Złociste placuszki marchwiowe z kolendrą. Sto razy lepsze od ziemniaczanych!


Czy też tak macie czasami, że ciężko jest się Wam zebrać do przygotowania obiadu? Że nawet to wrzucenie torebki kaszy do wrzątku jest mordęgą, a w ogóle myśl o wejściu do kuchni jest ideą tak boleśnie abstrakcyjną, że już tylko tysiąc na Kurniku, przewijanie fejsa/insta i śmierć głodowa? No więc ja tak dzisiaj miałam. A macie tak czasami, że ze skrajności w skrajność? Bo gdy już zawlekłam swoje ciało do kuchni, nagle jakby pierun jasny we mnie strzelił, jakby duch Gesslerowej mnie ugryzł i zamieniłam się w wizjonera kuchni fusion ze złocistą poświatą wokół ciała i obłędem w oczach.

Okazało się, że marchewki leżą zapomniane i pomimo usilnych starań aby je wkomponowywać na bieżąco w przygotowywane codziennie dania (zupa z marchewką, leczo z marchewką, kiszona marchewka, surówka z marchwii, marchewka na surowo...), marchewek ze sterty jakby nie ubywa. I niektóre już tracą jędrność, znudzone.
I wtem! Wybija ta godzina, pojawia się ta myśl: "a co by było, gdyby..." ...zamiast ziemniaków zetrzeć marchewki i zrobić z nich placki? I dodać to, to, to - rozglądam się po kuchni przenikając wzrokiem szafki - to, tamto, tototototo i to? I polać sosem czosnkowym z - BANG! - listkami pomidorów?

No. Tak było. A potem to już tylko chaos, bo się okazało, że marchewka po starciu jest bardziej sucha niż ziemniaki. Wobec czego do kuchni udekorowanej pomarańczowymi wiórkami dołączył jeszcze mikser, w którym właściwie dokonałam już reszty dzieła. Czyli dodałam jajo, mąkę, trochę oliwy, wody i przyprawy - z czego po zblendowaniu wyszło lejące, złociste ciasto. 


Mam w kuchni wiele książek z przepisami, ale zwykle traktuję je jako inspirację. Nie trzymam się przepisów sztywno a już na pewno trudno jest mówić o jakimś przepisie, gdy po prostu działa się z tym, co jest dostępne w kuchni. Docelowo zależało mi na złocistych, baaardzo aromatycznych i może lekko pikantnych placuszkach z wyraźnie wyczuwalnym, charakterystycznym smakiem marchewki, ale bez tej słodyczy. Dążyłam więc do tego aby konsystencja i smak były zgodne z moimi wyobrażeniami, po prostu. Postaram się odtworzyć dla Was ten przepis:

  • 1 kg marchewek
  • 2 szklanki mąki
  • 1 jajko 
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 0,5 szklanki wody/bulionu
  • 1 łyżka curry
  • 0,5 łyżki kolendry w ziarnach
  • szczypta majeranku
  • szczypta gorczycy
  • sól i pieprz do smaku

I ćwiczymy ramiona, drogie panie! Marchewkę najlepiej jest utrzeć na tarce o najmniejszych oczkach na papkę, ale ja bardzo lubię gdy w placuszkach wyczuwalne są cząstki, dlatego co najmniej połowę marchewek trę na tarce o grubszych oczkach. To drugie zresztą w maszynce, bo po co się męczyć, skoro można upierdzielić i maszynkę, i kuchnię, i siebie a potem sprzątać to wszystko godzinę dłużej niż trwa umycie samej tarki. 
Uściślając: kolendra w ziarnach, o taka:


...a nie natka. Wrzuciłam ją wraz ze startą marchewką, mąką i resztą składników po prostu do blendera i zmieliłam na gładko. Ale można też przygotować sobie wcześniej taką mieszankę przypraw mieląc ziarna kolendry z majerankiem, gorczycą, curry, pieprzem i odrobiną soli w czystym młynku do kawy. Ja tak zwykle robię, nadwyżki wsypuję do małego słoiczka i w razie potrzeby mam gotową przyprawę, w której jest dokładnie to, co lubię i co mi pasuje.
Wracając - jak wspomniałam, wszystkie składniki zblendowałam razem, na koniec dodałam do masy resztę "wiórek marchwiowych" i wymieszałam. Warto w tym momencie spróbować odrobinę ciasta, czy ma odpowiedni smak. Ja już znam siebie na tyle, że wiem ile czego sypać "na oko", ale robiąc nowy przepis zawsze dobrze jest popróbować. 
Następnie smażę placki na oleju kokosowym, dokładnie tak samo jak ziemniaczane. Uwaga! Placuszki marchwiowe są delikatniejsze, będą się rozwalać, możliwe więc, że trzeba będzie dodać więcej mąki. Jak zawsze więc, panuje tutaj zasada: "pierwsze na straty". Czyli smażymy pierwszą porcję, próbujemy, sprawdzamy czy konsystencja jest ok i w razie potrzeby albo "dosmaczamy", albo dodajemy  mąki. Moje placuszki z pierwszej porcji wyszły bardzo delikatne. Nie rozpadły się, ale nie dałoby się ich utrzymać na widelcu w całości, o układaniu do zdjęć w ogóle nie wspominając ;) Dlatego bez żalu dodałam mąkę, której rodzaj zresztą nie ma większego znaczenia. Jeśli kochacie te wszystkie magiczne, gryczane, żołędne czy inne mąki ze wszystkiego co da się zmielić, śmiało można ich dodać. Uprzedzam lojalnie, że jednak gluten z pszenicy tutaj sklei placki najlepiej ;)


Jeśli chodzi o sos, jest to najbardziej podstawowy i prosty w wykonaniu sos czosnkowy na tej planecie. Bierzecie dobry jogurt, może być z mleka roślinnego - jakikolwiek smakuje Wam najbardziej. Byle nie z mleka w proszku i gumy ksantanowej, bo to złe jest. No więc do jogurtu dodajecie zgnieciony czosnek. U mnie proporcje przedstawiają się następująco: na ok. 300 g jogurtu daję 3 ząbki czosnku. I jest to moc ziania godna smoka wawelskiego, więc jeśli jednak celebrujecie kompromisy, zacznijcie od jednego ząbka czosnku. Do tego wszystkiego dodaję sól, tak z pół łyżeczki, może odrobinę więcej. Dodaję też świeżo zmielony pieprz oraz świeżo zerwane, posiekane listki pomidorów. Jeśli nie macie świeżych, mogą być mrożone - ja nadwyżki listków mrożę w postaci już posiekanej i mam gotową "pietruszkę" do potraw przez cały rok.
Jak smakują liście pomidora?

Placuszki smakują równie dobrze na zimno jak i na ciepło, z sosem i bez niego. Są lekko pikantne, aromatyczne, wyraźnie marchewkowe i mają cudny, złocisto-pomarańczowy kolor. Nawet Mężczyzna stwierdził, że są przepyszne i sto razy lepsze od placków ziemniaczanych. No, no! :)

Smacznego!
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger