Czy ta pizza wygląda wystarczająco hawajsko? O metodologii analizy kolorystycznej
Starsi czytelnicy Arsenic zapewne pamiętają, że kiedyś bardzo dużo rozmawialiśmy tutaj o pizzy. W pewnym okresie pizza była niemal stałą bohaterką naszych rozważań o internetowych testach osobowości, klasyfikowaniu ludzi i przypisywaniu im rozmaitych właściwości na podstawie dość osobliwych kryteriów. Wygląda na to, że po latach wraca. Tym razem pomoże nam przyjrzeć się metodologii współczesnej analizy kolorystycznej.
A teraz wyobraź sobie, że ktoś proponuje Ci inną metodę rozpoznawania pizzy. Zamiast oglądać składniki, masz spróbować kawałka i odpowiedzieć na pytanie, czy jego smak jest dostatecznie tropikalny. Czy pizza ma odpowiednio dużo egzotyki? Czy można w niej wyczuć charakterystyczną słodycz? Może słodycz jest obecna, ale przytłumiona przez wytrawność sera i kwasowość pomidorów? Poszczególni degustatorzy nie potrafią dojść do porozumienia. Pierwszy rozpoznaje zdecydowanie hawajski charakter, drugi znajduje więcej cech capricciosy, trzeci dostrzega subtelną tropikalność w kształcie, w jakim układa się mozarella i proponuje kategorię "śródziemnomorsko-hawajskiej". Czwarty uznaje pizzę za typ przejściowy, ponieważ wyraźnie czuje harmonię między wpływami góralskimi a egzotycznymi. Dyskusja staje się coraz bardziej szczegółowa, a nikt nie sprawdził, czy na pizzy jest ananas.
Możemy całymi godzinami dyskutować o tym, czy pizza wygląda wystarczająco hawajsko, podczas gdy nikt nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, czy jest na niej ananas.
Co właściwie klasyfikujemy?
Pizza hawajska, capricciosa czy margherita nie są kategoriami istniejącymi w naturze. To nazwy, które ludzie nadali określonym kompozycjom składników. Receptury bywają modyfikowane, ich nazwy nie wszędzie znaczą dokładnie to samo, a granice między kategoriami pozostają w pewnym stopniu umowne. Z typami kolorystycznymi jest podobnie. Natura nie produkuje ludzi oznaczonych etykietami Jasna Wiosna, Zgaszone Lato czy Ciemna Jesień. Człowiek nie rodzi się przypisany do jednego z dwunastu, szesnastu, dwudziestu, ani stu jeden sezonów. Rodzi się natomiast z określonym zespołem cech biologicznych, które możemy obserwować i badać. To my, chcąc uporządkować różnorodność ludzkiego wyglądu, tworzymy systemy kategorii i nadajemy im nazwy.
Trzeba przy tym oddzielić umowność klasyfikacji od rzeczywistości cech, które miałaby ona opisywać. Kolor skóry, włosów i tęczówek jest wynikiem procesów fizycznych i biologicznych, związanych między innymi z pigmentacją, budową tkanek, pochłanianiem oraz rozpraszaniem światła. Możemy badać mechanizmy powstawania tych barw, mierzyć ich parametry w określonych warunkach i opisywać zmienność fenotypową człowieka. Możemy też zaproponować system porządkujący część tej zmienności. Jednak to, że nazwaliśmy kategorię Ciemną Jesienią, nie oznacza jeszcze, że zdefiniowaliśmy ją poprzez jednoznaczne, mierzalne właściwości fenotypu.
W tym miejscu analogia z pizzą staje się szczególnie użyteczna. Nazwa kategorii nie zastępuje jej definicji, a wrażenie podobieństwa do wyobrażonego wzorca nie jest wiarygodnym kryterium identyfikacji. Jeżeli chcemy rozpoznawać typy kolorystyczne, powinniśmy najpierw wiedzieć, jakie obserwowalne cechy człowieka mają rozstrzygać o przynależności do poszczególnych kategorii i dlaczego wybraliśmy właśnie te cechy.
Czy ta pizza wygląda wystarczająco hawajsko?
W wielu szkołach analizy kolorystycznej podstawowym narzędziem pracy pozostają kolorowe tkaniny przykładane kolejno w pobliżu twarzy. Analityczka obserwuje, jak zmienia się postrzegany wygląd osoby w sąsiedztwie różnych barw. Ocenia, czy twarz wydaje się świeższa, cera równiejsza, oczy bardziej wyraziste, a cienie mniej widoczne. Następnie na podstawie tych ocen wyciąga wnioski o przynależności do określonego typu kolorystycznego. Właśnie tutaj chciałabym zatrzymać się przy pytaniu, które wydaje mi się fundamentalne: co właściwie zostało zbadane?
Czy badamy właściwości barwne człowieka, czy przede wszystkim wrażenie wywołane zestawieniem jego twarzy z kolejnymi kolorowymi powierzchniami?
Czy zbadaliśmy pigmentację skóry? Właściwości optyczne tęczówek? Barwę włosów i relacje między poszczególnymi elementami fenotypu? Czy może obserwowaliśmy przede wszystkim wrażenie, jakie na naszym układzie wzrokowym wywołało zestawienie twarzy z kolejnymi kolorowymi powierzchniami? Te zadania nie są równoważne. Przyłożenie pomarańczowej, a później fioletowej tkaniny może rzeczywiście zmienić wygląd tej samej twarzy w oczach obserwatora. Nie mówi nam jednak samo z siebie, jakie mechanizmy odpowiadają za tę zmianę ani co możemy na jej podstawie powiedzieć o cechach biologicznych osoby.
Postrzeganie barw zależy również od kontekstu. Sąsiadujące powierzchnie mogą wpływać na to, jak widzimy ich odcień, jasność i nasycenie; znaczenie mają także adaptacja wzrokowa i warunki oświetlenia. Zjawiska kontrastu równoczesnego pokazują, że barwa otoczenia może zmieniać wygląd obserwowanego obszaru, mimo że jego własne właściwości pozostają takie same. W pewnych warunkach światło odbite od tkaniny może ponadto padać na skórę i zmieniać bodziec świetlny docierający od niej do oka. Obserwowana różnica jest więc zjawiskiem wartym analizy, ale wymaga interpretacji uwzględniającej fizykę światła i psychofizykę widzenia.
Jeżeli uznam, że twarz wygląda korzystniej przy fiolecie niż przy pomarańczu, mam informację o ocenie konkretnego zestawienia barw w konkretnych warunkach. Nie dowiedziałam się jeszcze, jaki jest skład pigmentowy skóry, jakie parametry opisują barwę tęczówek ani jak należy scharakteryzować całość fenotypu. Nie wynika też z tego automatycznie, że osoba przede mną jest Chłodnym Latem. To tak, jakbym po spróbowaniu pizzy stwierdziła, że wyczuwam w niej tropikalny charakter, a następnie uznała obecność ananasa za udowodnioną.
Obserwacja nie jest jeszcze wyjaśnieniem
W mojej pracy punktem wyjścia są obserwowalne cechy człowieka. Interesuje mnie barwa skóry, włosów i tęczówek, ich zróżnicowanie oraz relacje między nimi. Posługuję się opisem barwy uwzględniającym odcień, jasność i nasycenie. Zwracam uwagę na to, co rzeczywiście widzę, w jakich warunkach to widzę i które wnioski mogę z tych obserwacji wyprowadzić. Typ kolorystyczny, jeśli go stosuję, jest sposobem porządkowania informacji, a nie biologiczną tożsamością człowieka.
Nie potrzebuję tkaniny, aby zaobserwować jasne tęczówki albo znaczną różnicę jasności między skórą a włosami. Oczywiście obserwacja nie oznacza nieomylności: oświetlenie, adaptacja wzrokowa, stan i powierzchnia włosów czy zmienność wyglądu skóry mogą wpływać na ocenę. W badaniach wymagających wysokiej dokładności konieczne są odpowiednie metody pomiarowe i kontrola warunków. Ale ograniczenia obserwacji są przecież właśnie argumentem za tym bardziej starannym definiowaniem i weryfikowaniem cech, a nie za zastąpieniem ich niejasną kategorią „harmonii”.
Warto rozdzielić te trzy etapy pracy. Mogę zaobserwować określone właściwości barwne fenotypu, zaproponować na ich podstawie zestawienia kolorów i ocenić, jakie efekty te zestawienia dają. Każdy z tych etapów odpowiada na inne pytanie. Problem pojawia się wtedy, gdy ocenę końcowego efektu traktuje się jak bezpośredni dowód cech, których wcześniej w ogóle nie zbadano.
Brak ananasa nie oznacza capricciosy
Powróćmy na chwilę do pizzy. Ustaliliśmy, że nie ma na niej ananasa. Czy wobec tego jest capricciosą lub margheritą? Oczywiście nie. Brak składnika charakterystycznego dla jednej receptury nie dowodzi przynależności do innej. Trzeba sprawdzić, jakie składniki rzeczywiście znajdują się na pizzy i czy odpowiadają kryteriom tej drugiej kategorii. Może się też okazać, że pizza nie pasuje dokładnie do żadnej znanej nam receptury. Nie musi to oznaczać, że jest niezwykle tajemnicza. Być może po prostu nasz katalog jest zbyt ubogi albo został zbudowany w sposób, który nie obejmuje wszystkich spotykanych kompozycji.
Podobna trudność pojawia się przy rozpoznawaniu typów kolorystycznych przez eliminację. Osoba nie wydaje się dostatecznie chłodna, by zaliczyć ją do jednej grupy, ale nie wygląda też dość ciepło, żeby odpowiadać drugiej. Ma cechy kojarzone z kilkoma typami, więc pojawia się pokusa dopisywania kolejnych podtypów, przejść i wyjątków. Tymczasem zanim zaczniemy mnożyć nazwy, należałoby zbadać, czy kryteria naszych kategorii są wystarczająco precyzyjne i czy w ogóle odnoszą się do rzeczywistej zmienności fenotypowej.
Nie każdy kłopot z przypisaniem człowieka do typu świadczy o niezwykłości tego człowieka. Czasem świadczy o ograniczeniach typologii.
Co nam mówi „dobrze wygląda”?
Nie twierdzę, że obserwowanie wpływu otaczających kolorów na wygląd człowieka jest bezwartościowe. Przeciwnie: to interesujący temat z pogranicza optyki, psychofizyki widzenia i estetyki. Można badać, jak kolor otoczenia wpływa na postrzegany kontrast, czy obserwatorzy podobnie oceniają konkretne zestawienia oraz jakie właściwości barwne sprzyjają określonym efektom wizualnym. Takie badania wymagają jednak jasnego określenia, co właściwie mierzymy: zmianę percepcyjną, zgodność ocen obserwatorów, preferencję estetyczną czy jeszcze inne zjawisko.
To, że określony kolor wydaje mi się korzystny przy czyjejś twarzy, jest oceną zestawienia w konkretnej scenie. Może być użyteczna przy komponowaniu garderoby, ale nie jest automatycznie diagnozą cech biologicznych tej osoby. W wielu popularnych procedurach analizy kolorystycznej oba porządki zostają połączone: najpierw uznaje się daną tkaninę za „właściwą”, ponieważ wygląda harmonijnie, a następnie przypisany na tej podstawie typ ma wyjaśniać, dlaczego tkanina wyglądała harmonijnie. Jeżeli nie mamy niezależnych kryteriów identyfikacji typu, takie rozumowanie staje się kołowe. Wniosek zaczyna służyć za uzasadnienie przesłanki, z której go wyprowadzono.
Ocena estetyczna zestawienia barw nie jest tożsama z identyfikacją właściwości fenotypowych człowieka.
Właśnie dlatego zależy mi na rozróżnieniu analizy cech fenotypowych od oceny kolorystycznych kompozycji. Jedno i drugie może być przedmiotem sensownej pracy. Nie powinniśmy jednak udawać, że odpowiedź na pytanie „czy podoba mi się ta twarz przy tej tkaninie?” jest zarazem odpowiedzią na pytanie „jakie właściwości barwne ma ta osoba?”.
Po co nam zatem typy kolorystyczne?
Typy kolorystyczne mogą być wygodnym językiem porządkowania wiedzy i przekładania obserwacji na praktyczne wskazówki dotyczące ubioru, biżuterii czy koloru włosów. Ich wartość zależy jednak od jakości definicji, spójności kryteriów i uczciwego wskazywania granic systemu. Możemy korzystać z tradycyjnych nazw sezonów, o ile rozumiemy, jakie cechy i relacje barwne mają one opisywać. Nie musimy natomiast zakładać, że dwanaście kategorii stanowi naturalny podział ludzkiej różnorodności.
Celem mojej analizy nie jest przekonanie człowieka, że z natury jest Wiosną albo Zimą. Chcę pokazać mu właściwości barwne jego wyglądu, wyjaśnić relacje między nimi i pomóc świadomie wykorzystywać tę wiedzę. Dlatego nie pracuję z chustami jako metodą rozpoznawania typu. Kiedy przechodzimy do komponowania kolorów, możemy rozmawiać o odcieniu, jasności, nasyceniu i o zamierzonym efekcie wizualnym, zamiast polegać na wrażeniu, że coś wydaje się bardziej „wiosenne”, „jesienne” albo „chłodne”.
Wracając do naszej hipotetycznej degustacji: można długo i całkiem zajmująco dyskutować o słodyczy, kwasowości, egzotyce i harmonii smaków. Można nawet zgodnie uznać, że pizza ma niezwykle hawajski charakter. Jeżeli jednak pytamy o jej skład, w pewnym momencie warto odłożyć na bok skojarzenia i przyjrzeć się temu, co rzeczywiście znalazło się na cieście. Od tego zaczyna się sensowna identyfikacja. W analizie kolorystycznej człowieka obowiązuje ta sama zasada: zanim nazwiemy typ, sprawdźmy, co właściwie rozpoznajemy.
Zanim zaczniemy rozmawiać o tropikalnym charakterze pizzy, sprawdźmy, czy jest na niej ananas.
O fizyce koloru, percepcji barw i biologicznych podstawach zmienności ludzkich fenotypów piszę szerzej w serii „Fundamenty analizy kolorystycznej”. Te same zagadnienia rozwijam podczas stacjonarnych szkoleń dla analityczek kolorystycznych, w których punktem wyjścia jest obserwacja i rozumienie ludzkiego fenotypu.





