Kieran Dodds „Gingers”. O feomelaninach, rudych włosach i tym, czego naprawdę uczy nas kolor człowieka

Kieran Dodds „Gingers”. O feomelaninach, rudych włosach i tym, czego naprawdę uczy nas kolor człowieka


Projekt Gingers autorstwa Kierana Doddsa od pierwszego kontaktu wydaje się prosty: portrety ludzi z rudymi włosami z różnych stron świata. Prosty wizualnie, niemal klasyczny fotograficzny gest – frontalny portret, skupienie na twarzy, włosach, spojrzeniu. A jednak im dłużej się temu projektowi przyglądam, tym wyraźniej widać, że nie chodzi tu o „rudych ludzi” jako egzotyczną ciekawostkę, tylko o coś znacznie głębszego: o przepływ pigmentów, genów, historii i kulturowych projekcji, które nakładamy na ludzkie ciało.


Ani farbowanie ubrań bez lęku. Studium różowych przypadków

Ani farbowanie ubrań bez lęku. Studium różowych przypadków


 Anię już znacie - malowała buty i farbowała wcześniej już razem z nami swoje ubrania. I tym razem również nie obserwujemy, "czy jej wyszło", tylko uczymy się od Ani, ponieważ to jest zapis procesu już świadomego, policzonego, powtarzalnego. Z liczbami, proporcjami, błędami i wnioskami. I z momentem, w którym znika strach przed farbowaniem rzeczy, które kosztowały więcej niż symboliczne „a, najwyżej się zniszczy”.


„Codzienna baza” – nowe ebooki zakupowe dla typów letnich i jesiennych

„Codzienna baza” – nowe ebooki zakupowe dla typów letnich i jesiennych



 Są takie projekty, które nie powstają z potrzeby „nowości”, tylko z bardzo powtarzalnych pytań, które słyszę od lat. Co kupić, żeby to faktycznie działało kolorystycznie. Jak przestać krążyć po sklepach między rzeczami „prawie dobrymi”. I wreszcie: jak przełożyć analizę kolorystyczną na realną, codzienną garderobę.

Właśnie z tej potrzeby powstały dwa nowe ebooki zakupowe, które dołączyły do sklepu.


Fundamenty analizy kolorystycznej. Dlaczego w ogóle powstał tom zerowy

Fundamenty analizy kolorystycznej. Dlaczego w ogóle powstał tom zerowy



 Przez lata pracy z analizą kolorystyczną wracało do mnie jedno, uparte pytanie — nie tylko od klientek, ale też ode mnie samej: dlaczego właściwie ten zestaw kolorów ma sens, a inny już nie? Skąd on się bierze, na jakiej podstawie, dlaczego ma działać akurat tak, a nie inaczej. I dlaczego w tak wielu miejscach jedyną odpowiedzią jest „bo oko”, „bo doświadczenie”, „bo system”.


Harmonia barw nie jest moim pomysłem. Krótka historia naukowego myślenia o kolorze

Harmonia barw nie jest moim pomysłem. Krótka historia naukowego myślenia o kolorze


W analizie kolorystycznej bardzo łatwo przykleić łatkę „autorskiej teorii”, „subiektywnej metody” albo „kolejnego systemu wymyślonego na potrzeby stylizacji”. Tymczasem moja praca nie polega na tworzeniu nowych sposobów rozumienia koloru. Polega na opisywaniu tego, co już istnieje – w fizyce światła, w biologii widzenia i w realnej pigmentacji ludzkiego ciała – oraz na przekładaniu tej wiedzy na praktyczne wnioski.

Kolor nie jest opinią. Jest zjawiskiem. A harmonia barw była przedmiotem badań na długo przed tym, zanim zaczęto używać jej jako narzędzia estetycznego czy marketingowego.


Kolor jako zjawisko fizyczne i percepcyjne

Pierwsze poważne pytania o kolor nie dotyczyły tego, „co jest ładne”. Dotyczyły tego, jak widzimy i dlaczego widzimy tak, a nie inaczej. Kolor od początku był analizowany jako wynik interakcji światła z materią oraz jako sygnał przetwarzany przez układ nerwowy.

To oznacza jedno: harmonia i dysonans barwny nie są kwestią gustu. Są efektem tego, czy dany układ bodźców daje się stabilnie przetworzyć przez ludzki układ wzrokowy, czy też powoduje konflikt adaptacyjny, przeciążenie lub brak czytelnej struktury.

To rozróżnienie – między estetyką a fizjologią – jest absolutnie fundamentalne dla zrozumienia koloru.


Ludzie, którzy opisali mechanizmy harmonii barw

Już w XIX wieku zaczęto precyzyjnie opisywać zjawiska, które dziś intuicyjnie rozpoznajemy jako „harmonię” albo „zgrzyt”.

Michel Eugène Chevreul, chemik pracujący przy produkcji gobelinów, zauważył, że problemy z kolorami nie wynikają z jakości barwników, lecz z ich wzajemnych relacji. Opisał prawo kontrastu jednoczesnego, pokazując, że kolor zawsze zmienia się w zależności od sąsiedztwa. To był moment, w którym kolor przestał być traktowany jako byt samodzielny, a zaczął być rozumiany relacyjnie.
Hermann von Helmholtz poszedł o krok dalej, badając widzenie barwne od strony fizjologii oka i układu nerwowego. Pokazał, że odbiór koloru jest procesem biologicznym, zależnym od adaptacji i zmęczenia percepcyjnego. Dzięki temu wiemy dziś, że niektóre zestawienia są po prostu energetycznie kosztowne dla mózgu. (Po lewej: Hermann von Helmholtz; po prawej: schemat ilustrujący teorię trójchromatyczną Younga–Helmholtza.)


Ewald Hering sformułował teorię procesów przeciwstawnych, opisując działanie widzenia w osiach: jasne–ciemne, czerwone–zielone, żółte–niebieskie. Ta teoria tłumaczy, dlaczego pewne kombinacje kolorów są stabilne, a inne wzajemnie się znoszą lub powodują napięcie. To nie jest metafora – to sposób, w jaki działa nasz układ nerwowy. (Po lewej: Ewald Hering; po prawej: schemat ilustrujący teorię procesów przeciwstawnych Ewalda Heringa: czerwony–zielony, żółty–niebieski, jasne–ciemne.)

Albert H. Munsell uporządkował kolor w trzech niezależnych wymiarach: barwie, jasności i nasyceniu. Jego system nie miał służyć estetyce, tylko opisywać ciągłość percepcji. To właśnie ten model pokazuje, że chaos kolorystyczny bardzo często nie wynika z samej barwy, tylko z rozjechania się jasności albo chromatyczności. (Po lewej: Albert H. Munsell; po prawej: system Munsella: uporządkowanie koloru według trzech niezależnych parametrów – barwy/hue, jasności/value i nasycenia/chroma).

Johannes Itten, znany z Bauhausu, bywa dziś sprowadzany do uproszczonych „kółek kolorów”, ale w swojej pierwotnej pracy zajmował się reakcjami organizmu na zestawienia barwne. Opisywał harmonię i dysharmonię jako zjawiska percepcyjne, a nie kwestie smaku. (Po lewej: Johannes Itten; po prawej – schematy kontrastów barwnych i koło barw wykorzystywane w nauczaniu Bauhausu; kolor jako relacja percepcyjna, nie dekoracja).

David L. MacAdam empirycznie wykazał, że ludzka percepcja koloru nie jest jednolita. Jego elipsy pokazują, że jedne różnice widzimy bardzo wyraźnie, a inne prawie wcale. To dowód na to, że harmonia barw nie wynika z matematycznych różnic, tylko z biologicznych granic widzenia. (Po lewej: David L. MacAdam; po prawej: Elipsy MacAdama – obszary nierozróżnialności barw w przestrzeni chromatyczności CIE; empiryczny dowód nierównomierności ludzkiej percepcji koloru).



Wspólny mianownik tych badań

Choć badacze ci działali w różnych dziedzinach – od chemii, przez fizjologię, po systematykę barwy – łączyło ich jedno podejście. Kolor był dla nich zjawiskiem relacyjnym, a harmonia nie była cechą pojedynczego koloru, tylko właściwością całego układu bodźców.

Nikt z nich nie definiował harmonii jako „ładnego zestawu”. Harmonia oznaczała stabilność percepcyjną, czytelność struktury i zgodność z tym, jak działa ludzki układ wzrokowy.


Gdzie w tym wszystkim jest analiza kolorystyczna

Analiza kolorystyczna nie jest nowym wynalazkiem ani alternatywną teorią koloru. Jest zastosowaniem tej wiedzy do najbardziej złożonego możliwego kontekstu, czyli do człowieka.

Ludzki fenotyp nie jest neutralnym tłem. Składa się z melaniny, hemoglobiny, strukturalnego rozpraszania światła w skórze, zróżnicowanej jasności i chromatyczności. To gotowy układ barwny, który już istnieje. Analiza kolorystyczna polega na rozpoznaniu, które kolory są jego naturalnym przedłużeniem, a które są wobec niego obce biologicznie.

Nie chodzi o to, co „pasuje do wszystkiego”, tylko o to, co pozostaje w ciągłości z realną, ludzką kolorystyką.


Kolor jako fakt, nie narracja

Można oczywiście ignorować fizykę światła, biologię widzenia i pigmentację skóry. Można budować narracje, które mają usprawiedliwiać dowolne zestawienia. Ale to nie zmienia faktu, że układ wzrokowy działa w określony sposób – i reaguje na chaos oraz harmonię niezależnie od naszych opowieści.

Analiza kolorystyczna nie tworzy zasad. Ona je rozpoznaje i nazywa. I dokładnie w tym sensie jest kontynuacją, a nie zaprzeczeniem ponadstuletniej tradycji naukowego myślenia o kolorze.


Dlaczego kolory do siebie pasują – albo nie. O obiektywnej harmonii barw

Dlaczego kolory do siebie pasują – albo nie. O obiektywnej harmonii barw



 W rozmowach o kolorach bardzo szybko pojawia się bezpieczna ucieczka: „to kwestia gustu”. I owszem, gust istnieje. Ale zanim zacznie działać gust, układ wzrokowy musi w ogóle być w stanie dany zestaw przetworzyć. A to już nie jest sprawa opinii, tylko fizyki, biologii i neuropercepcji.

Kolory nie „pasują” do siebie dlatego, że ktoś tak czuje. Pasują wtedy, gdy tworzą spójny sygnał, który oko i mózg potrafią odczytać bez wysiłku i bez konfliktu.


Kolor jako zjawisko fizyczne, a nie pojęcie estetyczne

Kolor nie jest abstrakcją ani etykietą z próbnika. Jest wynikiem konkretnego rozkładu długości fal światła, które docierają do siatkówki. Jeżeli dwa kolory mają widma, które są ze sobą logicznie powiązane – poprzez pokrewieństwo albo systemową opozycję – układ wzrokowy odbiera je jako uporządkowane.

Problem zaczyna się wtedy, gdy zestawiamy kolory o zupełnie różnych typach sygnału: jeden wąskopasmowy i agresywny, drugi szerokopasmowy i rozmyty. To nie jest kontrast w sensownym znaczeniu tego słowa. To chaos informacyjny.


Relacje między kolorami są ważniejsze niż same kolory

Oko nie odbiera barw w izolacji. Odbiera różnice: jasności, nasycenia i barwy. Harmonijne zestawienie to takie, w którym te różnice są zsynchronizowane. Jeżeli jeden kolor jest wyraźnie jaśniejszy, drugi może być wyraźnie ciemniejszy. Jeżeli jeden jest bardziej nasycony, drugi powinien być bardziej neutralny.

Kiedy jednak jasność idzie w jedną stronę, nasycenie w drugą, a temperatura barwna w trzecią, mózg nie wie, co jest informacją główną. Efekt nie musi być spektakularnie brzydki. Wystarczy, że jest męczący.


Układ wzrokowy nie lubi pracować bez sensu

Z perspektywy neurobiologii dobre połączenia kolorów są po prostu energetycznie tańsze. Nie wymagają ciągłej adaptacji chromatycznej, nie zmuszają oka do kompensowania sprzecznych bodźców, nie przeciążają kanałów percepcji.

Kolory, które „gryzą”, często nie robią tego dramatycznie. One po prostu powodują subtelne zmęczenie, rozdrażnienie albo wrażenie, że coś jest nie tak, choć trudno powiedzieć co. To nie jest metafora. To realna reakcja układu nerwowego.


Człowiek nie jest neutralnym tłem

No i tutaj właśnie większość teorii kolorystycznych się wykłada.

Kolory funkcjonują na tle ludzkiej biologii: melaniny, hemoglobiny, struktury skóry i sposobu, w jaki rozprasza ona światło. Kolor, który na papierze wygląda „neutralnie”, może na człowieku wejść w konflikt z naturalnym zakresem odbicia skóry.

Dlatego niektóre zestawienia są poprawne jako palety, ale fatalne jako ubrania. Zamiast wspierać twarz, zaczynają z nią konkurować, imitować jej barwę albo ją nadpisywać. Efekt to poszarzenie, zmęczenie, utrata kontrastu – niezależnie od tego, jak „ładny” był kolor sam w sobie.


AI jako narzędzie, nie analityk. O granicach automatyzacji w analizie kolorystycznej

AI jako narzędzie, nie analityk. O granicach automatyzacji w analizie kolorystycznej



 Sztuczna inteligencja coraz częściej pojawia się w rozmowach o analizie kolorystycznej. Dla jednych jest obietnicą skrótu myślowego i szybkiej odpowiedzi, dla innych zagrożeniem dla jakości całego procesu. Tymczasem problem nie leży ani w samej technologii, ani w jej obecności w tej dziedzinie. Leży w przypisywaniu jej kompetencji, których po prostu nie posiada.


Ten sam kolor, różne barwy: kontekst, adaptacja i złudna neutralność szarości

Ten sam kolor, różne barwy: kontekst, adaptacja i złudna neutralność szarości



 Jednym z najbardziej dezorientujących doświadczeń związanych z kolorem jest moment, w którym ktoś patrzy na „zwykłą szarość” i z pełnym przekonaniem mówi: tu jest zieleń, a chwilę później, w innym otoczeniu, widzi w niej fiolet. Intuicyjna reakcja bywa jedna z dwóch: albo „coś jest nie tak z tym kolorem”, albo „to jakieś złudzenie optyczne”. Tymczasem prawda jest mniej spektakularna, ale znacznie ciekawsza, bo dotyczy samej natury widzenia barw.


Dwa nowe e-booki na zimę. W końcu puch bez kompromisów kolorystycznych!

Dwa nowe e-booki na zimę. W końcu puch bez kompromisów kolorystycznych!


 Zima ma tę szczególną właściwość, że bardzo szybko potrafi zredukować garderobę do jednego schematu: byle było ciepło, byle nie marznąć, byle pasowało do wszystkiego. Efekt zwykle jest ten sam – czarne kurtki, przypadkowe beże i kolory, które z urodą nie mają już wiele wspólnego. I właśnie dlatego powstały dwa nowe e-booki, które od dziś są dostępne w moim sklepie.


Feomelaniny, kolor człowieka i kierunki współczesnych badań nad pigmentacją

Feomelaniny, kolor człowieka i kierunki współczesnych badań nad pigmentacją



 Dzisiejszy przegląd badań dotyczy wielu wątków, które coraz częściej pojawiają się w analizie ludzkiej kolorystyki: spektroskopii skóry, fotofizyki melaniny, starzenia pigmentów, strukturalnych kolorów w tęczówce, mikrobiomu i wpływu hormonów na pigmentację. To obszary, w których nauka bardzo szybko się rozwija — i które w naturalny sposób łączą się z pracą nad rozumieniem fenotypów w praktyce.

Ale jest jeden temat, który szczególnie warto dziś omówić szerzej: feomelaniny. To właśnie one — drobne polimery siarkowe — od lat budzą wątpliwości badaczy, bo w przeciwieństwie do mocno pochłaniającej światło eumelaniny, nie wyjaśniają w oczywisty sposób różnic w widocznej barwie skóry czy tęczówki.

Poniżej streszczam najciekawsze wyniki badań, w których to udokumentowano — wraz z nazwiskami autorów i tytułami prac.


Wełna SuperWash, machine wash i cała prawda o „wełnie w kondomiku”

Wełna SuperWash, machine wash i cała prawda o „wełnie w kondomiku”



Zaczęło się jak zwykle niewinnie: od Ani, która na metce swojego merino zobaczyła określenie „Machine Wash”, a w internecie natrafiła na dramatyczny filmik, w którym SuperWash zostało opisane jako „wełna w kondomiku”, czyli włókno opakowane w plastikową powłokę. Klasyka internetowych sensacji — proste, dramatyczne, emocjonalne i oczywiście nieco oderwane od rzeczywistości. Właśnie dlatego warto spokojnie, bez siania paniki, wyjaśnić, czym SuperWash jest naprawdę i dlaczego w ogóle powstało.


Jak zbudowana jest wełna i co właściwie powoduje filcowanie

Wełna, w swojej naturalnej postaci, ma na powierzchni włókien łuski keratynowe — maleńkie płytki ułożone jak dachówki, zawsze skierowane w jedną stronę. Ta budowa sprawia, że łuski działają jak mikroskopijne haczyki; podczas tarcia zaczepiają się o siebie, klinują i stopniowo zbijają włókna w coraz bardziej zwartą masę. To nie jest złośliwość wełny (chociaż, przyznajmy uczciwie, nie mamy badań naukowych potwierdzających, że wełna nie jest wredna), tylko fizyka materiału. Właśnie ten mechanizm odpowiada za każdy sfilcowany sweter, który wyjeżdża z pralki o dwa rozmiary mniejszy i znacznie gęstszy niż wcześniej.

Electron microscope image of Merino wool fibre”, autor: CSIRO, źródło: Wikimedia Commons, licencja CC BY 3.0.

Zdjęcie z: https://wool-casestudy.weebly.com/all-about-wool.html



Czym właściwie jest SuperWash i w którym miejscu ingeruje

SuperWash to technologia, która działa dokładnie tam, gdzie leży problem, czyli na powierzchni włókna. Modyfikacja nie dotyka rdzenia, czyli białkowej struktury keratyny, ale zmienia sposób, w jaki zachowują się łuski podczas tarcia. W praktyce stosuje się dwa podstawowe podejścia:

  1. Pierwsze, historycznie najstarsze, to kontrolowane chlorowanie, które „przytępia” krawędzie łusek — zmniejsza ich wysokość, wygładza profil i redukuje ostrość, dzięki czemu przestają zachowywać się jak haczyki.
  2. Drugie to nałożenie niezwykle cienkiej, nieciągłej warstwy polimerowej (najczęściej żywicy epichlorohydrynowo-poliamidowej), która dodatkowo wyrównuje powierzchnię, wypełniając mikroszczeliny między łuskami. Ta warstwa nie jest folią ani membraną, którą można byłoby zdjąć, tylko siecią mikroskopijnych cząstek działającą bardziej jak wygładzający szlif niż jak powłoka w potocznym rozumieniu.

W obu przypadkach rdzeń włókna pozostaje nienaruszony — zmienia się wyłącznie powierzchnia, która przestaje klinować się pod wpływem ruchu.


Dlaczego na metce nie musi być napisane „SuperWash”

Nazwa „SuperWash” jest technologią opracowaną i zastrzeżoną przez Woolmark, więc używanie jej na metkach wymaga licencji i spełnienia konkretnych standardów. W praktyce oznacza to, że wielu producentów stosuje tę technologię albo jej odpowiedniki, ale nie korzysta z nazwy — z powodów czysto finansowych. Zamiast tego pojawiają się określenia typu „Machine Wash”, „Easy Care Wool”, „Merino Washable”. Technologia jest ta sama, nazwa inna.


Jak zachowuje się SuperWash w codziennym użytkowaniu

Ponieważ łuski zostały wygładzone, włókno ma znacznie niższe tarcie. W praktyce oznacza to, że SuperWash jest bardziej miękka, bardziej gładka, delikatnie śliska, bardziej lejąca i łatwiej poddaje się ruchowi. Tkaniny i dzianiny z SuperWash mają mniejszą sprężystość powierzchniową i gorzej trzymają formę niż ich odpowiedniki z surowej wełny, ale jednocześnie mniej się filcują i są dużo bardziej odporne na pranie. Co interesujące, SuperWash potrafi mechacić się szybciej niż tradycyjna wełna, właśnie dlatego, że pojedyncze włókna łatwiej przesuwają się ku powierzchni ze względu na niższe tarcie.

Jednocześnie wszystkie najważniejsze właściwości wełny — oddychalność, termika, regulacja wilgoci — pozostają właściwie takie same, ponieważ wynikają one z wnętrza włókna, a nie z jego powierzchni. SuperWash nie zamyka keratyny w "kondomie", nie blokuje wymiany wilgoci i nie zmienia struktury odpowiedzialnej za zatrzymywanie powietrza.


Czy SuperWash da się farbować?

Tak, i to bardzo dobrze. Polimerowa warstwa jest nieciągła i nie wpływa na grupy funkcyjne keratyny odpowiedzialne za wiązanie barwników. W rezultacie barwnik przenika do wnętrza włókna bez przeszkód, a na wygładzonych powierzchniach często rozprowadza się nawet równiej niż na włóknach surowych. Właśnie dlatego włóczki SuperWash są tak chętnie używane przez rękodzielników do farbowania.


Czy powinniśmy się martwić obecnością polimeru?

To zależy. Dla osób, które unikają plastiku z powodów ideologicznych lub ekologicznych, samo istnienie powłoki polimerowej — nawet jeśli jest mikroskopijna — może być problemem. Tym bardziej że producenci nie mają obowiązku ujawniać jej w składzie, co uważam za zwyczajnie nieuczciwe. Konsument ma prawo wiedzieć, że materiał opisany jako „100% wełna” w rzeczywistości zawiera syntetyczną warstwę, i ma prawo dokonać wyboru zgodnie ze swoim światopoglądem. W czasach, w których zakazuje się plastikowych słomek, a dyskusja o mikroplastiku stała się elementem debaty publicznej, wprowadzanie tworzywa sztucznego w produktach wyglądających na w pełni naturalne jest kwestią kontrowersyjną, najdelikatniej rzecz ujmując.

To nie zmienia faktu, że technologia SuperWash ma sens — działa dokładnie tam, gdzie powstaje problem i pozwala przerwać naturalny mechanizm filcowania. Nie oznacza to jednak, że jest całkowicie przejrzysta komunikacyjnie, i właśnie o tym warto mówić.


„Efekt powinien mówić sam za siebie” — czyli życzeniowa teoria, która nie wytrzymuje kontaktu z rzeczywistością

„Efekt powinien mówić sam za siebie” — czyli życzeniowa teoria, która nie wytrzymuje kontaktu z rzeczywistością


 Tę mantrę powtarzają zazwyczaj osoby, które desperacko próbują podważyć cudzą pracę, bo same stoją w miejscu. Według nich każdy, bez przygotowania i bez narzędzi, powinien widzieć to, co widzi specjalista. Ale, jak się odłoży emocje na bok i na chłodno przemyśli tę kwestię raz jeszcze...

Efekt nie mówi sam za siebie, jeśli odbiorca nie wie, co widzi. Tak jak obraz USG nie jest oczywisty dla laika. Tak jak wykres z laboratorium nie jest samowyjaśniający dla osoby spoza branży. To nie jest kwestia „czy widać”, tylko czy ktoś rozumie, co patrzy.


Czy da się zrobić rzetelną analizę kolorystyczną celebrytki? Przypadek Seleny Gomez i pułapka oceny wizerunku

Czy da się zrobić rzetelną analizę kolorystyczną celebrytki? Przypadek Seleny Gomez i pułapka oceny wizerunku



 Analiza kolorystyczna celebrytów to temat, który od lat krąży w social mediach, a jednocześnie… kompletnie rozmija się z rzeczywistością biologiczną. Ludzie kochają zgadywać, „jakim typem jest ta czy tamta gwiazda”, ale w 90% przypadków patrzą nie na fenotyp, tylko na wizerunek, który dana osoba sobie stworzyła wraz ze sztabem stylistów, makijażystów i PR-owców. A wizerunek bywa dekoracją — często spektakularną, i... często niepasującą w ogóle do naturalnej kolorystyki.


Dlaczego skala Fitzpatrick nie wystarcza, żeby opisać kolor skóry

Dlaczego skala Fitzpatrick nie wystarcza, żeby opisać kolor skóry


 Zdarza mi się wkładać kij w mrowisko — szczególnie wtedy, gdy ktoś próbuje opisać złożone zjawisko w kilku prostych kategoriach. W antropologii fizycznej i medycynie takim skrótem jest skala Fitzpatricka, którą wiele osób błędnie uznaje za „skalę koloru skóry”. Tymczasem nie jest to wcale skala koloru, lecz reakcji na promieniowanie UV. Innymi słowy — nie mówi, jaki masz kolor skóry, tylko jak bardzo się opalasz lub oparzasz.

I właśnie ten temat na nowo podjęli naukowcy w przeglądzie opublikowanym w Journal of the American Academy of Dermatology (Harvey i wsp., 2024). I wreszcie powiedzieli wprost to, co wielu z nas od dawna podejrzewało: skale używane w medycynie do opisu koloru skóry są przestarzałe i zbyt subiektywne.


Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger