Arsenic - naturalnie z przekorą
  Gdzie kończy się kolor, a zaczyna język?

Gdzie kończy się kolor, a zaczyna język?

ARSENIC
kolor · język · percepcja
psycholingwistyka · kategorie barwne · percepcja
O tym, dlaczego widmo nie ma kresek, język jednak musi je gdzieś postawić, a słowo „zielony” nie jest właściwością fizyczną świata.
Aleksandra Galiszkiewicz · ARSENIC
Zielony, ziebieski i niebieski – ilustracja do tekstu o języku i kategoriach barwnych

Jeżeli położymy przed sobą długi gradient przechodzący płynnie od zieleni przez ziebieski do błękitu, większość z nas bez większego problemu wskaże miejsce, w którym kończy się zieleń i zaczyna niebieski. Tylko że w samym gradiencie żadnej kreski nie ma. Nie pojawia się tam fizyczna granica, światło nie wykonuje nagle skoku, nie dzieje się nic, co przypominałoby przejście przez próg. Zmiana jest ciągła, a granicę wprowadzamy my.

zielony
ziebieski
niebieski

To jeden z powodów, dla których kolor jest tak wdzięcznym przedmiotem badań nad językiem. Fizyczną rzeczywistość światła możemy opisywać jako continuum, natomiast ludzie nie komunikują się continuum. Potrzebujemy skończonej liczby słów. Mówimy „zielony”, „niebieski”, „fioletowy”, „różowy”, a każde z tych słów obejmuje ogromny obszar barw, które fizycznie wcale nie są identyczne.

Język robi coś bardzo praktycznego: tnie ciągłą przestrzeń na kawałki, którym nadaje nazwy.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy zapominamy, że te kawałki są kategoriami, a zaczynamy traktować je jak naturalne przegródki istniejące gdzieś w świecie.

Ile właściwie jest kolorów?

Na to pytanie można odpowiedzieć na kilka sposobów i każda odpowiedź będzie dotyczyła czegoś innego. Jeżeli pytamy o możliwe bodźce i zdolność człowieka do ich rozróżniania, liczba robi się ogromna. Jeżeli pytamy o słowa, robi się znacznie skromniej. Co więcej, języki świata bardzo różnią się liczbą podstawowych kategorii barwnych.

Klasyczna praca Brenta Berlina i Paula Kaya Basic Color Terms z 1969 roku zwróciła uwagę na to, że języki nie dzielą przestrzeni barwnej całkowicie dowolnie. Autorzy zauważyli powtarzające się tendencje w tym, jakie podstawowe terminy barwne pojawiają się w różnych systemach językowych. Późniejsze dekady przyniosły mnóstwo krytyki, nowych danych i znacznie większych badań międzykulturowych, ale jedna rzecz pozostała bardzo ciekawa: różnorodność jest ogromna, a mimo to nie wszystkie możliwe sposoby pocięcia przestrzeni barwnej występują równie często.

Jednym z największych przedsięwzięć tego rodzaju był World Color Survey, który zgromadził dane z ponad stu języków, w dużej części używanych przez społeczności nieuprzemysłowione. Nie znaleziono jednego obowiązującego ludzkość systemu nazewnictwa barw, ale nie znaleziono też pełnej dowolności. Między językami istnieją bardzo wyraźne różnice, jednocześnie pojawiają się statystyczne regularności dotyczące sposobu organizowania kategorii.

To jest pierwszy ważny punkt: kultura nie rysuje kategorii na zupełnie pustym płótnie. Ludzie mają podobnie zbudowany aparat wzrokowy, podobne klasy fotoreceptorów, podobne mechanizmy przeciwstawnego kodowania barwy i podobne ograniczenia rozdzielczości perceptualnej. Przestrzeń koloru nie jest dla naszego układu wzrokowego idealnie jednorodna, więc nie każdy możliwy podział jest równie wygodny.

Terry Regier, Paul Kay i Naveen Khetarpal pokazali w 2007 roku, że wiele rzeczywistych systemów nazewnictwa barw można opisać jako stosunkowo efektywne sposoby dzielenia nierównomiernej przestrzeni perceptualnej. Języki różnią się więc tym, gdzie stawiają granice, ale często robią to w sposób, który dobrze wykorzystuje właściwości ludzkiej percepcji.

Zielony i niebieski nie zawsze muszą być dwiema osobnymi szufladkami

znana kategoria
zielony
nowa kategoria
ziebieski
znana kategoria
niebieski

Jednym z najsłynniejszych przykładów jest granica między zielenią i błękitem. W polskim, angielskim czy francuskim traktujemy te obszary jako dwie podstawowe kategorie, ale inne języki mogą organizować ten fragment przestrzeni inaczej. W literaturze anglojęzycznej pojawia się nawet robocze określenie grue, utworzone z green i blue, używane do opisu kategorii obejmujących fragment obu tych obszarów.

Zresztą dokładnie ten sam problem pojawił się kiedyś w rozmowie z moimi obserwującymi. Brakowało nam wygodnego polskiego słowa na obszar pomiędzy zielonym a niebieskim, więc ukułyśmy własne: ziebieski. Zaczęło się od zabawy językiem, ale wyszła z tego całkiem dobra ilustracja tego, jak powstają kategorie barwne. Najpierw istnieje pewien fragment doświadczenia, który chcemy wydzielić i o którym chcemy sprawnie rozmawiać, a dopiero potem pojawia się nazwa, która pozwala tę granicę utrwalić i przekazywać innym ludziom.

„Ziebieski” nie stworzył nowej barwy. Stworzył wygodny językowy uchwyt na fragment przestrzeni, który wcześniej musieliśmy opisywać dookoła.

Paul Kay i Willett Kempton porównali w latach osiemdziesiątych osoby mówiące po angielsku z użytkownikami języka Tarahumara z północnego Meksyku, którego system nazw nie wyznaczał analogicznej granicy pomiędzy zielenią i błękitem. Angielskojęzyczni badani oceniali próbki leżące po przeciwnych stronach swojej językowej granicy jako bardziej różne, niż wynikałoby to z ich miejsca na użytym continuum. U użytkowników Tarahumara efekt był znacznie słabszy.

Bardzo łatwo zrobić z tego efektowne zdanie: język zmienia to, co widzimy. Tyle że naukowo sprawa jest ciekawsza. Kiedy zmieniano konstrukcję zadania i utrudniano uczestnikom korzystanie z prostych strategii językowych w rodzaju „to jest zielone, a tamto już niebieskie”, część efektu malała. Oznacza to, że język może wpływać na wykonywanie zadania przez uwagę, pamięć, porównywanie i podejmowanie decyzji, a niekoniecznie przez zmianę działania czopków czy początkowych etapów widzenia.

Rozróżnienie jest ważne, ponieważ pytanie „czy język wpływa na percepcję?” zawiera w sobie kilka różnych pytań. Czy wpływa na to, co ostatecznie sobie uświadamiamy? Czy ułatwia utrzymanie różnicy w pamięci roboczej? Czy kieruje uwagę na granicę kategorii? Czy zmienia decyzję, którą podejmujemy kilka setnych sekundy później? To nie są tożsame mechanizmy.

Kategorie naprawdę potrafią coś zrobić

Ostrożność metodologiczna nie oznacza jednak, że język jest obojętny. W wielu eksperymentach ludzie szybciej rozróżniają bodźce należące do dwóch różnych kategorii nazwanych w ich języku niż podobnie oddalone bodźce znajdujące się wewnątrz jednej kategorii. Zjawisko to opisuje się jako categorical perception, percepcję kategorialną.

Dwa odcienie znajdujące się gdzieś w obszarze naszego „ziebieskiego” możemy potraktować jako prawie takie same, podczas gdy podobna różnica po dwóch stronach dobrze utrwalonej granicy zielony–niebieski może nagle wydać się bardziej znacząca. Nie oznacza to, że słowo stworzyło nowe receptory albo fizycznie rozsunęło próbki w przestrzeni barwnej. Oznacza, że podczas porządkowania informacji możemy wykorzystać gotową kategorię językową.

Badania użytkowników języków Berinmo, Himba, koreańskiego czy rosyjskiego wielokrotnie pokazywały, że różnice w systemach leksykalnych mogą wiązać się z różnicami w szybkości rozróżniania, zapamiętywaniu albo ocenie podobieństwa kolorów. Jednocześnie wielkość tych efektów zależy od rodzaju zadania, udziału pamięci roboczej, sposobu prezentacji bodźców i możliwości używania nazw w trakcie eksperymentu.

Język nie musi tworzyć koloru, żeby wpływać na to, co z kolorem robimy.

Popularna, bardzo mocna wersja hipotezy Sapira–Whorfa sugerowałaby, że język określa granice świata, który jesteśmy w stanie zobaczyć. Współczesne dane dużo lepiej pasują do wersji subtelniejszej: język może ułatwiać określone podziały, kierować uwagą, wspierać pamięć i dostarczać gotowych kategorii potrzebnych do porównywania bodźców. To nadal jest ogromny wpływ. Po prostu nie wymaga magii.

Himba i pięć słów na kolor

Bardzo ciekawie rozwija ten temat praca Mathilde Josserand, Dana Dediu, François Pellegrina i Serge’a Caparosa opublikowana w 2026 roku w Topics in Cognitive Science. Autorzy wychodzą od znanego problemu: języki bardzo różnią się liczbą podstawowych terminów barwnych. Tradycyjny system OtjiHimba, używany przez Himba z północnej Namibii, opisuje przestrzeń kolorów za pomocą pięciu podstawowych terminów, podczas gdy francuski ma ich jedenaście.

Najprostsza historia brzmiałaby: to kwestia kultury i potrzeb komunikacyjnych. Jedna społeczność potrzebowała więcej nazw, innej wystarczało mniej. Autorzy postawili jednak trudniejsze pytanie: co, jeżeli sama przestrzeń perceptualna, na której później budujemy słownik, też nie jest identyczna w każdej populacji?

Punkt wyjścia jest bardzo biologiczny. Soczewka oka zmienia się z wiekiem, między innymi stopniowo żółknie i pochłania coraz więcej światła krótkofalowego. Na fizjologię oka przez całe życie oddziałuje również środowisko, w tym ekspozycja na promieniowanie ultrafioletowe. Himba żyjący w północnej Namibii są przeciętnie wystawieni na znacznie silniejszą ekspozycję UV niż badana populacja francuska.

Badacze sprawdzili więc, czy wiek jest inaczej związany ze zdolnością rozróżniania kolorów w obu populacjach. Po uwzględnieniu szeregu potencjalnych czynników zakłócających związek wieku z percepcją barw był wyraźniejszy u uczestników Himba niż u Francuzów. Autorzy uznają ten wynik za zgodny z hipotezą, że długotrwałe różnice środowiskowe mogą poprzez fizjologię oka wpływać na strukturę perceptualną, na której później powstają kategorie językowe.

Nawet wspólna biologiczna podstawa widzenia nie musi być przez całe życie całkowicie nieruchoma.

To komplikuje wygodny model, według którego wszyscy ludzie dostają identyczną percepcję, a dopiero kultura nakłada na nią różne słowniki. Wspólna ludzka biologia może odpowiadać za podobieństwa pomiędzy systemami nazw kolorów, natomiast środowisko działające na tę biologię przez dziesięciolecia może dokładać własne różnice. Autorzy mówią dlatego o podwójnej roli percepcji w kształtowaniu leksykonów barwnych: może ona odpowiadać zarówno za pewne uniwersalia, jak i za część różnic między populacjami.

Dostajemy więc bardzo ciekawy układ sprzężeń: biologia wpływa na percepcję, środowisko wpływa na biologię, percepcja wpływa na użyteczność kategorii, potrzeby komunikacyjne wpływają na język, a język może później wpływać na sposób wykonywania zadań związanych z percepcją. Trudno w takim układzie wskazać jeden poziom i powiedzieć: tutaj właśnie powstaje granica pomiędzy zielonym a niebieskim.

Słownik jest narzędziem, nie atlasem rzeczywistości

To jest dobry moment, żeby wrócić do słów, których sama używam na co dzień: „ciepły”, „chłodny”, „zgaszony”, „czysty”, „oliwkowy”, „brzoskwiniowy”, „petrolowy”. Kiedy mówię „zgaszony kolor”, nie odkrywam istniejącej w naturze szufladki podpisanej „zgaszoność”. Posługuję się etykietą, która pomaga drugiej osobie odnaleźć pewien zakres właściwości barwy.

Problem pojawia się wtedy, kiedy etykieta zaczyna udawać pomiar. „Oliwkowa skóra” może być bardzo użytecznym określeniem komunikacyjnym, ale nie mówi jeszcze dokładnie, jaki jest hue, value i chroma obserwowanej skóry, jaki udział w jej wyglądzie mają melaniny, hemoglobina, rozpraszanie światła, grubość poszczególnych warstw, oświetlenie oraz barwy znajdujące się obok.

Słowo może być jednocześnie niezwykle przydatne i bardzo nieprecyzyjne. To samo dotyczy określeń „ciepły” i „chłodny”. W praktyce kolorystycznej używamy ich do porządkowania pewnych obszarów barwy, ale granica pomiędzy nimi nie spada z nieba. Jeżeli ktoś zapyta, w którym dokładnie punkcie ciągłego przejścia kończy się „ciepło” i zaczyna „chłód”, odpowiedź będzie zależała od przyjętego modelu, punktu odniesienia i celu klasyfikacji.

Wiatrowy, koci, lekstryczny i wściekły

W Polsce istnieje kapitalny przykład tego, jak bardzo nazewnictwo koloru wyrasta z konkretnej społeczności i jej doświadczenia. Projekt RGB — Regionalna Grupa Barw, realizowany przez Fundację Tres, dokumentuje ludowe nazwy kolorów używane między innymi w regionie opoczyńskim, rawskim i łowickim. Nie chodzi przy tym o współczesne fantazyjne nazwy wymyślone przez dział marketingu, tylko o słownik, którym przez lata rzeczywiście posługiwali się farbiarze, tkaczki i lokalne społeczności.

W samych nazwach widać już, jak mocno ten język wyrastał z konkretnego świata. W opoczyńskim pojawiały się między innymi barwy wiatrowa, ponsowa, ogniowa, kocia i lekstryczna; w rawskim modry, kapuściany, zgniły, olejowy, wściekły i bledziutki; w łowickim gąsiackowy, mechowiutki, dubeltowy, niebowy, besowiutki i ceglaty.

wizualna interpretacja nazw
wiatrowy ponsowy ogniowy koci lekstryczny modry kapuściany zgniły olejowy wściekły bledziutki gąsiackowy mechowiutki dubeltowy niebowy besowiutki ceglaty

Te nazwy działały jak lokalny kod. Człowiek mówiący „kapuściany”, „mechowiutki” albo „wściekły” nie podawał współrzędnych w przestrzeni CIELAB, a jednak w obrębie wspólnoty mógł komunikować konkretną kategorię barwną wystarczająco precyzyjnie, żeby była praktycznie użyteczna.

Szczególnie ciekawe jest to, co wydarzyło się wraz z upowszechnieniem barwników chemicznych na przełomie XIX i XX wieku. Dostępna paleta gwałtownie się rozszerzyła, więc trzeba było jakoś oswoić nowe kolory językowo. Społeczności tworzyły nazwy odwołujące się do znanych przedmiotów, przyrody, skojarzeń i nowych zjawisk technologicznych. Stąd choćby cudowne „lekstryczny”. Nowy bodziec potrzebował nazwy, a nazwa powstawała z tego, co już było dostępne w doświadczeniu ludzi.

Kolor może być nowy, ale słownik najczęściej budujemy ze świata, który już znamy.

Twórcy Regionalnej Grupy Barw próbują dzisiaj zrobić jeszcze jedną ciekawą rzecz: zestawić historyczne nazwy i zachowane próbki z używanymi współcześnie systemami, między innymi RGB i Pantone. To pięknie pokazuje dwa kompletnie różne sposoby mówienia o tym samym problemie. „Wściekły” niesie ze sobą historię, kulturę i skojarzenie; współrzędne albo numer wzornika pozwalają możliwie powtarzalnie odtworzyć konkretną barwę. Jedno nie zastępuje drugiego, ponieważ odpowiadają na różne potrzeby.

Projekt warto zresztą obejrzeć samemu, bo ich internetowy wzornik jest małym archiwum tego, jak język, rzemiosło, technologia i lokalna kultura spotykają się w jednym miejscu: Regionalna Grupa Barw .

I właśnie ten przykład świetnie przypomina, że system opisowy nie staje się przez swoją użyteczność rzeczywistością. Jest narzędziem do jej porządkowania. Czasem potrzebujemy „wściekłego”, czasem Pantone, czasem współrzędnych HVC, a czasem po prostu próbki materiału położonej obok drugiej próbki. Wybór języka zależy od tego, co właściwie chcemy zrobić.

Dlaczego języki nie potrzebują nazwy dla każdego koloru?

Gdybyśmy chcieli stworzyć język, w którym każda rozróżnialna barwa ma własną nazwę, dostalibyśmy narzędzie kompletnie bezużyteczne. Nikt nie zapamiętałby słownika, a komunikowanie informacji o kolorze trwałoby dłużej niż rozwiązanie problemu bez pomocy języka.

Kategorie są więc rodzajem kompresji. Z ogromnej przestrzeni możliwych bodźców wybieramy takie podziały, które pozwalają wystarczająco precyzyjnie przekazywać informacje przy rozsądnej liczbie słów. Współczesne modele leksykonów barwnych bardzo często opisują ten problem jako kompromis pomiędzy prostotą a precyzją komunikacji.

Dużo ciekawsze od pytania „ile naprawdę jest kolorów?” jest pytanie: ile kategorii potrzebujemy, żeby zrobić z kolorem to, co chcemy zrobić?

Malarz może potrzebować innego słownika niż dziecko. Drukarz innego niż fryzjer. Tkaczka z XIX-wiecznej wsi innego niż operator maszyny drukarskiej. Osoba próbująca przez telefon opisać sukienkę może świetnie poradzić sobie ze słowem „petrol”, podczas gdy technolog reprodukcji koloru będzie potrzebował konkretnej specyfikacji. Ja w analizie kolorystycznej potrzebuję natomiast rozróżnień, które w codziennej rozmowie większości ludzi byłyby kompletnie zbędne.

Właśnie tutaj język zaczyna rosnąć razem z kompetencją. Im więcej różnic uczymy się obserwować i im częściej musimy o nich rozmawiać, tym większej precyzji zaczynamy wymagać od słów. Czasem tworzymy nowe terminy, czasem zapożyczamy je z innych języków, czasem doprecyzowujemy stare, a czasem w końcu dochodzimy do ściany i zamiast słowa potrzebujemy próbki, współrzędnych albo pomiaru.

Czy nazwanie koloru sprawia, że zaczynam go widzieć?

To pytanie wraca właściwie w każdej dyskusji o języku i kolorze i bardzo łatwo odpowiedzieć na nie zbyt efektownie. Badania pokazują, że kategorie językowe mogą wpływać na pamięć, uwagę, szybkość rozróżniania i ocenę podobieństwa. Istnieją także wyniki sugerujące wpływ językowej kategoryzacji na zadania bardzo bliskie samej percepcji. Z drugiej strony wiele efektów słabnie, kiedy utrudnimy badanym werbalne kodowanie bodźców albo zmienimy konstrukcję eksperymentu.

Dlatego znacznie ciekawsze od zdania „język zmienia widzenie” jest dla mnie pytanie, gdzie, kiedy i jak mocno zaczyna się jego wpływ. Być może słowo pomaga utrzymać różnicę w pamięci. Być może przyspiesza skierowanie uwagi na znany podział. Być może pozwala szybciej zaklasyfikować bodziec jako należący już do innej kategorii. W niektórych warunkach może również wpływać na samo organizowanie doświadczenia perceptualnego. To są jednak różne mechanizmy i nie ma powodu wrzucać ich do jednego worka.

Kolor istnieje przed słowem, ale słowo też coś robi

Gdyby człowiek nie znał słowa „ziebieski”, nadal mógłby zobaczyć różnicę pomiędzy zielenią a błękitem. Fotoreceptor nie potrzebuje nazwy, żeby zareagować na światło. Jednocześnie nauczenie się słowa może sprawić, że pewien fragment przestrzeni barwnej przestaje być dla nas anonimowym przejściem pomiędzy dwiema innymi kategoriami. Dostajemy wygodny uchwyt poznawczy. Możemy tę barwę łatwiej wskazać, opisać, zapamiętać, porównać z inną i przekazać informację drugiej osobie.

W tym sensie nazwa nie tworzy fizycznego koloru, ale może stworzyć kategorię, z którą umiemy coś zrobić. Być może właśnie dlatego dyskusje o nazwach kolorów tak łatwo robią się absurdalnie gorące. Ludzie bronią kategorii językowych, jak gdyby bronili obiektywnych granic rzeczywistości.

Tymczasem dwie osoby mogą patrzeć na ten sam fragment przestrzeni barw, dysponować bardzo podobnym aparatem wzrokowym i mimo to nie dzielić go dokładnie w tych samych miejscach. Jedna powie „zielony”, druga „niebieski”, trzecia „ziebieski”. Jeśli chcemy wiedzieć, co naprawdę mają przed oczami, samo słowo przestaje wystarczać.

I to jest chyba dobry powód, żeby w pracy z kolorem traktować język dokładnie tak, jak na to zasługuje: jako niezwykle użyteczne narzędzie porządkowania doświadczenia, a nie dowód, że świat naprawdę został podzielony według nazw, które akurat znamy. Widmo nie ma kresek. To my je rysujemy.

A jak Arsenic

I właśnie dlatego nie interesują mnie gotowe regułki

Kolor robi się naprawdę ciekawy wtedy, kiedy przestajemy traktować nazwy, typologie i zasady jak gotową rzeczywistość i zaczynamy pytać, skąd właściwie się wzięły. W swojej pracy łączę fizykę światła, biologię człowieka, psychofizjologię widzenia, antropologię i wiedzę o percepcji właśnie po to, żeby odpowiedzi dotyczące konkretnego człowieka były możliwe do wyjaśnienia, sprawdzenia i praktycznego wykorzystania.

W taki sposób pracuję podczas stacjonarnych analiz kolorystycznych i w taki sposób uczę na szkoleniu Biologiczne i fizyczne podstawy analizy kolorystycznej człowieka. Jeżeli również interesuje Cię to, co znajduje się pod powierzchnią typów kolorystycznych, zapraszam.

Źródła i dalsze czytanie

  1. Berlin, B., Kay, P. (1969). Basic Color Terms: Their Universality and Evolution. University of California Press.
  2. Regier, T., Kay, P., Khetarpal, N. (2007). Color naming reflects optimal partitions of color space. Proceedings of the National Academy of Sciences, 104(4), 1436–1441. PubMed
  3. Josserand, M., Dediu, D., Pellegrino, F., Caparos, S. (2026). There Is More Than Meets the Eye: The Dual Role of Perception in Shaping Color Lexicons. Topics in Cognitive Science. DOI
  4. Kay, P., Kempton, W. (1984). What Is the Sapir-Whorf Hypothesis? American Anthropologist, 86(1), 65–79.
  5. Witzel, C., Gegenfurtner, K.R. Color naming and categorization. Przegląd badań nad percepcją barw, kategoryzacją i różnicami międzyjęzykowymi.
  6. Regionalna Grupa Barw — projekt Fundacji Tres. Dokumentacja regionalnego nazewnictwa kolorów z centralnej Polski. Regionalna Grupa Barw

 Mózg wie, jakiego koloru powinien być świat

Mózg wie, jakiego koloru powinien być świat

ARSENIC
kolor · percepcja · pamięć
psychofizjologia widzenia · efekt koloru pamięciowego · percepcja barwy
O tym, dlaczego mózg nie tylko widzi kolor, ale także pamięta, jakiego koloru powinny być rzeczy.
Aleksandra Galiszkiewicz · ARSENIC

Na plakacie Javiera Jaéna wszystko jest na swoim miejscu, a jednak od pierwszej sekundy wiadomo, że coś się nie zgadza. Jest jajko sadzone, jest żółtko, jest białko, proporcje są prawidłowe, kontur nie pozostawia żadnych wątpliwości, co właściwie oglądamy. Problem polega na tym, że żółtko jest białe, a białko żółte. Samo przestawienie dwóch barw wystarcza, żeby znajomy obraz zrobił się obcy, trochę absurdalny i zaskakująco trudny do zignorowania.

Plakat Javiera Jaéna do spektaklu Why? Petera Brooka i Marie-Hélène Estienne
Javier Jaén, plakat do spektaklu Why? Petera Brooka i Marie-Hélène Estienne, Centro Dramático Nacional / Teatro María Guerrero, Madryt, 2019. Źródło: Javier Jaén .

Co ciekawe, grafika nie powstała jako ilustracja do popularnonaukowego wpisu o psychologii koloru. Jaén zaprojektował ją do spektaklu Why? Petera Brooka i Marie-Hélène Estienne, granego w 2019 roku w Teatro María Guerrero w Madrycie. Jaén bardzo często buduje swoje obrazy właśnie na podobnych przesunięciach: bierze przedmiot doskonale znajomy i narusza jedną z jego najbardziej oczywistych właściwości, pozostawiając całą resztę na miejscu. Dzięki temu obraz daje się rozpoznać natychmiast, ale równie szybko informuje nas, że reguły świata zostały naruszone.

Mózg ma oczekiwania dotyczące tego, jakiego koloru powinny być rzeczy.

I właśnie dlatego to jajko jest bardzo dobrym punktem wyjścia do rozmowy o percepcji koloru, tylko trochę ciekawszej niż klasyczne opowieści o tym, że czerwień pobudza, niebieski uspokaja, a zieleń kojarzy się z naturą. Tutaj chodzi o coś wcześniejszego i znacznie bardziej fundamentalnego: kolor może być częścią informacji potrzebnej do rozpoznania tego, na co patrzymy, a wiedza o typowym kolorze rzeczy może później wpływać również na sposób, w jaki interpretujemy aktualny bodziec.

Kolor bywa częścią odpowiedzi na pytanie „co to jest?”

W psychologii widzenia istnieje pojęcie color diagnosticity, diagnostyczności koloru. Określa ono, jak mocno dany obiekt jest związany w naszej wiedzy z określoną barwą i jak bardzo ta barwa pomaga go rozpoznać. Banan jest klasycznym przykładem obiektu o wysokiej diagnostyczności koloru. Lampa już niekoniecznie, ponieważ może być czerwona, czarna, niebieska albo zielona i nadal nie dzieje się nic szczególnego z jej tożsamością. W przypadku banana żółć należy do zestawu cech, których mózg nauczył się oczekiwać.

James Tanaka i Lynn Presnell pokazali to bardzo elegancko już w 1999 roku. Badani szybciej rozpoznawali obiekty o wysokiej diagnostyczności koloru, kiedy widzieli je w ich typowej barwie, niż wtedy, kiedy były achromatyczne albo miały kolor niezgodny z oczekiwaniem. Przy obiektach, których tożsamość nie jest tak mocno związana z konkretnym kolorem, podobna przewaga znikała. Co więcej, kiedy badacze pogarszali informację o kształcie, pozostawiając informację barwną, kolor stawał się jeszcze bardziej pomocny przy rozpoznawaniu obiektów silnie z nim związanych.

To jest drobna rzecz, ale bardzo skutecznie rozwala intuicję, według której najpierw rozpoznajemy przedmiot, a potem rejestrujemy, jakiego jest koloru. Układ wzrokowy nie musi wykonywać tych czynności w tak schludnej kolejności. Informacja o kształcie, barwie, fakturze, położeniu i otoczeniu jest przetwarzana równolegle i składana w coś, co ostatecznie rozpoznajemy jako konkretny przedmiot. W przypadku niektórych obiektów kolor jest dodatkiem mało istotnym, a w przypadku innych naprawdę pomaga odpowiedzieć na pytanie: „co to właściwie jest?”.

Christoph Witzel i Karl Gegenfurtner ujmują sprawę jeszcze szerzej: podstawową funkcją widzenia barwnego nie jest przecież wykonywanie wewnętrznej kolorymetrii, tylko pomaganie nam w rozpoznawaniu przedmiotów i materiałów w środowisku. Kolor jest więc informacją użytkową. Pomaga odróżniać powierzchnie, materiały, stan obiektu, jego dojrzałość, świeżość, a czasem właśnie jego tożsamość.

A co, jeśli banan jest naprawdę szary?

Tutaj zaczyna się dużo dziwniejsza część. W 2006 roku Thorsten Hansen, Maria Olkkonen, Sebastian Walter i Karl Gegenfurtner przeprowadzili eksperyment, który stał się jednym z najbardziej znanych przykładów memory color effect, efektu koloru pamięciowego. Badani oglądali fotografie dobrze znanych owoców i warzyw i mieli regulować ich barwę aż do momentu, w którym obiekt wyda im się całkowicie szary. Wśród bodźców znalazły się między innymi banan, cytryna, marchew, pomarańcza, sałata, winogrona i cukinia.

Badani nie zatrzymywali regulacji dokładnie w punkcie kolorymetrycznej szarości. W przypadku banana trzeba było przesunąć obraz lekko w stronę barwy przeciwstawnej jego typowej żółci, żeby uznali go za naprawdę neutralny. Mówiąc prościej: fizycznie szary banan potrafił nadal wyglądać odrobinę żółto, więc należało dołożyć trochę niebieskawego przesunięcia, żeby wyzerować to wrażenie.

Javier Jaén, Goya – banan na różowym tle
Javier Jaén, Goya. Banan, który tym razem bardzo dobrze wie, że jest bananem. Źródło: Javier Jaén .

Informacja o typowym kolorze przedmiotu nie musi leżeć sobie spokojnie w szufladzie podpisanej „wiedza o bananach”. Może brać udział w interpretowaniu aktualnego bodźca wzrokowego.

To jest jeden z tych wyników, które brzmią niemal komicznie, dopóki nie uświadomimy sobie, co właściwie znaczą. Jeśli wyobrażamy sobie widzenie jako proces podobny do pracy aparatu fotograficznego, powinno być przecież bardzo prosto: do oka wpada określony sygnał, układ nerwowy go rejestruje i dostajemy gotowy obraz. Problem w tym, że układ wzrokowy nigdy nie dostaje gotowego „koloru przedmiotu”. Dostaje światło.

Widzimy świat i jednocześnie pamiętamy świat

To, co dociera do siatkówki, zależy jednocześnie od właściwości powierzchni i od światła, które ją oświetla. Zielony samochód w południe, o zachodzie słońca i pod lampą uliczną wysyła do oka różne rozkłady energii spektralnej, a jednak zazwyczaj nadal widzimy go jako ten sam zielony samochód. Ten mechanizm stabilizowania wyglądu barwy mimo zmian oświetlenia nazywamy stałością barwy, czyli color constancy.

Układ wzrokowy musi więc przez cały czas rozwiązywać pewien problem odwrotny: na podstawie sygnału, który otrzymał, próbuje ustalić, jaka kombinacja powierzchni, oświetlenia i otoczenia mogła ten sygnał wytworzyć. Słowo „zgadywać” może brzmieć mało naukowo, ale jest tutaj całkiem uczciwe. Mózg nie dostaje etykietki „to jest światło zachodzącego słońca, odejmij jego wpływ”. Dostaje rozkład pobudzeń fotoreceptorów oraz ogrom informacji z całej sceny i na tej podstawie rekonstruuje najbardziej prawdopodobną sytuację w świecie.

W tym miejscu często pojawiają się modele bayesowskie. Nie trzeba przy tym robić z twierdzenia Bayesa magicznego wyjaśnienia całej neurobiologii. Sama intuicja jest prosta: jeśli sygnał sensoryczny jest niepełny albo niejednoznaczny, warto połączyć go z wcześniejszą wiedzą o tym, jakie przyczyny zwykle taki sygnał wytwarzają. Mamy więc aktualne dane oraz prior, czyli wcześniejsze prawdopodobieństwo. Jeżeli widzimy obiekt, który wygląda jak banan, a z tysięcy wcześniejszych spotkań z bananami wiemy, że zazwyczaj jest żółty, ta informacja może zostać użyta przy interpretacji bodźca.

Witzel, Olkkonen i Gegenfurtner spróbowali w 2018 roku opisać efekt koloru pamięciowego właśnie w taki sposób. W ich modelu wiedza o typowym kolorze obiektu działała jako prior wpływający na punkt, który badani wybierali jako szarość. Model nie tłumaczył każdego szczegółu danych i autorzy nie przedstawiali go jako zamkniętej teorii całego zjawiska, ale potrafił odtworzyć istotną część obserwowanego efektu.

To podejście dobrze pokazuje jedną rzecz: stabilne widzenie świata prawdopodobnie wymaga ciągłego korzystania z wiedzy o świecie. Gdyby układ wzrokowy za każdym razem traktował każdy napływający sygnał jak kompletnie nową informację, codzienne środowisko byłoby znacznie bardziej chaotyczne. Oświetlenie zmienia się bez przerwy, część przedmiotów jest zasłonięta, kontrast zależy od otoczenia, a sygnał dochodzący do oka jest pełen niedookreśleń. Wcześniejsze doświadczenie jest więc niezwykle użytecznym filtrem.

Tylko czy człowiek naprawdę widzi tę żółć?

W tym miejscu zaczyna się spór dużo ciekawszy niż sam niebieskawy banan. Skąd właściwie wiemy, że badany widzi banana jako lekko żółtego, skoro prosimy go tylko o przesunięcie suwaka? Być może jego percepcja się nie zmieniła. Być może fizycznie szary banan wygląda mu całkowicie szaro, ale człowiek wie, że banany są żółte, i ta wiedza wpływa dopiero na decyzję, którą podejmuje przy wykonywaniu zadania.

W psychologii percepcji jest to część większej dyskusji o cognitive penetrability, czyli o tym, czy wiedza, przekonania, pamięć i oczekiwania mogą rzeczywiście zmieniać treść doświadczenia perceptualnego, czy raczej wpływają na uwagę, interpretację, późniejszy osąd albo sposób udzielania odpowiedzi. To rozróżnienie może brzmieć jak akademickie dzielenie włosa na czworo, ale metodologicznie jest fundamentalne. Jeśli chcemy powiedzieć, że wiedza zmieniła widzenie, musimy pokazać coś więcej niż zmianę w odpowiedzi badanego.

J.J. Valenti i Chaz Firestone zwracali na ten problem uwagę w 2019 roku, analizując właśnie badania nad kolorem pamięciowym. Efekt jest dobrze udokumentowany, ale z samego faktu, że człowiek przesuwa neutralny punkt w określoną stronę, nie wynika jeszcze automatycznie, na którym etapie całego procesu zaszła zmiana. Możemy mieć zmianę w percepcji, ale możemy też mieć zmianę w osądzie dotyczącym tego, co zostało zobaczone.

Ta debata jest ważna również dlatego, że mózg nie jest jednym pudełkiem, w którym „percepcja”, „wiedza” i „decyzja” siedzą obok siebie. Informacja przepływa przez rozległe sieci neuronalne, a reprezentacje koloru, kształtu i wiedzy o obiektach w wielu miejscach się ze sobą spotykają. Badania nad wiedzą o typowych kolorach przedmiotów pokazują między innymi udział brzusznej kory potyliczno-skroniowej, czyli ventral occipitotemporal cortex, w przetwarzaniu zarówno informacji wizualnej, jak i semantycznej wiedzy dotyczącej obiektów. Nie oznacza to oczywiście, że znaleźliśmy w mózgu półkę podpisaną „żółte banany”. Pokazuje natomiast, że wiedza o przedmiocie i jego cechach nie jest odseparowana od całego systemu, który pomaga nam ten przedmiot rozpoznać.

Rok 2026 i banan wraca

W 2026 roku Vincent Plikat, Pablo R. Grassi, Michael M. Bannert i Andreas Bartels podeszli do tego problemu z innej strony. Zastosowali rywalizację obuoczną, czyli binocular rivalry. To bardzo ciekawe zjawisko: kiedy każde oko otrzymuje inny obraz, mózg nie zawsze składa oba spokojnie w jeden kompromis. Świadome doświadczenie potrafi przełączać się między konkurującymi interpretacjami, przez chwilę dopuszczając do świadomości jedną, a potem drugą.

Badacze wykorzystali tę konkurencję, żeby sprawdzić, czy typowy kolor obiektu może wpłynąć na to, która wersja obrazu częściej dostanie się do świadomej percepcji. Dwudziestu czterem osobom pokazywano dobrze znane obiekty w dwóch przeciwnych barwach, na przykład czerwonej i zielonej albo niebieskiej i żółtej, przy czym jedna z nich odpowiadała typowemu kolorowi danego przedmiotu. Fizyczne pary bodźców były takie same, zmieniało się natomiast znaczenie obiektu, na który nałożono kolor.

Wersja zgodna z typowym kolorem przedmiotu częściej uzyskiwała przewagę w świadomej percepcji. Autorzy interpretują ten wynik jako argument za tym, że wcześniejsza wiedza pomaga rozstrzygać niejednoznaczny sygnał i może przesuwać świadome doświadczenie w stronę bardziej prawdopodobnej interpretacji. To szczególnie ciekawe dlatego, że rywalizacja obuoczna pozwala ograniczyć część problemów związanych z późniejszym osądem czy prostym „zgadywaniem odpowiedzi”, które ciążyły nad wcześniejszymi eksperymentami.

Badanie nie zamyka oczywiście całej debaty o poznawczym wpływie na percepcję i byłoby przesadą przedstawiać je jako ostateczny dowód, że myśli dowolnie zmieniają to, co widzimy. Pokazuje coś znacznie ciekawszego: wiedza o typowych kolorach może działać jeszcze zanim świadomy obserwator usiądzie nad gotowym obrazem i zacznie go komentować. Może uczestniczyć w konkurencji pomiędzy możliwymi interpretacjami bodźca.

Percepcja nie zaczyna się od czystej kartki. Mózg patrzy na nowy bodziec wyposażony w całą historię wcześniejszego patrzenia.

Dlaczego więc jajko Jaéna tak skutecznie uwiera?

Żółte białko i białe żółtko łamią bardzo konkretną regularność, którą mózg zna tak dobrze, że nie musimy jej świadomie przywoływać. Nikt przecież nie patrzy na ten obraz i nie przeprowadza rozumowania, że żółtko kurze zawiera pigmenty pochodzące między innymi z karotenoidów, więc jego barwa powinna mieścić się w określonym zakresie żółci i pomarańczy, podczas gdy ścięte białko powinno być jasne. Obraz po prostu wydaje się nieprawidłowy, a dopiero później możemy rozebrać to wrażenie na części i zastanowić się, skąd właściwie się wzięło.

To właśnie jest dla mnie w tych badaniach najciekawsze. Pokazują, jak ogromna ilość wiedzy o świecie została wbudowana w nasze najbardziej banalne doświadczenia. Patrzenie trudno opisać jako prosty proces, w którym świat najpierw trafia do oka, następnie zostaje wiernie przepisany w mózgu, a dopiero na końcu otrzymuje znaczenie. Układ wzrokowy od początku pracuje na relacjach, kontrastach i prawdopodobieństwach, korzysta z informacji o otoczeniu, a na dalszych etapach również z doświadczenia i pamięci, dzięki którym może stabilizować interpretację tego, co widzimy.

Zdanie „mózg wie, jakiego koloru powinien być świat” jest oczywiście skrótem. Mózg nie ma jednej poprawnej palety rzeczywistości zapisanej gdzieś w korze. Ma za to ogromną historię statystycznych regularności: wie, że pewne rzeczy zwykle występują w określonych zakresach barw, że zmiana oświetlenia obejmuje zazwyczaj większą część sceny, że powierzchnie zachowują część swoich właściwości mimo zmiany światła i że niektóre interpretacje bodźca są w danych warunkach bardziej prawdopodobne od innych.

Czasami te przewidywania pomagają znakomicie i dzięki nim świat pozostaje dla nas stabilny. Czasami prowadzą do iluzji albo sprawiają, że fizycznie neutralny banan nadal wygląda trochę zbyt żółto. W obu sytuacjach możemy podejrzeć mechanizm, który zazwyczaj działa tak dobrze, że w ogóle go nie zauważamy.

Dlatego coraz mniej sensowne wydaje mi się mówienie o kolorze jak o czymś, co przedmiot po prostu „ma”, a oko po prostu „widzi”. Fizycznie możemy opisywać widmo światła, charakterystykę odbicia powierzchni, pobudzenie czopków, współrzędne w przestrzeni barw czy luminancję. To są realne i mierzalne wielkości, bez których nie da się poważnie rozmawiać o kolorze. Żaden z tych pomiarów sam w sobie nie jest jednak doświadczeniem barwy. To doświadczenie powstaje w układzie, w którym spotykają się światło, powierzchnia, receptor, otoczenie, adaptacja, pamięć i wiedza o świecie.

Można więc potraktować pamięciowy kolor banana jako mały fragment znacznie większego problemu. Percepcja jest próbą zrekonstruowania przyczyn sygnału, który właśnie otrzymaliśmy. Czasami trzeba oddzielić kolor powierzchni od koloru oświetlenia, czasami rozpoznać niedoświetlony przedmiot, czasami zignorować szum, a czasami zauważyć, że ktoś zrobił żółte białko jajka.

I być może właśnie dlatego plakat Jaéna działa tak dobrze. Nie pokazuje nam obiektu nierozpoznawalnego. Gdyby przedstawiał zupełnie abstrakcyjny kształt, nie byłoby żadnego konfliktu. Pokazuje jajko, które mózg rozpoznaje natychmiast, a potem odbiera mu jedną z regularności, które zwykle pomagają to jajko rozumieć. Kształt i struktura mówią jedno, wiedza o typowym kolorze wnosi drugie. Ten niewielki zgrzyt wystarcza, żeby obraz zatrzymał uwagę.

Kolor okazuje się więc czymś znacznie bardziej interesującym niż dekoracyjna warstwa świata. Jest informacją o obiektach i materiałach, elementem ich rozpoznawania, wskazówką dotyczącą prawdopodobnej interpretacji sceny, a czasami także oczekiwaniem, które mózg wnosi do obrazu jeszcze zanim zdążymy świadomie zastanowić się nad tym, co właściwie widzimy.

A jak Arsenic

I właśnie to fascynuje mnie w kolorze

Im dłużej zajmuję się analizą kolorystyczną, tym mniej interesują mnie gotowe regułki, które trzeba przyjąć na wiarę. Znacznie bardziej interesuje mnie to, co znajduje się pod nimi: fizyka światła, biologia człowieka, psychofizjologia widzenia, sposób działania percepcji, pamięci i kontrastu. Kopię głęboko właśnie po to, żeby odpowiedzi, które daję później konkretnej osobie, były sensowne, użyteczne i możliwe do uargumentowania, a nie oparte wyłącznie na tym, że „tak się robi”.

W taki sposób pracuję podczas stacjonarnych analiz kolorystycznych i w taki sposób uczę na szkoleniu Biologiczne i fizyczne podstawy analizy kolorystycznej człowieka. Jeżeli interesuje Cię kolor właśnie od tej strony — jako zjawisko, które można obserwować, rozumieć, sprawdzać i przekładać na praktykę — zapraszam.

Źródła i dalsze czytanie

  1. Tanaka, J.W., Presnell, L.M. (1999). Color diagnosticity in object recognition. Perception & Psychophysics, 61, 1140–1153. PubMed
  2. Hansen, T., Olkkonen, M., Walter, S., Gegenfurtner, K.R. (2006). Memory modulates color appearance. Nature Neuroscience, 9, 1367–1368. DOI
  3. Witzel, C., Olkkonen, M., Gegenfurtner, K.R. (2018). A Bayesian model of the memory colour effect. i-Perception, 9(3). DOI
  4. Witzel, C., Gegenfurtner, K.R. (2018). Color Perception: Objects, Constancy, and Categories. Annual Review of Vision Science, 4, 475–499. DOI
  5. Valenti, J.J., Firestone, C. (2019). Finding the “odd one out”: Memory color effects and the logic of appearance. Cognition, 191, 103934. DOI
  6. Plikat, V., Grassi, P.R., Bannert, M.M., Bartels, A. (2026). Memory color influences conscious object perception. Neuroscience of Consciousness, 2026(1), niag055. DOI

  Blondyni z Wysp Salomona

Blondyni z Wysp Salomona

ARSENIC
człowiek · percepcja · kolor

biologia pigmentacji · HVC · analiza kolorystyczna

O tym, dlaczego człowieka łatwiej zrozumieć, kiedy przestaje się go klasyfikować.

Aleksandra Galiszkiewicz · ARSENIC

Blond włosy i bardzo ciemna skóra wyglądają na zestaw niezwykły głównie dlatego, że przywykliśmy do oglądania ludzkiej pigmentacji przez pryzmat kilku dobrze znanych europejskich konfiguracji. Jasna skóra występuje w naszym otoczeniu często razem z jasnymi włosami i tęczówkami, ciemniejsze włosy często towarzyszą ciemniejszej oprawie oczu. Kiedy poszczególne elementy tego zestawu zaczynają zachowywać się niezależnie, łatwo odnieść wrażenie, że coś do siebie „nie pasuje”.

Biologia człowieka żadnej takiej umowy jednak nie podpisała.

W Melanezji, między innymi na Wyspach Salomona, naturalne blond włosy występują u ludzi o bardzo silnie pigmentowanej skórze. Nie są rezultatem rozjaśniania włosów słońcem ani wodą morską i nie dają się wyjaśnić niedawną domieszką europejską. W 2012 roku zespół Eimear Kenny opublikował w Science badanie, które wskazało jeden z głównych mechanizmów odpowiedzialnych za ten fenotyp: wariant genu TYRP1, prowadzący do zamiany aminokwasu w białku TYRP1 — Arg93Cys, zapisywanej również R93C. W populacji badanej na Wyspach Salomona allel osiągał częstość około 26%, a blond włosy były silnie związane z posiadaniem dwóch jego kopii. [Kenny i wsp., 2012]

Naturalnie blond włosy u mieszkańca Melanezji
Naturalnie blond włosy u mieszkańca Melanezji, Vanuatu. Fot. Graham Crumb, Wikimedia Commons, CC BY-SA 2.0 . Źródło .
To drobna zmiana zapisu, która prowadzi nas bardzo głęboko w biologię koloru człowieka.

Arginina staje się cysteiną

Zapis R93C oznacza, że w pozycji 93 białka TYRP1 arginina została zastąpiona cysteiną. R jest jednoliterowym symbolem argininy, C — cysteiny. Tyrozyna, z którą łatwo tutaj o skojarzenie ze względu na nazwę tyrosinase-related protein 1, miałaby symbol Y.

Ta zamiana jest interesująca z powodów strukturalnych. TYRP1 zawiera obszar bogaty w cysteiny i stabilizujące białko mostki dwusiarczkowe. Arginina 93 znajduje się blisko skupiska takich wiązań. Dodanie kolejnej cysteiny może zaburzać ich prawidłowe tworzenie, a wraz z nim fałdowanie i stabilność całego białka. Badanie struktury ludzkiego TYRP1 opublikowane kilka lat po pracy Kenny wskazało właśnie taki mechanizm jako prawdopodobną konsekwencję R93C. Ta sama praca pokazała zresztą, że ludzki TYRP1 ma w centrum aktywnym dwa jony cynku, a jego rzeczywista funkcja enzymatyczna jest bardziej złożona, niż zakładały wcześniejsze modele. [Lai i wsp., 2017]

Pierwotna praca z Science zwracała uwagę na dodatkowy trop. U myszy istnieje mutacja Tyrp1 R38C, również zamieniająca argininę na cysteinę. Towarzyszą jej zmniejszona stabilność i funkcja TYRP1 oraz mniejsza zawartość melaniny we włosach. Podobieństwo obu mutacji dostarcza dobrego modelu roboczego dla R93C u człowieka, chociaż analogia z myszą pozostaje analogią i nie zastępuje bezpośredniego badania melanezyjskich włosów.

Ważne: cysteina pojawiająca się w zapisie R93C nie staje się „cysteiną we włosie”, która kierowałaby melanogenezę w stronę feomelaniny. Jest jednym z aminokwasów budujących białko TYRP1. Cysteina rzeczywiście odgrywa fundamentalną rolę w powstawaniu feomelaniny, ale w zupełnie innym miejscu całego procesu.

Blond nie musi oznaczać dużej ilości feomelaniny

Ludzką pigmentację zwykle opisujemy przede wszystkim poprzez dwie duże rodziny melanin: brunatnoczarną eumelaninę i żółtawo-czerwonawą feomelaninę. Rzeczywisty pigment jest chemicznie bardziej złożony niż takie dwa słowa sugerują, ale podział jest użytecznym punktem wyjścia.

Intuicja może podpowiadać, że żółtawy blond zawdzięcza barwę dużej ilości żółtawej feomelaniny. Analizy chemiczne ludzkich włosów pokazują inny obraz. Shosuke Ito i Kazumasa Wakamatsu badali zawartość obu rodzajów pigmentu we włosach czarnych, ciemnobrązowych, brązowych, jasnobrązowych, blond i rudych. Wraz z przechodzeniem od włosów czarnych do blond systematycznie malała przede wszystkim zawartość eumelaniny. Feomelanina pozostawała na stosunkowo niskim poziomie w większości nierudych włosów; wyraźnie duży jej udział pojawiał się we włosach rudych. [Ito, Wakamatsu, 2011]

Blond może więc powstać poprzez bardzo małą ilość ciemnego pigmentu. Gdy eumelaniny jest niewiele, coraz większego znaczenia nabiera struktura samego włosa, sposób rozpraszania światła, rozmieszczenie pigmentu oraz własności melanosomów. Żółtawy czy złotawy wygląd włosa nie stanowi sam w sobie dowodu na dominację feomelaniny.

W przypadku mieszkańców Wysp Salomona najbardziej prawdopodobny model prowadzi obecnie przez zaburzoną eumelanizację włosa związaną z TYRP1. Nadal jest to model, którego ważnego elementu brakuje.

Badanie, którego nikt jeszcze najwyraźniej nie zrobił

Melaninę we włosach umiemy analizować chemicznie od dawna. Już w latach osiemdziesiątych opracowano metody wykorzystujące chemiczną degradację pigmentu i chromatografię cieczową. Później zestaw markerów oraz metody oznaczeń były rozwijane i udoskonalane. PTCA może służyć jako marker eumelaniny, TTCA jako jeden z markerów feomelaniny, a 4-AHP pozwala analizować komponent feomelaninowy po hydrolizie kwasem jodowodorowym. [Ito, Fujita, 1985]

Można także badać strukturę eumelaniny bardziej szczegółowo, między innymi udział jednostek pochodzących od DHI i DHICA, oraz zestawić analizę chemiczną z mikroskopowym obrazem melanosomów. Badania tego rodzaju wykonywano na ludzkich włosach różnych kolorów. [Ozeki, Ito, Wakamatsu, 1996]

A jednak w literaturze, którą udało mi się znaleźć, nadal nie ma eksperymentu, który najbardziej chciałabym tutaj zobaczyć: porównania włosów osób z Wysp Salomona o genotypach związanych z TYRP1 R93C i bez tego wariantu oraz bezpośredniego oznaczenia eumelaniny, feomelaniny, składu eumelaniny i morfologii melanosomów.

Mamy: genotyp · fenotyp · strukturę TYRP1 · techniki pozwalające zbadać pigment.

Brakuje doświadczenia, które połączyłoby te elementy w jednym badaniu.

Dlatego na obecnym etapie można rozsądnie podejrzewać, że jasność melanezyjskich włosów wiąże się z niewielką ilością prawidłowo wytwarzanej eumelaniny i być może również zmianami dotyczącymi organizacji pigmentu czy melanosomów. Nie wiemy jeszcze, czy głównym efektem R93C jest sama ilość eumelaniny, jej właściwości chemiczne, dojrzewanie melanosomów, sposób upakowania pigmentu czy kilka tych zjawisk jednocześnie.

Ta luka jest dla mnie szczególnie ciekawa, ponieważ wizualny rezultat przypomina coś doskonale znajomego z niskopigmentowanych populacji europejskich: bardzo jasny włos. Podobny efekt obserwacyjny może więc powstać różnymi drogami biologicznymi.

Kolor jest rezultatem. Nie zdradza automatycznie całej drogi, która do niego doprowadziła.

Skóra najwyraźniej nie dostała tej samej wiadomości

Najbardziej interesującą cechą R93C pozostaje tkankowa selektywność jego efektu.

W 2014 roku Heather Norton i współpracownicy zbadali 550 mieszkańców północnej Melanezji. Wariant 93C występował tam ze średnią częstością około 12%, niższą niż około 26% obserwowane wcześniej na Wyspach Salomona, a jego częstość bardzo wyraźnie różniła się pomiędzy poszczególnymi wyspami. Wciąż był istotnie związany z jaśniejszym włosem. Nie wykazano analogicznego związku z jaśniejszą pigmentacją skóry. [Norton i wsp., 2014]

To jest jedna z tych informacji, które potrafią uporządkować myślenie o kolorystyce człowieka lepiej niż kolejna tabela typów.

Skóra, włosy i tęczówki korzystają z melanogenezy i melanosomów, ale nie są trzema końcówkami jednego suwaka. Ilość pigmentu, jego rodzaj, rozmieszczenie, aktywność melanocytów, funkcjonowanie melanosomów i ekspresja poszczególnych genów mogą różnić się pomiędzy tkankami.

Możemy więc oglądać człowieka o bardzo wysokiej pigmentacji eumelaninowej skóry i ciemnych tęczówkach, którego włosy poprzez zmianę dotyczącą konkretnego elementu aparatu pigmentacyjnego stały się blond.

Z punktu widzenia biologii jest to ciekawa kombinacja cech. Z punktu widzenia systemu oczekującego, że ciemna skóra powinna przychodzić w komplecie z ciemnymi włosami, staje się „problemem do rozwiązania”.

Problem stworzył jednak system, nie człowiek.

Kieran Dodds i rude włosy, które odmawiają pozostania w jednej szufladzie

Podobną lekcję, tyle że fotograficzną, daje od lat Kieran Dodds w projekcie Gingers.

Projekt zaczął się w Szkocji, gdzie rude włosy mają bardzo silne znaczenie kulturowe i łatwo uznać je niemal za lokalny znak rozpoznawczy. Dodds wyszedł jednak daleko poza Szkocję. Gingers obejmuje portrety wykonane przez jedenaście stref czasowych, od obu Ameryk przez Europę po Bliski Wschód i Azję. Fotograf opisuje projekt jako historię przepływu DNA przez kultury i pokolenia. [Gingers — strona projektu]

W nowszej kontynuacji, Gingers of America, wśród osób zgłaszających się do projektu pojawiali się ludzie o szkockich i irlandzkich korzeniach, ale także rdzenni Amerykanie, Latynosi czy osoby z pochodzeniem środkowoazjatyckim. Sam projekt przesuwa więc uwagę z prostego skojarzenia „rudy = Celt” ku historii migracji, rekombinacji i różnorodności ludzi, którzy mogą nosić podobną cechę. [Gingers of America]

Fotografie Doddsa są dla mnie interesujące również kolorystycznie. Rudość włosa za każdym razem pozostaje bardzo wyrazistym elementem pejzażu człowieka, ale pejzaż wokół niej się zmienia. Zmienia się jasność skóry, jej barwa, pigmentacja oczu, oprawa oka, kontrast, ilość eumelaniny w pozostałych strukturach. Samo stwierdzenie „rude włosy” mówi więc zaskakująco mało o całym człowieku.

W swoich analizach widzę dokładnie to samo. Rudy włos może znaleźć się przy bardzo jasnej biało-różowej skórze i niebieskich tęczówkach, może też pojawić się w znacznie silniej pigmentowanym fenotypie. Kolor włosa pozostaje istotną informacją, ale nie staje się instrukcją pozwalającą odtworzyć resztę człowieka.

Angélica Dass i kilka tysięcy odpowiedzi na pytanie o „kolor skóry”

Jeszcze bardziej bezpośrednie przełożenie na kolor daje Humanæ Angéliki Dass.

Dass fotografuje ludzi na jednolitych tłach, których barwę dobiera na podstawie próbki 11 × 11 pikseli pobranej z okolicy nosa fotografowanej osoby, a następnie odnosi ją do systemu Pantone. Projekt powstaje od lat i obejmuje już tysiące ludzi fotografowanych w wielu krajach. Jego punktem wyjścia jest zakwestionowanie języka, w którym ludzką skórę opisuje się za pomocą kilku etykiet: „białej”, „czarnej”, „czerwonej” czy „żółtej”. [Humanæ — strona projektu]

Wystarczy spojrzeć na zestawione ze sobą portrety, żeby zobaczyć absurd tych określeń jako opisu koloru.

Ludzka skóra tworzy ogromne kontinuum. Przesuwa się w barwie, jasności i nasyceniu, a widoczny kolor powstaje wskutek współdziałania melaniny, hemoglobiny, właściwości optycznych tkanek oraz oświetlenia. Słowo „brązowy” obejmuje obszar tak wielki, że z punktu widzenia analizy koloru samo w sobie przekazuje niewiele.

Humanæ doskonale pokazuje także coś, co w pracy z człowiekiem jest dla mnie podstawowe: kategoria może być społecznie bardzo silna i kolorystycznie bardzo słaba.

Człowiek sklasyfikowany jako „czarny” może mieć skórę wyraźnie jaśniejszą, ciemniejszą, bardziej czerwonawą, bardziej żółtawą, bardziej neutralną, bardziej lub mniej chromatyczną niż inna osoba umieszczana pod tą samą nazwą.

W analizie kolorystycznej interesuje mnie ten rzeczywisty kolor.

Człowiek opisany przez HVC

W tym miejscu genetyka, fotografia Doddsa, Humanæ Dass i analiza kolorystyczna zaczynają mówić o tym samym zjawisku różnymi językami.

Fenotyp człowieka można obserwować przez trzy podstawowe własności koloru: Hue, Value i Chroma.

Hue barwa
Value jasność
Chroma nasycenie

Nie zakładam przy tym, że cały człowiek posiada jedno H, jedno V i jedno C. Wręcz przeciwnie. Skóra, włosy, tęczówki, oprawa oka, usta, rumień i pozostałe widoczne elementy tworzą rozkład tych parametrów.

To właśnie ten rozkład nazywam czasem pejzażem człowieka.

I tutaj blondyni z Wysp Salomona okazują się fantastycznym materiałem do myślenia.

Włosy mają wysokie Value. Są jasne.

Skóra ma Value znacznie niższe.

Silnie pigmentowane tęczówki i oprawa oczu mogą znajdować się również w ciemniejszych zakresach.

Próba ustalenia, czy taki człowiek jest „jasny”, czy „ciemny”, traci więc sens. Znacznie więcej informacji daje stwierdzenie, że jego fenotyp charakteryzuje bardzo szeroki rozrzut na osi jasności.

I to zmienia sposób budowania kolorystyki ubrania.

Każda cecha potrzebuje oparcia

Przez lata pracy wypracowałam sobie prostą zasadę: istotne cechy kolorystyczne człowieka powinny znaleźć oparcie w kolorach, które wokół niego budujemy.

Oparcie oznacza dla mnie odpowiedź na hue, value i chroma. Nie wymaga dosłownego kopiowania koloru tęczówki albo włosów.

Jeżeli ktoś ma jasną skórę i jasne tęczówki, a przy tym bardzo ciemne włosy i ciemną oprawę oczu, jego pejzaż zawiera oba końce osi jasności. Jasne oczy nie powinny zostać porzucone w kompozycji złożonej wyłącznie z głębokich kolorów tylko dlatego, że włosy są ciemne. Ciemne włosy nie znikają natomiast tylko dlatego, że skóra jest jasna.

Podobnie patrzę na osobę z biało-różową skórą, błękitnymi tęczówkami i rudymi włosami. Rude włosy są dużym, fizycznie obecnym elementem jej kolorystyki. Ich barwa i nasycenie powinny dostać odpowiedź w stylizacji. Nie musi to być kolejne rude pole. Oparcie może zostać stworzone za pomocą innej barwy o pokrewnej jakości, odpowiedniego nasycenia, jasności albo relacji pomiędzy kilkoma kolorami.

U melanezyjskiego blondyna jasne włosy również potrzebują oparcia.

Gdybyśmy zbudowali całą stylizację wyłącznie z bardzo ciemnych wartości, pozostawilibyśmy ogromną jasną powierzchnię włosów poza kompozycją. Gdyby wszystko zostało rozjaśnione, stracilibyśmy kontakt z głęboką pigmentacją skóry i oczu.

Naturalnym rozwiązaniem staje się duży zakres Value w samej stylizacji.

Może pojawić się kolor głęboki, średni i wyraźnie jasny. Ich konkretne proporcje będą już zależały od konkretnego człowieka, bo nawet w obrębie jednej populacji nie istnieje przecież jeden fenotyp.

Nasycenie i ilość pigmentu

Nasycenie wymaga nieco bardziej ostrożnego języka.

Wysoka zawartość eumelaniny oznacza silną pigmentację. Nie można jej matematycznie utożsamić z wysokim Chroma, ponieważ bardzo duża absorpcja światła obniża również jasność, a wraz z zejściem do bardzo niskiego Value zmienia się dostępny zakres chromatyczności.

Człowiek nie jest jednak abstrakcyjną próbką farby.

Bardzo ciemna skóra i silnie pigmentowane tęczówki są w całej kompozycji wyraźnymi elementami wizualnymi. Nie skłaniałabym się więc w takim fenotypie ku palecie bardzo wyszarzonej i niskonasyconej. Jednocześnie blond włosy nie dają mi powodu, żeby przesunąć całość aż ku skrajnym, niemal neonowym nasyceniom.

Jako punkt wyjścia najbardziej przekonuje mnie nasycenie średnie do średnio wysokiego.

To oczywiście hipoteza dotycząca kolorystyki konkretnego rodzaju fenotypu, a nie wynik badania populacyjnego. W praktyce każdą osobę należałoby obserwować oddzielnie.

Hue: brąz, złoto i ciepło, które trzeba jeszcze sprawdzić

Na fotografiach wielu blond mieszkańców Melanezji pejzaż rzeczywiście grawituje wizualnie ku cieplejszym zakresom: pojawiają się głębokie brązy skóry i żółtawe lub złotawe włosy.

Tutaj również dobrze zachować ostrożność. „Brąz” jest nazwą wizualną obejmującą wiele różnych hue, a złotawy wygląd bardzo jasnego włosa nie daje nam automatycznie informacji o dużej zawartości feomelaniny. Przy niewielkiej ilości pigmentu coraz większy udział w obserwowanym efekcie mają własności keratyny i optyka włosa.

Jeżeli jednak konkretny człowiek rzeczywiście prezentuje przewagę cieplejszych wizualnie barw skóry i włosów, uwzględniłabym tę informację w jego kolorystyce.

Roboczy pejzaż: cieplejszy kierunek hue · średnie lub średnio wysokie chroma · bardzo szeroki zakres value.

Taki opis jest dla mnie znacznie bardziej użyteczny niż nazwa typu kolorystycznego.

Nie potrzebuję nowego typu

Przez wiele lat obserwowania ludzi coraz mniej interesowało mnie wymyślanie kolejnych nazw dla kombinacji, które nie mieściły się w istniejących systemach.

Gdy odkrywca docierał kiedyś do lądu, którego nie znał, mógł zatknąć flagę, nadać mu nazwę i uznać problem za rozwiązany. Nie mam potrzeby uprawiania analizy kolorystycznej w podobny sposób.

Jeżeli spotkam człowieka, którego skóra przypomina zakres kojarzony w jednym systemie z jednym „typem”, włosy przypominają drugi, a oczy trzeci, nie powstaje z tego nowa pora roku, hybryda ani trzynasty czy dwudziesty siódmy typ wymagający chrztu.

Powstaje człowiek.

Jego cechy mają biologiczne przyczyny i fizyczne właściwości. Mogę próbować zrozumieć mechanizm ich powstawania, opisać obserwowany rezultat poprzez hue, value i chroma, zobaczyć relacje pomiędzy poszczególnymi elementami, a następnie zbudować kolorystykę ubrania, która stworzy dla tych cech odpowiednie oparcie.

Właśnie ten proces interesuje mnie w analizie kolorystycznej najbardziej.

Dwa pejzaże

Od dawna myślę o kolorystyce człowieka jak o pejzażu.

Pejzaż ma swoje miejsca jasne i ciemne. Ma kolory bardziej intensywne i bardziej wyciszone. Ma dominanty barwne, akcenty, powtórzenia, kontrasty i obszary przejściowe. Jego elementy mogą być skrajnie różne, a mimo to należeć do jednej całości.

Ubranie tworzy drugi pejzaż.

Moja praca polega na takim zbudowaniu tego drugiego, żeby pierwszy pozostał widoczny i żeby oba zaczęły ze sobą współpracować.

Blondyni z Wysp Salomona są pięknym przykładem tego, dlaczego przy takim myśleniu klasyfikacja szybko staje się drugorzędna. Ich bardzo jasne włosy i bardzo ciemna skóra nie wymagają pogodzenia dwóch sprzecznych typów kolorystycznych. Wymagają zauważenia szerokiego zakresu jasności. Silnie pigmentowana skóra i tęczówki dostarczają informacji o nasyceniu i sile całego pejzażu. Rzeczywista barwa skóry, oczu i włosów pozwala ustalić kierunki hue.

Biologia dostarcza wyjaśnienia, skąd ten pejzaż się wziął.

Fizyka koloru pozwala go opisać.

Percepcja pomaga zrozumieć relacje.

Dopiero na końcu pojawiają się ubrania.

I chyba właśnie wtedy analiza kolorystyczna zaczyna robić się naprawdę ciekawa.
jeśli chcesz pracować w ten sposób
Biologia, fizyka koloru i człowiek zamiast gotowej tabeli

Jeśli zajmujesz się analizą kolorystyczną i chcesz rozumieć mechanizmy stojące za obserwowanym fenotypem, właśnie temu poświęcam szkolenie „Biologiczne i fizyczne podstawy analizy kolorystycznej człowieka”. Pracujemy na biologii pigmentacji, fizyce koloru, HVC, percepcji oraz metodzie przechodzenia od obserwacji do argumentowanych wniosków i praktycznych rekomendacji.

Chodzi o to, żeby umieć zobaczyć człowieka jako złożony układ cech, opisać go i samodzielnie zbudować dla niego kolorystyczne rozwiązania.

A jeśli chcesz zobaczyć tę metodę na własnej kolorystyce

Podczas stacjonarnej analizy pracuję właśnie w ten sposób: obserwujemy rzeczywiste cechy Twojego fenotypu, ich barwę, jasność, nasycenie i relacje między nimi, a potem przekładamy je na konkretne kolory do noszenia.

Sprawdź analizę stacjonarną

Źródła i dalsza lektura

  • Kenny E.E. i wsp., Melanesian blond hair is caused by an amino acid change in TYRP1, Science, 2012 — pełny tekst w PMC .
  • Norton H.L. i wsp., Distribution of an allele associated with blond hair color across Northern Island Melanesia, American Journal of Physical Anthropology, 2014 — PubMed .
  • Lai X. i wsp., Structure of Human Tyrosinase Related Protein 1 Reveals a Binuclear Zinc Active Site Important for Melanogenesis, 2017 — pełny tekst w PMC .
  • Ito S., Wakamatsu K., Diversity of human hair pigmentation as studied by chemical analysis of eumelanin and pheomelanin, 2011 — PubMed .
  • Ito S., Fujita K., Microanalysis of eumelanin and pheomelanin in hair and melanomas by chemical degradation and liquid chromatography, 1985 — PubMed .
  • Ozeki H., Ito S., Wakamatsu K., Chemical characterization of melanins in sheep wool and human hair, 1996 — PubMed .
  • Kieran Dodds, Gingers — strona projektu .
  • Angélica Dass, Humanæ — strona projektu .
ARSENIC · człowiek · percepcja · kolor

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger