regularnie zaglądać, żeby sprawdzić, co nowego należy kupić. Chcę wykonać wcześniej dużą część pracy, która zaczyna być potrzebna dopiero wtedy, kiedy rzeczywiście czegoś szukasz.

Przekopuję więc ogromną część oferty internetowej i odsiewam. Jednym z podstawowych filtrów jest kolor, ponieważ przeglądy przygotowuję dla konkretnych typów kolorystycznych. Kolejnym jest skład i materiał.

W jesiennych WARSTWACH główną rolę grają wełna owcza i jagnięca, merino, kaszmir czy alpaka. Tworzywa syntetyczne pojawiają się tam, gdzie ich właściwości mają konkretne uzasadnienie funkcjonalne, między innymi w części poświęconej odzieży przeciwdeszczowej.

Z ogromnej oferty zostaje kilkaset linków. To nadal dużo, ale istnieje zasadnicza różnica pomiędzy kilkuset produktami pogrupowanymi według zastosowania i wstępnie przefiltrowanymi według konkretnych kryteriów a wejściem do internetu bez żadnego filtra.

Filtr chroni również przed przypadkowymi pragnieniami

Jeżeli potrzebujesz swetra i zaczynasz szukanie od strony dużego sklepu albo wyszukiwarki, zanim znajdziesz sweter, zobaczysz mnóstwo innych rzeczy. Reklamy pokażą Ci kolejne, algorytm zapamięta zainteresowanie ubraniami i będzie podsuwał następne, a po drodze trafisz na promocję sukienek, nowe buty, kurtkę sezonu i spodnie, których pięć minut wcześniej w ogóle nie planowałaś kupować.

Każdy kolejny produkt dostaje szansę na stworzenie kolejnej zachcianki.

Selekcja ogranicza tę ekspozycję. Jeśli potrzebujesz swetra, otwierasz swetry. Jeśli szukasz kurtki przeciwdeszczowej, idziesz do kurtek przeciwdeszczowych. Pierwsza, najbardziej chaotyczna warstwa rynku została już przeze mnie przejrzana.

Paradoksalnie więc e-book zakupowy może służyć temu, żeby mniej zajmować się zakupami. Może spokojnie leżeć przez kilka tygodni albo miesięcy i czekać na moment, kiedy pojawi się rzeczywista potrzeba.

Najpierw potrzeba, później produkt

Być może to jest najprostsza zasada zakupowa, jaką mogę zaproponować po latach pracy z kolorem i cudzymi szafami: pozwól potrzebie powstać przed produktem.

Najpierw zauważ, że brakuje Ci ciepłego swetra. Później określ, jaki powinien być: materiał, fason, kolor, dekolt, budżet. Dopiero z takim opisem idź szukać.

Wtedy ogrom współczesnego rynku odzieżowego zaczyna działać na naszą korzyść. Nie znalazłaś dzisiaj odpowiedniego modelu, możesz poszukać za tydzień. Ten zniknął, pojawi się inny. Nie zgadza się skład, zostaw go. Kolor jest prawie dobry, możesz poczekać na lepszy.

Nie musimy synchronizować własnych szaf z tempem produkcji przemysłu odzieżowego. Rynek może wypuszczać nowe rzeczy kilka razy w tygodniu, stylistki mogą ogłaszać kolejny wielki powrót fasonu, a trend może zdążyć narodzić się, rozlać po internecie i umrzeć.

Ty możesz kupić następny sweter za trzy lata.

W jednej galerii handlowej znajdują się tony ubrań, za kilka dni przyjadą następne, a część małych marek będzie nadal spokojnie sprzedawała świetny sweter, który sprzedawała dwa lata wcześniej.

Możemy więc przestać uganiać się za ubraniami z pieniędzmi w garści i pozwolić sobie na luksus bycia naprawdę wybrednymi.

WARSTWY

Jesienne przeglądy zakupowe zrobiłam właśnie po to, żeby zdjąć z Ciebie pierwszą, najbardziej chaotyczną część szukania. Setki przejrzanych produktów zostały przefiltrowane pod kątem koloru, materiału i sensowności zakupu, a następnie uporządkowane tak, żeby można było wrócić do nich wtedy, kiedy naprawdę czegoś potrzebujesz.

Wełna, merino, kaszmir, alpaka, warstwy noszone przy ciele, swetry i dodatki, a dalej rzeczy na jesienny deszcz — osobno dla fenotypów letnich i jesiennych.

WARSTWY · TYPY LETNIE WARSTWY · TYPY JESIENNE

Kupuj wtedy, kiedy czegoś potrzebujesz.
Wybieraj długo, marudź przy składzie, odrzucaj prawie dobre kolory i zostawiaj w sklepie rzeczy, które spełniają dziewięć z dziesięciu warunków. Ubrań naprawdę nam nie zabraknie.

To Ty przychodzisz z pieniędzmi. Możesz być wybredna.

Arsenic
ARSENIC · CZŁOWIEK · PERCEPCJA · KOLOR

Co właściwie robi u mnie AI?

Co właściwie robi u mnie AI?

ARSENIC · WARSZTAT

Od lat próbuję sprawić, żeby dostępne mi narzędzia pokazały to, co mam w głowie. AI nie rozpoczęło tej pracy, ale po raz pierwszy dało mi narzędzie, które za nią nadąża.

W 2021 roku napisałam na Instagramie tekst o świetle widzialnym, falach elektromagnetycznych, absorpcji i odbiciu światła, receptorach znajdujących się w siatkówce oraz obrazie, który ostatecznie powstaje w mózgu, a zilustrowałam go filiżanką kawy. Zielonej kawy, dodajmy, chociaż kawa oczywiście zielona nie była.

Archiwalny wpis Arsenic z 2021 roku o świetle widzialnym, zilustrowany filiżanką z zazielenioną kawą
Arsenic, 2021. Tak, kawa została przeze mnie zazieleniona filtrami w telefonie.

Wzięłam zdjęcie, które miałam, i za pomocą filtrów w telefonie zmieniłam jego barwę tak, żeby pokazywało to, o czym chciałam opowiedzieć. Dzisiaj trochę mnie to bawi, ale właściwie bardzo dobrze pokazuje mój ówczesny warsztat: pomysł miałam konkretny, wiedziałam, jaki efekt chcę osiągnąć, więc próbowałam wycisnąć go z narzędzi, które akurat miałam pod ręką.

Przez lata robiłam to samo na dziesiątki sposobów, zestawiając znalezione zdjęcia, dodając próbki Pantone, zmieniając barwy filtrami i budując proste kolaże, kiedy chciałam pokazać jakąś konkretną relację między kolorami. Harmonię kolorystyczną przedstawiałam za pomocą figur geometrycznych, czasem przygotowywałam planszę z tekstem na jednolitym tle, a bardzo często wpisywałam tekst bezpośrednio w relacji na Instagramie, robiłam screena i miałam grafikę.

Archiwalna grafika Arsenic sprzed wprowadzenia obecnej identyfikacji wizualnej
Arsenic przed obecną identyfikacją wizualną: tekst, jednolite tło i narzędzia, które akurat miałam pod ręką.
Archiwalna grafika Arsenic z zielonymi butelkami i zieloną sukienką
Zdjęcia, próbki koloru i prosty kolaż — narzędzia były skromne, ale potrzeba pokazania konkretnej relacji między barwami była już wtedy dokładnie ta sama.

Patrzę dzisiaj na te materiały z dużym rozbawieniem, ale nie mam potrzeby się ich wypierać, ponieważ widać w nich coś, co właściwie się nie zmieniło: zawsze próbowałam używać obrazu do tłumaczenia tego, o czym piszę, tylko moje możliwości techniczne były znacznie skromniejsze niż to, co chciałam pokazywać. Mogłam przeczytać badanie, zrozumieć mechanizm, przełożyć go na analizę kolorystyczną i napisać o nim kilka stron, natomiast kiedy przychodziło do zilustrowania tego samego mechanizmu, zostawałam ze zdjęciami, które udało mi się znaleźć, filtrami w telefonie i umiejętnościami graficznymi, które nigdy nie były szczególnie imponujące.

Archiwalna grafika Arsenic

Przez 17 lat prowadzenia Arsenic nie nauczyłam się projektowania graficznego, a Canva też jakoś nie wywołała we mnie nagłego pragnienia zdobycia tej kompetencji. Wiem, że dla wielu osób zrobienie czegoś w Canvie to „kilka kliknięć”, tyle że dla mnie te kilka kliknięć oznacza szukanie elementów, dopasowywanie ich, przesuwanie, układanie i próbę zbudowania z dostępnych klocków czegoś, czego żaden z tych klocków właściwie nie przedstawia, a nie widzę szczególnego powodu, dla którego narzędzie wygodne dla kogoś innego miałoby automatycznie być wygodne również dla mnie.

I wtedy pojawiło się generatywne AI

I właśnie w tym miejscu pojawiło się generatywne AI, które nie rozpoczęło tej pracy, ale po raz pierwszy dało mi narzędzie, które za nią nadąża.

Najważniejszą zmianą nie jest dla mnie możliwość robienia „ładniejszych grafik”, chociaż nie będę ukrywać, że bardzo się z niej cieszę, lecz możliwość rozpoczęcia pracy nad obrazem od tego, co mam w głowie, zamiast od tego, co udało mi się znaleźć. Jeżeli piszę o pigmentacji, mogę zastanowić się, co dokładnie chcę pokazać w skórze, jeżeli interesuje mnie wpływ światła na postrzeganie koloru, mogę zacząć od zachowania światła, a kiedy potrzebuję konkretnej faktury, przezierności, układu barw albo biologicznego detalu, opisuję właśnie to, zamiast zastanawiać się, czy gdzieś istnieje zdjęcie, które przypadkiem wystarczająco dobrze pasuje do mojego tekstu.

Wygenerowanie pierwszego obrazu rzadko kończy pracę, ponieważ muszę jeszcze sprawdzić, czy rzeczywiście przedstawia on to, czego potrzebuję. Światło może zachowywać się bez sensu, anatomia może się nie zgadzać, kolor może mieć niewłaściwe parametry, a kompozycja prowadzić wzrok w zupełnie innym kierunku, niż zamierzałam; czasem wszystko jest merytorycznie w porządku, ale człowiek wygląda jak plastikowa lalka albo całość jest zwyczajnie brzydka, więc zmieniam założenia, doprecyzowuję je i robię kolejną wersję, a potem następną, jeżeli nadal jej potrzebuję.

Podobnie powstała identyfikacja wizualna Arsenic, którą w ostatnich miesiącach zaczęłam wreszcie świadomie budować, określając typografię, kolory, sposób używania światła i materii, charakter ilustracji, stopień realizmu, wygląd ważki oraz sposób przedstawiania człowieka. Coraz lepiej wiem również, czego w niej nie chcę, dlatego odrzucam rozwiązania, które do niej nie pasują, a AI nie wymyśliło mi tej identyfikacji, ale dało mi możliwość jej zbudowania bez konieczności zostania po drodze graficzką.

Współczesna grafika Arsenic przygotowana z wykorzystaniem generatywnej AI
Arsenic, 2026. Jedna z nowych wizualizacji powstałych w ramach obecnej identyfikacji wizualnej marki.

Właśnie dlatego nie mam problemu z nazywaniem AI narzędziem, ponieważ narzędzie może radykalnie zwiększyć moje możliwości, ale nie dostarcza mi automatycznie kompetencji potrzebnej do oceny rezultatu. Kalkulator nie wie, jakie równanie trzeba ułożyć, aparat nie wie, co warto sfotografować, a maszyna do pisania nie wie, co warto napisać; generatywna sztuczna inteligencja jest oczywiście znacznie bardziej złożona i samodzielna niż wszystkie te przykłady, dlatego również znacznie więcej potrafi, ale nadal ktoś musi wiedzieć, czego od niej chce, a później umieć ocenić, czy to, co dostał, ma sens.

W mojej pracy ma to szczególne znaczenie, ponieważ bardzo często tworzę materiały edukacyjne, a jeżeli na wizualizacji anatomia jest błędna albo światło robi coś, czego światło robić nie może, piękny obraz nadal pozostaje błędnym obrazem. Odpowiedzialność za to, co publikuję pod własnym nazwiskiem, jest moja niezależnie od tego, czy użyłam aparatu, filtrów w telefonie, programu graficznego czy generatora obrazu, dlatego również w przypadku AI potrzebuję wiedzieć, co właściwie oglądam i czego powinnam od tego obrazu wymagać.

Gdzie stawiam granice?

Mam też dość jasno określone granice tego, do czego chcę AI używać. Nie interesuje mnie tworzenie prac mających przypominać twórczość konkretnego artysty ani podrabianie czyjegoś języka wizualnego, ponieważ moje wizualizacje nie mają nikogo naśladować, tylko pokazywać zjawisko, o którym chcę opowiedzieć, pozostawać zgodne z fizyką i biologią tam, gdzie ma to znaczenie, oraz wyglądać tak, jak mnie się podoba. Nie używam również wygenerowanego obrazu jako dokumentacji rzeczywistości, bo jeżeli potrzebuję pokazać rzeczywistą osobę, przedmiot czy zdarzenie, potrzebuję rzeczywistego zdjęcia.

Kiedy patrzę dzisiaj na swoje stare grafiki, nie widzę więc historii pod tytułem „kiedyś robiłam wszystko sama, a teraz robi to za mnie AI”, tylko ciągłość pracy, którą wykonuję od dawna, próbując przełożyć to, co mam w głowie, na formę wizualną. Używałam do tego zdjęć, filtrów, prostych kolaży, próbek Pantone, tekstu na kolorowym tle i wszystkiego, co było w moim zasięgu, natomiast teraz zmieniło się narzędzie i po raz pierwszy od 17 lat prowadzenia Arsenic mam poczucie, że jego możliwości zaczynają nadążać za moimi pomysłami. Mogę więc wrócić do tekstu z 2021 roku o świetle widzialnym i zamiast zastanawiać się, jakie zdjęcie mam w telefonie oraz co uda mi się zrobić z nim filtrami, zacząć od pytania, które od początku powinno być najważniejsze: co właściwie chcę pokazać, dzięki czemu filiżanka tym razem może spokojnie zostać w szafce.

Jeżeli chcecie zobaczyć, co z tego wszystkiego wychodzi w praktyce, zapraszam na mój Instagram. To właśnie tam publikuję większość nowych wizualizacji, pokazuję, nad czym aktualnie pracuję, i bardzo często możecie zobaczyć efekt rozmów, które zaczynają się od mojego „mam pomysł, tylko nie wiem jeszcze, jak go pokazać”. Arsenic istnieje tam od lat, więc można też zejść odpowiednio głęboko w profil i samodzielnie obejrzeć całą tę ewolucję — od zielonej kawy robionej filtrami w telefonie po to, co tworzę dzisiaj.



Kolor wraca. Co naprawdę będzie modne jesienią 2026?

Kolor wraca. Co naprawdę będzie modne jesienią 2026?

ARSENIC · KOLOR · JESIEŃ/ZIMA 2026/27

Fiolet wraca. Ale to nie fiolet jest najciekawszą historią tej jesieni.

Trendy kolorystyczne jesień–zima 2026/27 są znacznie ciekawsze niż lista kilku „modnych kolorów”. W tym sezonie zmienia się przede wszystkim zakres tego, co moda uznaje za jesienną paletę.

Zaczęłam przyglądać się trendom kolorystycznym na tę jesień od informacji, że wraca fiolet. I rzeczywiście wraca: głęboki, nasycony, ametystowy, królewski, znacznie bliższy royal purple niż pastelowej lawendzie, która kilka lat temu zalała sklepy. Tyle że kiedy zebrałam obok siebie raport Pantone dla New York Fashion Week i kolory powtarzające się w kolekcjach na jesień–zimę 2026/27, fiolet przestał być dla mnie najważniejszą częścią tej historii.



Znacznie ciekawsze okazało się to, co dzieje się z całą przestrzenią barwną. Obok brązów, oliwek, terakoty i innych kolorów, które bez większego zdziwienia przyjmujemy jesienią, pojawiają się fuksja, mocny niebieski, wodna zieleń, żółtozieleń, turkus, czysta czerwień i wspomniany fiolet. Nie układają się w jedną grzeczną paletę o podobnej jasności, temperaturze czy nasyceniu. Rozchodzą się w różnych kierunkach.

I właśnie dlatego sezon jesień–zima 2026/27 jest tak interesujący z punktu widzenia analizy kolorystycznej.

Zacznijmy od konkretów: Pantone

Fashion Color Trend Report · New York Fashion Week · Autumn/Winter 2026–2027

Pantone Color Institute opublikował dla nowojorskiego tygodnia mody dziesięć wyróżniających się kolorów sezonu oraz pięć barw bazowych określonych jako seasonless shades. Już sam dobór tych piętnastu kolorów dobrze pokazuje, że jesień 2026 nie zmierza w jednym kierunku.

Pantone opisuje tę paletę poprzez napięcie między dwiema potrzebami: z jednej strony szukamy autentyczności, spokoju i kolorów osadzonych w naturze, z drugiej — eksperymentu, energii i znacznie większej swobody. Ziemiste i neutralne barwy stoją więc obok kolorów zdecydowanych, chromatycznych, czasem wręcz zaskakujących w jesienno-zimowym zestawieniu.

TOP 10 STANDOUT COLORS
Muted Clay
16-1330 TCX
Neptune Green
14-6017 TCX
Green Envy
16-0541 TCX
Arabian Spice
19-1245 TCX
Foxglove
16-1710 TCX
Festival Fuchsia
19-2434 TCX
Red Mahogany
19-1521 TCX
Acacia
13-0640 TCX
All Aboard
17-4140 TCX
Burnt Olive
18-0521 TCX
SEASONLESS SHADES
Egret
11-0103 TCX
Candied Ginger
15-1213 TCX
Toffee
18-1031 TCX
Underworld
17-4005 TCX
Poseidon
19-4033 TCX
Kolory wyświetlane na ekranie są cyfrowym przybliżeniem barw Pantone TCX i mogą różnić się od fizycznych wzorców Pantone.

To nie jest paleta, która zmierza w jednym kierunku

Jeżeli spojrzymy na nią nie przez nazwy, ale przez właściwości barw, trudno znaleźć jeden parametr, który opisywałby cały sezon. Nie możemy powiedzieć, że modne są kolory ciemne, ponieważ obok bardzo ciemnych Red Mahogany, Arabian Spice czy Poseidon pojawia się jasna Acacia i stosunkowo jasna Neptune Green. Nie możemy powiedzieć, że modne są kolory zgaszone, ponieważ obok Muted Clay, Foxglove i Burnt Olive stoi Festival Fuchsia, a poza raportem Pantone na wybiegach bardzo wyraźnie pojawiają się również intensywne fiolety, czerwienie, turkusy i kobalty.

Nie da się również sprowadzić tej palety do jednej temperatury. Mamy ciepłe terakoty i brązy, żółtozielone barwy, wodne zielenie, chłodne niebieskości, róż i fuksję. Rozszerza się więc nie jeden fragment palety, ale zakres dostępnych kombinacji Hue, Value i Chroma.

Jesień 2026 nie ma jednego koloru. Najciekawsze jest właśnie to, że coraz trudniej zamknąć ją w jednym fragmencie przestrzeni barwnej.

Tak, fiolet rzeczywiście wraca

Fiolet nie znalazł się w oficjalnej dziesiątce Pantone dla nowojorskiego tygodnia mody, choć Festival Fuchsia i mauve'owy Foxglove zajmują obszary sąsiadujące z nim w przestrzeni barwnej. Kiedy jednak wyjdziemy poza jeden raport i spojrzymy na kolekcje jesień–zima 2026/27 szerzej, jego obecność staje się bardzo wyraźna.

Vogue wymienia royal purple wśród siedmiu najważniejszych trendów kolorystycznych sezonu, obok electric blue, żywej czerwieni, butter yellow, brzoskwini, turkusu i burgundu. W kolekcjach pojawiają się fiolety głębokie, ametystowe i wysoko nasycone. To ważne rozróżnienie, ponieważ kilka lat temu modowy fiolet przesuwał się często w stronę bardzo jasnego lila i lawendy. Teraz ciężar wyraźnie przesuwa się niżej na osi jasności i wyżej na osi nasycenia.

Fiolet nie jest jedną barwą. Zmiana Value i Chroma zmienia go radykalnie.

Niebieski i turkus wychodzą z letniej szuflady

Podobny ruch widać po chłodniejszej stronie koła barw. Pantone umieszcza w swojej palecie All Aboard, mocny morski niebieski, oraz znacznie ciemniejszy Poseidon. Na wybiegach obok nich bardzo mocno funkcjonuje electric blue i kobalt, który nabierał rozpędu już wcześniej i jesienią nie znika. Pojawia się również turkus — kolor, którego przez lata nie traktowaliśmy jako oczywistego elementu jesiennej garderoby.

To ostatnie jest szczególnie ciekawe, bo sezonowość koloru jest w ogromnym stopniu konstruktem kulturowym. Nie istnieje fizyczny powód, dla którego wysoka chromatyczność niebieskozielonej barwy miałaby należeć do lipca, a brunatna oliwka do listopada. Moda przez lata utrwala jednak takie skojarzenia, a następnie co jakiś czas sama je rozszczelnia. Jesień 2026 robi to wyjątkowo wyraźnie.

Zieleń rozchodzi się w kilku kierunkach naraz

W samej palecie Pantone mamy Neptune Green, Green Envy i Burnt Olive, a bardzo blisko zieleni znajduje się również Acacia — formalnie żółć, ale z wyraźnym zielonym komponentem. Nie są to cztery warianty tej samej zieleni. Neptune Green jest stosunkowo jasna i wodna, Green Envy bardziej ziemista i żółtawa, Burnt Olive ciemniejsza i znacznie spokojniejsza, Acacia natomiast ma wysoką jasność i znacznie większą siłę chromatyczną.

Dlatego zdanie „modna jest zieleń” ma bardzo niewielką wartość informacyjną. Hue mówi nam tylko część tego, co potrzebujemy wiedzieć o kolorze. Dwie barwy należące do tego samego obszaru odcienia mogą mieć zupełnie inną jasność i nasycenie, a tym samym zupełnie inaczej zachowywać się przy twarzy.

HUE · VALUE · CHROMA

Nazwa koloru jest dopiero początkiem

Kiedy czytam zestawienia trendów, najbardziej interesuje mnie nie to, że „modny będzie róż” albo „wraca fiolet”, ale gdzie mniej więcej znajdują się te kolory w przestrzeni barwnej. Jaki mają odcień, jaką jasność i jakie nasycenie.

Foxglove i Festival Fuchsia możemy językowo wrzucić do jednej szerokiej rodziny różów. Kolorymetrycznie są jednak zupełnie innymi bodźcami. To samo dotyczy jasnej wodnej zieleni i ciemnej oliwki, kobaltu i Poseidona, lawendy i royal purple. Nazwa grupuje kolory. HVC pozwala je rozróżniać.

TWOJE MIEJSCE W PRZESTRZENI BARWNEJ
Modny jest fiolet. Tylko który fiolet jest Twój?

Właśnie dlatego w analizie kolorystycznej nie interesuje mnie przypisywanie człowiekowi kilku nazw kolorów. Określam zakres właściwości barwnych, które współpracują z konkretnym fenotypem: odcień, jasność i nasycenie. Dzięki temu, kiedy zmieniają się trendy i sklepy zapełniają się nowymi kolorami, nie potrzebujesz kolejnej listy rzeczy „dozwolonych”. Potrafisz rozpoznać, która wersja modnego koloru rzeczywiście należy do Twojej palety.

Analiza kolorystyczna ARSENIC →

Najciekawsza zmiana odbywa się na osi nasycenia

Jeżeli miałabym jednak wskazać jedną cechę, której znaczenie tej jesieni szczególnie rośnie, byłaby nią Chroma. Zgaszone barwy oczywiście nie znikają — wystarczy spojrzeć na Muted Clay, Burnt Olive, Foxglove czy całą grupę neutralnych kolorów bazowych Pantone. Obok nich pojawia się jednak coraz więcej barw, których nasycenie jest wyraźnie większe: Festival Fuchsia, Acacia, mocne niebieskości, czerwienie, turkusy i fiolety.

To różnica istotniejsza niż pojawienie się jednego nowego „koloru sezonu”. Przez kilka lat neutralność i zgaszenie stały się jednym z dominujących wizualnych kodów elegancji. Beż, greige, camel, złamane biele, szarości i brązy były nie tylko kolorami dostępnymi w sklepach, ale częścią całej estetyki określanej jako spokojna, luksusowa i ponadczasowa. Jesień 2026 nie usuwa tej bazy, tylko przestaje traktować ją jako jedyny poważny język koloru.

I wraca coś jeszcze: zestawianie kolorów ze sobą

To prawdopodobnie najbardziej interesująca konsekwencja całej tej zmiany. Mocne kolory nie pojawiają się wyłącznie jako jeden akcent dodany do czarnej, szarej czy beżowej stylizacji. Na wybiegach jesień–zima 2026/27 wyraźnie wraca colour blocking, również w zestawieniach barw mocnych, czasami celowo nieoczywistych. Vogue wskazuje ten kierunek jako jeden z charakterystycznych elementów sezonu, a redaktorzy magazynu już teraz zwracają uwagę na połączenia czerwieni z turkusem czy różnych intensywnych niebieskości.

To przesuwa uwagę z pojedynczego koloru na relację pomiędzy kolorami. A właśnie relacja jest przecież tym, co w pracy z kolorem interesuje mnie najbardziej. Ten sam fiolet może zachowywać się zupełnie inaczej obok czerwieni, zieleni, szarości albo koloru skóry. Samo rozpoznanie nazwy barwy nie mówi nam jeszcze, jaki efekt stworzy w konkretnym otoczeniu.

Im więcej kolorów wraca do sklepów, tym mniej sensu ma pytanie:
„czy ten modny kolor jest dla mojego typu?”

Co z tego wynika dla analizy kolorystycznej?

Bardzo dużo dobrego. Im większy zakres Hue, Value i Chroma rzeczywiście trafia do sprzedaży, tym większa jest szansa, że osoby o różnych fenotypach znajdą w aktualnych kolekcjach coś dla siebie. Problem pojawia się wtedy, kiedy rynek przez kilka sezonów koncentruje się w bardzo wąskim obszarze przestrzeni barwnej. Jeśli większość sklepu zajmują camel, krem, czerń, szarość, czekoladowy brąz i kilka zgaszonych zieleni, część osób po analizie może mieć poczucie, że ich kolory właściwie nie istnieją.

Przy obecnej rozpiętości trendów pytanie o to, czy fiolet, zieleń albo niebieski „pasują do typu”, staje się jeszcze mniej sensowne. Fiolet może być jasny, ciemny, bardzo nasycony albo silnie zgaszony. Niebieski może przesuwać się w stronę zieleni lub fioletu, może mieć bardzo wysoką albo niską jasność. Zieleń w jednym sezonie obejmuje tutaj zarówno wodny Neptune Green, jak i cięższy Burnt Olive.

Dlatego interesuje mnie nie tyle jaki kolor jest modny, ile jakie obszary przestrzeni barwnej moda w danym momencie udostępnia. I pod tym względem jesień 2026 wygląda wyjątkowo obiecująco.

Czy naprawdę będzie bardziej kolorowo?

Na razie wszystko wskazuje, że tak, choć nie oznacza to końca brązów, szarości, czerni czy spokojnych neutralnych barw. One pozostają i sam raport Pantone bardzo wyraźnie to pokazuje. Zmienia się raczej ich pozycja. Obok nich zaczyna funkcjonować znacznie szersza gama kolorów o różnej jasności i nasyceniu, a mocny kolor coraz częściej nie wymaga neutralnego usprawiedliwienia.

Fiolet może być fioletem. Fuksja może zajmować pół sylwetki. Turkus może pojawić się jesienią. Czerwień może spotkać się z niebieskim, a żółtozieleń z fioletem. Nie dlatego, że każda z tych kombinacji automatycznie będzie dobra, ale dlatego, że znowu pojawia się materiał do świadomej pracy z kolorem.

I chyba właśnie to jest dla mnie najciekawszym trendem tej jesieni: moda zaczyna ponownie wykorzystywać większy fragment przestrzeni barwnej. Po kilku sezonach, w których ogromną część wizualnego krajobrazu zajmowały bezpieczne neutrale, robi się po prostu więcej miejsca na różnicę.

Źródła:
Pantone Color Institute, Fashion Color Trend Report: New York Fashion Week Autumn/Winter 2026–2027, 2026.
Vogue, The Top Fall 2026 Color Trends, From Royal Purple to Juicy Peach, 2026.
Vogue, zestawienia i analizy kolekcji Autumn/Winter 2026 dotyczące colour blockingu i trendów kolorystycznych.
ARSENIC
człowiek · percepcja · kolor
```

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger