Ostatnio używane kremy do rąk, które towarzyszą mi codziennie:Eco Cosmetics, Honey Therapy, Ziaja, Vianek...


Kilka lat temu napisałam post (KLIK!), w którym podsumowałam właściwości wszystkich kremów do rąk używanych wówczas przeze mnie. Do dzisiaj przeważnie mam napoczętych kilka różnych kremów do rąk - jeden zawsze stoi przy komputerze, inny w łazience, kilka mam w torebkach... i zużywam je zazwyczaj do końca, choć oczywiście wolniej niż gdybym miała jedno opakowanie. Dzisiaj więc o tym, jakie kremy do rąk towarzyszą mi osatatnio.

A towarzyszy mi nie byle co,  bo ciekawa nowinek gromadzę same dobroci i ciekawostki. O jednej z nich już Wam nawet pisałam w osobnym poście - mowa o kremie do rąk z echinaceą od Eco Cosmetics: KLIK!
Jest to własność Mężczyzny, ale podejrzewam, że ja tego kremu używam częściej. Stoi w łazience, więc jest w ruchu za każdym razem gdy umyję ręce czy zmywam naczynia. 



W zasadzie jestem wyznawczynią smarowania rąk czymkolwiek - od pewnego czasu cierpię na przesusz skóry, więc ratuję się wszystkim, co mi wpadnie w te biedne ręce: balsamy do ciała, kremy do twarzy, oleje,  itp. Ale skoro stoi taka tuba na półce, w dodatku dobry ma skład i miłą konsystencję, a Mężczyzna nie widzi, to korzystam.

Trudno jest mi dodać coś więcej na temat tego kremu, czego nie napisałam w recenzji, odsyłam Was więc do niej. Jest to jednak w tej chwili nasz podstawowy kosmetyk w domu, używany często i - co zauważyłam z zadowoleniem - dość wydajny. 



Z kolei przy komputerze, przy którym spędzam większość czasu, stoi na półce krem z miodem i propolisem z polskiej pasieki Honey Therapy. Na tym biurku zresztą można znaleźć wiele innych ciekawych rzeczy służących do pielęgnacji. Poza żelem antybakteryjnym regularnie używam różnych dobroci do skórek i paznokci, mgiełek czy pomadek ochronnych do ust - założę się, że jest to jakiś syndrom czegoś, ta potrzeba smarowania i nawilżania w trakcie pracy ;)




Ale wracając - ten konkretny krem to bardzo treściwe mazidło. Jest gęsty, dość wydajny, bardzo długo się wchłania, ale faktycznie regeneruje naskórek i chroni na długo. W zasadzie to on powinien stać właśnie gdzieś w kuchni, bo świetnie chroni skórę dłoni przed zanurzeniem ich w wodzie z detergentem. 
Genialnie sprawdza się też do dłuższego masażu dłoni zmęczonych wielogodzinnym pisaniem. Cudownie jest się zawiesić na kilka minut i bezmyślnie masować dłonie, paliczek po paliczku, gapiąc się gdzieś ponad monitor.




Skład, zgodnie z obietnicą zawartą w nazwie producenta, jest bogaty w produkty pszczele - miód mamy w składzie tuż nad alkoholem cetearylowym, którego stężenie w kosmetyku może być nawet na poziomie 30%. To bardzo dużo, choć nie sądzę, aby w tym składzie było go aż tyle z uwagi na inne zagęstniki "trzymające" konsystencję tego produktu. Ale miodu jest tu zaskakująco dużo i jest to prawdziwy miód, a nie żaden ekstrakt czy pochodna, jak np. honeyquat.
Ponadto w składzie mamy również propolis i bardzo odżywczy olej z awokado. Całość udekorowana wisienką w postaci pantenolu i mocznika, aby nawilżenie i regeneracja były naprawdę zauważalne. Lubię takie składy, lubię ten krem, dokopałam się w nim już do denka i z wielką ciekawością rozglądam się po innych produktach Honey Therapy. 
Miód do masażu z wyciągiem z rokitnika - to brzmi jak spełnienie moich kosmetycznych marzeń :) Muszę koniecznie tego spróbować!

Pozostając w temacie miodu, w torbie "na zakupy" mam od dłuższego już czasu krem z miodem i chili, który skończyć się nie chce. 


Absolutnie nie narzekam, lubię go, choć za Chiny Ludowe nie pamiętam skąd on się u mnie znalazł. Mieszka w torbie na zakupy i nigdy specjalnie się nie interesowałam jego składem, bo miał za zadanie jedynie nawilżyć gdy w trakcie szału zakupowego tego nawilżenia potrzebować będę. 

Okazuje się, że producentem jest Etre Belle, a skład jest dość przeciętny.




Mamy tutaj w zasadzie i wszystko, i nic. Z trudnością wyławiam ciekawe składniki z sosu tych mniej interesujących. Skład w zasadzie kończy się na alantoinie, dalej mamy składniki konsystencjotwórcze, jeszcze więcej składników konsystencjotwórczych, olej słonecznikowy, w którym rozpuszczono zapewne tokoferole, a potem już tylko konserwanty, zapach i do widzenia. Żadnego miodu, żadnego chili, ot, taki przeciętniak do posmarowania rąk gdy nic innego, lepszego, w torebce się nie znalazło.




Konsystencja równie przeciętna, dość gęstawa emulsja zostawiająca silikonowe rękawiczki (lub skarpetki, bo i na stopy już zaczynam go zużywać licząc naiwnie na kapsaicynowe rozgrzanie zimnych nóżek). Używam, zużyję do końca, bo wyrzucać nie lubię, swoją rolę spełnia, ale niespecjalnie polecam. 
Są fajniejsze kremy do rąk, jak choćby Viankowy, mieszkający w drugiej mojej torebce, tej "oficjalnej" :)



Ekstrakt z robinii akacjowej w tym składzie dostarcza skórze flawonoidy, kwasy organiczne, cukry i sole mineralne. Zawiera też sporo olejków eterycznych. Na skórę działa kojąco, łagodząco, nawilżająco, regenerująco. 

Jak to zwykle z Sylveco bywa, w składzie mamy więcej dobrego. Choć skład sam w sobie przekombinowany nie jest, mamy tu wszystko, czego skóra dłoni potrzebuje. Bez tryliarda zagęstników.



Wysoko w składzie znajdziemy mocznik i glicerynę - podstawy porządnego nawilżenia. Ponadto lekki olej sojowy, olej z kiełków pszenicy i pantenol, którego oczekuję w każdym kremie czy balsamie do ciała. 

Z wszystkich wymienionych tutaj kremów do rąk, ten ma najprzyjemniejszą konsystencję - jest to w zasadzie mleczko, które faktycznie nawilża bardzo porządnie i niemal natychmiast. Skóra dłoni od razu wygląda inaczej po jego zastosowaniu - jest gładsza i ładniejsza. Nawilżenie utrzymuje się długo, ale i tak sięgam po niego często, bo zwyczajnie sprawia mi to przyjemność.
Wybaczcie, że nie opisuję zapachu - jakiś jest i jest on nawet przyjemny, ale w gruncie rzeczy nie jest to dla mnie istotne. Dłonie i tak zwykle pachną mi olejkami arabskimi, które dominują obszary nadgarstkowe. 


A teraz wszystko eko i organic ekstremistki zapowietrzają się na 3, 2, 1... ;) Bowiem w mojej "wyjazdowej" kosmetyczce mieszka krem o przeciętnym składzie, który cuda robi i kosztuje grosze. Mowa o kremie z ceramidami marki Ziaja. I tutaj właśnie o te ceramidy mi chodziło. 

Patrząc na skórę dłoni mojej mamy myślę sobie, że za paręnaście lat i u mnie będzie niewesoło. Jest bardzo sucha, często podrażniona i aż swędząca. Można nawilżać i natłuszczać w nieskończoność, ale mam podejrzenie, że występuje u nas rodzinnie jakiś niewielki niedobór ceramidów w skórze, który z wiekiem rozwija się do takich właśnie nieciekawych historii jak atopia chociażby. Obie z mamą nie możemy używać szamponów i żeli z SLS, bo podrażniają nam skórę w stopniu znacznie uciążliwym. A wiemy przecież, że nie podrażniają one wszystkich. Coś jest na rzeczy.


Sięgnęłam więc po ten krem - jeden dla siebie, drugi dla mamy, przymykając oko na skład daleki od ideału, licząc na te ceramidy. I co? No i fajnie jest. Nawilża i rzeczywiście poprawia stan skóry. Nie zostawia parafinowych rękawiczek na dłoniach, można od razu po posmarowaniu zasiąść do pisania na klawiaturze. Robi swoje czyli. Kosztował jakieś... 3, może 4 złote w aptece. 

Konsystencją przypomina mi krem Vianka - to też jest leciutkie mleczko, które przyjemnie się wchłania a co istotne, uczucie nawilżenia i "okiełznania" suchej skóry nie znika po wchłonięciu/wyparowaniu.
Jestem z niego zadowolona i pewnie kupię ponownie... gdy uznam, że mi brakuje kremu do rąk ;)



Czy polecam, i który? To zależy od Waszych potrzeb. Krem z Honey Therapy sprawdzi się świetnie dla posiadaczek bardzo suchej skóry na dłoniach, która potrzebuje dodatkowej ochrony. Vianek to błyskawiczne nawilżenie i ukojenie dla skóry wrażliwej, często podrażnionej, a krem z Eco Cosmetics to dobrej jakości ekonomiczne rozwiązanie dla dwójki. Ziaję polecam na konkretny problem - skórę atopową, bardzo suchą, wrażliwą. Sos parafinowo-silikonowy z ceramidami naprawdę może tutaj pomóc.
Czy używaliście któregoś z tych kremów? Jakie są Wasze opinie o nich?

Pozdrawiam
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger