MÁDARA - podsumowanie przygody z marką

Źródło: http://www.thegreenfactory.dk/pl/M-DARA_7337.aspx

Jedna z czytelniczek poprosiła mnie o podsumowanie mojej przygody z marką Madara, widząc że ostatnio sporo ich produktów pojawia się na moim blogu. Tak, to jest dobry pomysł i dzisiaj zrobię szybki przegląd tego, co u mnie zagościło i spróbuję wyłonić spośród nich ulubieńców, czyli produkty, do których chętnie wrócę.

Poniżej znajdziecie listę produktów tej marki, z którymi miałam styczność, żeby było wiadomo o czym rozmawiamy :) :


Szczerze mówiąc, wszystkie wymienione produkty są bardzo dobrej jakości i wspominam je z uśmiechem. W przypadku jednak niektórych, no, da się żyć z ich brakiem ;)



Najmilej wspominam, oczywiście, fluid Moon Flower - jako wielbicielka rozświetlenia i lekkiego wyrównania cery oddaję temu produktowi pokłon, bo jest świetny. Mam go jeszcze, takie zakitrane w szufladzie reszteczki, których już nie zużyję, a szkoda mi wyrzucić opakowanie :) 

Nie jestem pewna czy to ten fluid, czy ogólnie moja pielęgnacja, ale gdy go stosowałam codziennie, nie zdarzył się mojej skórze ani jeden gorszy dzień. 



Pięknie pachnie, piękny skład, do wklepania na oślep i po ciemku w twarz, a do tego pielęgnuje - no czego, czego chcieć więcej? Chętnie do niego wrócę, zmęczona ciężkimi - wbrew pozorom - kremami bb i nieudanymi przygodami z innymi podkładami.

Kolejnym produktem tej marki, którego zakup rozważam bardzo, bardzo... jest oczywiście olej do twarzy. 


Jego reszteczki również jeszcze stoją na półce w łazience. Używam go przeważnie mieszając z żelem borowinowym lub serum z wit C, a najczęściej ze wszystkim naraz ;)

Jest naprawdę świetny, lekki, porządny, robi to, co ma robić i jest go - wbrew pozorom - całkiem sporo w buteleczce. Pisałam o nim w lipcu, a więc 4 miesiące temu, a szacuję, że zużyję go do Sylwestra w tym tempie. I żeby nie było - stosuję go na twarz, szyję, dekolt, a nieraz coś się i biustowi dostaje :) Nie cackam się, jak coś jest dobre, to ratuję tym co się da przed upływającym czasem.



Jest kilka rodzajów tych olejków - ja wybrałam na początek "Kojące Nawilżenie" jako chyba najbardziej uniwersalną pielęgnację, ale korci mnie bardzo olejek  "Wibrująca Energia"

Z pozostałych produktów bardzo miło wspominam również krem pod oczy oraz odżywkę do włosów. Natomiast krem na tyłek z cellulitem właściwie pozostał u mnie bez echa. Drobne nierówności wyrównał, ale... ja nie wiem, czy tego nie zrobiłby każdy krem, regularnie wmasowywany w te nierówności. Miałam zdecydowanie zbyt krótką znajomość z tamtym produktem, aby móc go właściwie ocenić. Oczywiście, że lubiłam nawilżenie, jakie mi dawał, uwielbiałam jego zapach, no ale hej, nawilżenie daje mi obecnie Sylveco na tym samym poziomie, a zapach? Mam w szufladzie piprztyliardon olejków eterycznych, moje kosmetyki mogą pachnieć czymkolwiek zechcę ;)
Nie jest to produkt, bez którego żyć nie mogę, skracając opowieść.

Opowiedzcie mi o swoich ulubieńcach z Madary. Jeszcze wielu ich produktów nie znam, a może jest coś, co powinnam koniecznie poznać?

Ściskam
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger