Fendi L'Acquarossa Elixir


Kurier zaanonsował swoje przybycie. Jestem roztrzęsiona jak pensjonarka na myśl o jeszcze jednym wafelku. Pieniążki odliczone co do grosza, powtarzam sobie: bądź grzeczna, bądź miła, daj sobie czas, nie poganiaj, nie ciskaj mu tych pieniędzy w twarz, nie wyrywaj paczki, nie krzycz "masz i spierdalaj", nie rozszarpuj opakowania zębami stojąc w jeszcze otwartych drzwiach...
Bo może nie warto aż tak szaleć, jak to śpiewała Chylińska? Bo może kupiłaś śmierdziela w ciemno i tak zostaniesz z głupią miną jak kupka nieszczęścia, do późnej nocy scrollująca próbki w sklepach internetowych, czytając opisy nut i ponuro kiwając głową. "Neroli, taa, dupa Jasio. Yhm, drzewo sandałowe, na pewno. Czyjeś sandały raczej. Różowy pieprz, chyba jak sobie pokolorujesz..."
Znacie mnie trochę. Przyszedł, zapłaciłam, odebrałam, wszystko z resting bitch face mode on. Poszłam zrobić sobie kawy. Wyjęłam aparat, sprawdziłam baterię. Usiadłam, napiłam się kawy i rozejrzałam się dookoła szukając odpowiedniego miejsca na zdjęcia. Przecież zdjęcia trzeba zrobić, wrzutki na Insta z mojego superżycia, może post na bloga, skoro już tak siadłam i piszę.

Myśląc nad miejscem do zdjęć siadłam i zaczęłam pisać te słowa a paczka z nowym zapachem L'Acquarossa Elixir od Fendi leży nadal nierozpakowana. Kupiłam go totalnie w ciemno po tym, jak w grupie Polska Pachnąca rozeszła się wieść, że Fendi przestaje produkować swoje perfumy. Koniec, finito, nie będzie. A flakon taki piękny, w dodatku nikt nic sensownego o zapachu powiedzieć mi nie potrafił, no i ten flakon. Cudo. Teraz, gdy już jest mój, gdzie mi się spieszy? Pobawmy się trochę, celebrujmy.
Piramida nut jest dość zadziwiająca jak na moje preferencje. Ot, wytrawne wiśnie z tuberozą, wanilią i (ponoć) zupełnie niewyczuwalnymi nutami drzewnymi. O ile wytrawna wiśnia może być ciekawą alternatywą dla moich zielono-pieprznych zapachów na lato, tak z tuberozą, a już na pewno z wanilią, jest nam kompletnie nie po drodze. Zwłaszcza gdy nuty drzewne niby są, a ich nie ma. Dużo sobie wyobrażałam pieszcząc klawisz enter, opóźniając decyzję o parę sekund. W moich marzeniach zapach ten jest krwiście esencjonalną czarną czereśnią podaną wraz z liśćmi wprost z drzewa, z kroplami lśniącej żywicy i tą specyficzną słodyczą owocu dojrzewającego długo w palącym słońcu. Z ociupinką nienachalnej wanilii przełamującą charakterystyczną kwaskowość, dodającą miękkości, dopieszczającą skórę. Taki zapach, którego jedno psiknięcie, jedna mała chmurka zaczarowuje rzeczywistość na bordowo na dzień cały, po czym wygasa dłuugo, długo jeszcze w nocy. O tym marzyłam bardzo.

CANZONA O PERFUMACH ARSENICOWYCH: "O JAKA JESTEM ROZPIEPRZONA..."




A teraz się boję, że moje niewinne pragnienia zostaną pogrzebane pod wywrotką cukru wanilinowego a serduszko po raz kolejny zranione sztampową interpretacją nut wiśniowych. Tak, teraz się boję, teraz o tym myślę, nie w chwili wrzucania zapachu do wirtualnego koszyka. Przedłużam w nieskończoność, obracając w dłoniach ciężki, bordowy flakon Schrödingera, próbując wchłonąć molekuły zapachu przez szkło i jednocześnie odwracając głowę i wzrok. Wąchacie czasami nowe perfumy przez kartonik, zamknięty flakon? Te zaciągały niemalże męsko i pomyślałam, że albo jest bardzo dobrze, albo po prostu pakował to jakiś pachnący pan. 
Zdumiewające, jak bardzo niechętnie teraz myślę o tym pierwszym psiuknięciu. W zasadzie najchętniej postawiłabym nierozpieczętowany flakon na półce na najbliższe pół wieku, aby chwalić się taką dziewicą każdemu, kto zechce tej historii wysłuchać. Na zrozumienie nie liczę.
"Zapach potrzebuje czasu. Dam mu miesiąc i też go... też przywyknę. W końcu nawet Miracle do mnie przemówił i nawet nosiłam go przez kilka dni." - pomyślał rezolutnie Zajączek i psiknął L'Acquarossę na nadgarstek i w zagłębienie łokcia.
Z nieba spadł kloc o masie 1000 ton, wykonany w całości z wanilii. Zajączek zginął na miejscu.


Chcąc sobie wyobrazić ten zapach należy zupełnie zapomnieć o wiśni jadalnej. Pierwsze wrażenie rzeczywiście przywodzi na myśl skojarzenie z tym owocem, ale odrealnionym jak postać ze snu. Nie wiem, czy fakt, że czuję na tym etapie wiśnię nie wynika z programowania, z nastawienia po lekturze nut i opinii. Czy po prostu sobie tej wiśni nie wmówiłam. To wszystko zresztą i tak nie ma znaczenia, bo od samego początku prym wiedzie tutaj duet wanilii z tuberozą, nachalny, ciężki, jednoznaczny, słodki, męczący i wszechogarniający. Tam równie dobrze może być pomidor, kokos, jak i agrest czy zdechły kot - i tak nikt by nie uwierzył, bo wszystko tonie w sosie waniliowo-tuberozowym. Nawiasem mówiąc, ten czynnik odrealniający (czyli właśnie nadmiar wanilii z tuberozą) sprawia, że po chwili dociera do mnie myśl, iż w istocie to pachnie właściwie jak róża. Tylko taka róża, której nigdy wcześniej w perfumach nie znałam, bo ja przecież przywykłam do tej orientalnej, z agarem, podanej jako zajzajer, gorącej, mokrej (tak, mokrej - to dobre słowo). A tu taka aksamitna, sucha, wprost z krzaka, zaciągająca wręcz jabłkiem. Róża. Ludzie. Trzymajcie mnie. Przecież gdybym w spisie nut zobaczyła różę z wanilią to, ach. I tak bym kupiła. 



Minęło kilka tygodni, kończę tę recenzję nadal nie wiedząc do końca co o tym zapachu myśleć. Ma jednak charakterek w tym całym morzu osaczającej wanilii. Coś tam jest takiego, co czyni zapach wytrawnym w tym całym mdlącym szaleństwie. Nie wiem, który składnik za to odpowiada, ale zapach buduje dystans, wyczuwalny jest pewien gorzkawy chłód, choć nadal uważam, że najpiękniej ma szansę się rozwinąć w chłodne dni. A może po prostu bardzo bym chciała, żeby ten zapach mi się spodobał bo flakon mi przypadł do gustu... Jednak kupowanie zapachów w ciemno ma sens w przypadku perfum arabskich. Pamiętacie Nashwah? Tam też jest morze wanilii... ale przełamane mokrym, siekanym tytoniem. W Europie chyba nie znają takich wariactw, jak wanilia to na całego, bez udziwnień. Żebyś, człowieku, przepłynął to morze wanilii, opił się nim, zadusił i utonął, ewentualnie umarł po prostu z nudów lub zwariował patrząc na te same, waniliowe fale aż po horyzont. 
Nawiasem mówiąc, w pierwsze chłody wrześniowe zdarzyło mi się już nosić kombo w postaci wspomnianego, tytoniowego Nashwah zaaplikowanego na nadgarstki i kark oraz maleńkiej, ostrożnej chmurki L'Acquarossy. I to mi się podobało zdecydowanie bardziej. Otulająca na śmierć, zaborcza wanilia z tuberozą przełamane dekadencko mokrym tytoniem i wiśnią - brzmi jak całkiem już nieźle pokręcona nisza. Nosi się to-to bardzo przyjemnie.  Dzięki dodatkowi miękkiej, puchatej i rumianej L'Acquarossy, Nashwah przestaje być tak surowy, nie daje wrażenia, że ktoś tu wyszedł z palarni. Absolutnie nie mam niczego przeciwko noszeniu Nashwah solo - praktykuję to bardzo chętnie, ale ten wiśniowy dodatek zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Jest bardzo ciekawie.


GRUPY FACEBOOKOWE O PERFUMACH TO ZŁO: RASASI DHANAL OUDH NASHWAH


Styl włoski. Perfumy drogie nie są, ale i tak musi być czuć, że zapłacone ;) Zapach jest trwały, lekko ogoniasty a flakon ciężki. Atomizer rozpyla chmurę, którą można śmiało obezwładnić niewielkie osiedle. Łatwo wchodzi ze stylówą na wczesną Madonnę, a jeszcze łatwiej na Madonnę współczesną. 
Czekam na mróz, który ściśnie nieco tę wanilię, zetnie tuberozę i zostanie tylko to coś, ten chochlik gorzkawy w wiśnioróżach. Prawdopodobnie też będę te perfumy łączyć z czymś bardziej charakternym. Z pewnością będę szukała nowych połączeń, po obiecującym eksperymencie z Dhanal Oudh Nashwah. Bardzo ciekawi mnie co wyszłoby z połączenia optymistycznej, zarumienionej, słodkiej L'Acquarossy z jakimś kadzidłowcem, np. z Laudano Nero. Zobaczymy. I ten. I Furiosa mi się też marzy.
Buziaki
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger