Dzika Figa - o marce, o składzie (tak, o tetraizopalmitynianie askorbylu też :D ) i rabat dla Was!


O serum Dzika Figa już Wam wspominałam w zajawkach na Facebooku i Instagramie, a najchętniej wysłałabym Wam wszystkim osobiście po gołębiu z ulotką i nakazem jej przeczytania, oraz z próbką - bo wiem, że dobry produkt broni się po prostu sam. A czemu to serum jest tak wyjątkowe?
Z dwóch powodów: 
  1. Ma wyśmienity, dopięty na ostatni guziczek, skład oparty na działaniu... cóż, wszystkich pozycji w INCI. Tutaj wszystko jest składnikiem aktywnym, ale nie tylko cudnymi olejami to serum stoi - w składzie jest też bardzo stabilna i dająca znacznie lepsze efekty (niż inne jej postacie) witamina C, o której pisałam wielokrotnie na blogu. 
  2. Stworzyła go osoba, do której mam pełne zaufanie w kwestii doboru i jakości surowców. Jest to Patrycja z bloga Smykusmykowisko, która nie tylko od lat sama tworzy własne kosmetyki, ale ma też do czynienia z surowcami kosmetycznymi od tej profesjonalnej, zawodowej strony. Zna więc wszystkie niuanse branży kosmetycznej, brudne sekreciki oraz dostawców i ceny  surowców najlepszej jakości. Nieraz rozmawiałyśmy na temat cen niektórych kosmetyków na rynku, reklamujących się dodatkiem jakiegoś drogocennego oleju w składzie, którego tam nie ma prawa być, bo: naturalny kolor danego oleju nie zgadza się z kolorem gotowej emulsji (to takie proste, pomyślcie! Śnieżnobiały krem z rzekomo wysoką zawartością nierafinowanego, zimnotłoczonego oleju bogatego w karotenoidy? No, nie.), a ponadto nie zgadza się cena. To również jest proste. Dostawcy surowców, a szczególnie olejów, nie fatygują się sprzedażą mikroilości. Jeśli firma kosmetyczna jest zaufana i ma jakiś staż na rynku, można wydębić próbkę wielkości 100, 200 ml, czasem większą. Ale sprzedaż dotyczy całych beczek za grube tysiące euro. Przy czym nie trzeba nikomu tłumaczyć różnic w cenie oleju rafinowanego i nierafinowego o tej samej nazwie w INCI? Świat kosmetyczny jest mniej baśniowy niż nam to zostało przedstawione, to jest czysty biznes i - nieważne jak i co - ma być sprzedane. 
Przeczytaj więcej o tajemniczym tetraizopalmitynianie askorbylu, superskutecznej i superstabilnej formie witaminy C, którą bardzo lubię:

Po co to wywlekam? Bo wiem, podkreślam: wiem, że Pati to honorowa babka i żadna ściema u niej nie przejdzie. Swój pierwszy (i każdy kolejny!) produkt wypuszczony na rynek traktuje jak własne dziecko, z którego pragnie być dumna. Stąd w jej Dzikiej Fidze skład jest palce lizać - każdy olej nierafinowany i zimnotłoczony, a na pierwszym miejscu jeden z najdroższych olejów świata w ogóle. Dość wspomnieć, że na stronie Biochemia Urody za 10 ml tego oleju należy zapłacić... 45 zł. I znów - na pierwszym miejscu, powtarzam. W INCI oznacza to tyle, że jest go w składzie po prostu najwięcej. Przy czym niektórzy producenci często stosują taki zabieg, że nawpieprzają do składu pół setki ekstraktów i olejów, dzięki czemu spis wygląda nieźle. Ale gdy się nad tym zastanowić, to ileż każdego z tych składników jest w danym kosmetyku? I czy ta ilość oraz mnogość różnych surowców rzeczywiście ma wpływ na lepszą pielęgnację cery? A czy nie jest czasem tak, że te dziesiątki ekstraktów i cudownych olejów pojawiają się jakoś pod koniec składu i ulegamy złudnemu wrażeniu - z powodu ich ilości - iż musi ich być wagowo dużo, skoro jest ich... dużo? A co, gdybym powiedziała Wam, że istnieją gotowe mieszanki niektórych ekstraktów/olejów (też marnej jakości!! INCI przyjmie wszystko.), sprzedawane przez firmy surowcowe firmom kosmetycznym jedynie w celu "wzbogacenia składu" - czytaj dosłownie: dodaj 2% do swojej formulacji a będziesz mógł to wszystko sobie wylistować w składzie. Koszt niewielki, bo jedną butlą można wzbogacić całą serię na taśmie, a klientki się cieszą, że taki bogaty skład. 

Ach, już. Dość. Ten temat bardzo mi podnosi ciśnienie, bo ja też jestem honorowa babka i gdybym chciała stworzyć własny kosmetyk, szlag by mnie trafiał za każdym razem gdybym musiała konkurować z takimi brudami. W tej branży najprościej jest być cwaniakiem. Kupić rzepakowy w Lidlu, rozlać do buteleczek z pipetkami i beż żadnych badań wpuścić na rynek jako super ekskluzywny kosmetyk za dwie dychy, czekając na żniwa. Zbyt abstrakcyjne? Pomyślcie jeszcze raz.


Serum od Patrycji pachnie naturalną wonią użytych składników - niektórym to nie pasuje, ja bardzo lubię ten kojący zapach sianka z oleju z lnianki siewnej. I ma przepiękny, intensywny, optymistyczny kolor. Nie, nie barwi skóry, ale dzięki karotenoidom odpowiedzialnym za ten kolor, mamy fantastyczną ochronę przed wolnymi rodnikami. 
Karotenoidy to duża grupa naturalnych lipofilowych barwników syntezowanych przez rośliny i mikroorganizmy, szeroko rozpowszechnionych w naturze. Karotenoidy są doskonałymi antyutleniaczami, mają zdolność do hamowania reakcji wolnorodnikowych towarzyszących ekspozycji na UV. Umożliwiają skuteczną neutralizację dwóch najbardziej reaktywnych form tlenu: singletowego tlenu cząsteczkowego i rodników nadtlenkowych.
W serum Dzika Figa najwięcej karotenoidów mamy dzięki olejowi z owoców dzikiej róży, co zresztą widać gołym okiem, podziwiając piękny kolor kosmetyku. 

Dzięki ekskluzywnym składnikom serum to jest prawdziwą bombą witaminową. Bogactwo witamin A, C (nie tylko z tetraizopalmitynianu askorbylu przecież - olej z dzikiej róży również jest w nią bogaty!) i E (w zasadzie każdy olej ją tutaj posiada w wysokim stężeniu) to tylko preludium do znacznie bardziej zaawansowanej pielęgnacji, którą możemy podarować skórze.

A do jakiej cery jest on szczególnie polecany? Cóż, całkiem uczciwie i śmiało można powiedzieć, że do każdej. Serum jest lekkie, łatwo się wchłania i nie ma działania komedogennego. Jest bardzo łagodne dla skóry (wspominana tutaj już wielokrotnie witamina C w tej postaci nie powoduje żadnych podrażnień!) i stosując je od co najmniej dwóch miesięcy regularnie - często i dwa razy dziennie - nie zarejestrowałam żadnych przykrych niespodzianek. A czyż upływ czasu, a co za tym idzie - zwiotczenie skóry, zmarszczki i przebarwienia nie dotyczą każdej z nas w jakimś stopniu? Poza glukonolaktonem, zawarte w tym serum składniki uważam za totalną podstawę w pielęgnacji cery, które dobrze robią każdemu, dostarczając skórze zarówno ochronę przeciw wolnym rodnikom, jak i odżywiając ją, uelastyczniając i zwyczajnie hamując nieco czas. Olej z dzikiej róży stosuję solo od dawna i jest to, całkiem szczerze, mój faworyt z olejowej rodziny. Oleju z opuncji nigdy nie miałam szansy spróbować stosować solo z prostej przyczyny: nie jest tak łatwo dostępny, a do tego drogi jak... no, bardzo. Przekonałam się jednak, że zdecydowanie warto jest go włączyć do pielęgnacji. Obejrzyjcie zresztą film, w którym opowiadam o każdym kolejnym składniku tego serum dokładniej:


Tradycyjnie już, zaczęłam stosowanie tego serum od mojej ulubionej metody: czyli od mieszania kilku jego kropli z różnymi żelami na dłoni. Z aloesowym, hialuronowym, borowinowym. To bardzo prosta metoda na stworzenie "na szybciora" supernawilżającej emulsji, która nie tłuści tak skóry jak sam olej, a jednocześnie też nie ściąga jej tak dramatycznie (zwłaszcza, gdy cerę mamy suchą!) jak sam żel. Zresztą, wiecie, trąbię o tym przy każdej okazji i widzę też, że metoda ta przyjęła się w internetach. 
Jednak z czasem spróbowałam tego serum w czystej postaci, zachęcona reakcją mojej skóry dłoni na niego. A dokładniej rzecz ujmując: robiąc jedne z pierwszych zdjęć tego produktu, jeszcze w czasach gdy świeciło słońce i o śniegu nikt nie śmiał jeszcze marzyć zauważyłam, że po nałożeniu serum na dłonie, skóra wchłonęła go niemalże do matu. No... do satyny, powiedzmy :) Ale było to bardzo komfortowe, mogłam później wziąć do rąk aparat i pisać na klawiaturze bez poczucia smalcowania wszystkiego. Zachęcona tym, jeszcze tego samego dnia wieczorem nałożyłam serum solo na oczyszczoną skórę twarzy i poszłam tak spać. Oczywiście, że rano nos mi się błyszczał, zawsze się błyszczy. Ale skóra wyglądała na jędrną, lśniącą zdrowo, nawilżoną i zadowoloną, zero smalcu. I w ten sposób zaczęłam stosować Dziką Figę dwa razy dziennie w ramach eksperymentu - solo. Także pod oczy. Tak, pod makijaż też. Tzn, uściślając - nie na suchą skórę, ale na tonik (różne wtedy przerabiałam, nie będę wymieniać). I ta metoda sprawdziła się u mnie świetnie. Dodatkowo, jak już wspominałam wcześniej, nie pojawił się ani jeden nowy zaskórnik w trakcie tych eksperymentów, a skóra wyglądała na całkiem zadowoloną z faktu, że wreszcie powróciłam do pielęgnacji olejami. I to tak konkretnie zaawansowanymi.

Fot. http://www.ofiga.pl/kategoria/pielegnacja-twarzy/serum-olejowe-dzika-figa
Kochani, nie ma co kombinować. Choć sama tego kosmetyku nie stworzyłam, od początku brałam udział w burzy mózgów na jego temat, zanim jeszcze pełna koncepcja INCI się wyklarowała i w pełni się pod tym produktem podpisuję. Daję swój znak jakości i okrutnie się cieszę, że na naszym rynku wciąż jeszcze powstają takie cacka. Wiecie jak jest - ja na blogu rzeczy nie reklamuję, ja pokazuję. No więc to jest ten wyjątek. Rekomenduję Dziką Figę z całego serca, bo jest to serum o wyśmienitym składzie, które można stosować na wiele różnych sposobów i problemów skórnych.

Na hasło: Arsenic możecie kupić Dziką Figę aż o 20% taniej w sklepie O!Figa (KLIK!)
. Kod jest ważny do końca 3 grudnia (niedziela). Zachęcam! To świetny pomysł na prezent.

A może macie już swoją Dziką Figę? :) Przeczytajcie też opinie innych blogerek, które miały szczęście już to serum przetestować:
Dobrulbloguje: O!Figa - serum DZIKA FIGA

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger