#CZYTAMSKŁAD, odc. 10 - Skin Coach case


Swego czasu na znanej grupie dotyczącej kosmetyków naturalnych na Facebooku rozgorzała dyskusja na temat książki napisanej przez niejaką Skin Coach. Dyskusja dotyczyła kontrowersji wokół stosowania olejów w pielęgnacji, których ww odradza stosować. W ogóle. No i się zaczęło: "a ja stosuję i dobrze mi z tym", "a ja właśnie wyrzuciłam do kosza wszystkie moje oleje bo babeczka powiedziała, że oleje złe", "a ja stosuję OCM, czy to też szkodzi?", "a ja mam trądzik różowaty, czy też mam przestać stosować oleje?", "a ja używam olejów do włosów, też źle?", "a ja to nawet mineral oil lubię", "a ja...", "a ja..."
Wtedy o niejakiej Skin Coach, czyli o Bożenie Społowicz, dowiedziałam się po raz pierwszy. Nie chcąc uprzedzać się do osoby z powodu tytułu, jakim się ochrzciła, weszłam na jej blog i przeczytałam kilka wpisów. Jej wpisy i porady można było wówczas zaliczyć do kategorii "nieszkodliwych" ale też i niespecjalnie pomocnych frazesów. Ot, skórę oczyszczać, nawilżać, bla, bla. Słońce świeci, Ziemia się kręci. 




Pomyślałam sobie różne rzeczy, ale wiodącą myślą było: "Co ta pani sprzedaje?". Szybko się okazało, że całkiem sporo i dość drogich rzeczy. A przede wszystkim - sprzedać ma się jej książka, którą zresztą porównałam do mrożonej pizzy z Tesco. Jest to towar jak każdy inny, nikomu też do głowy nie przychodzi aby przywiązywać wagę do zawartości. Ma się sprzedać - i jej książka się sprzedaje, bo wcześniej autorka narobiła trochę szumu, kilka osób wkurzyła, pojawiła się tu i tam, słowem: wyrosła nam nagle spod ziemi ekspert, o której nikt nic nie wie, mało kto jej ufa, no ale przecież gada sensownie. Słońce zaiste świeci, a Ziemia podobno się kręci. Niezłą reklamę zrobili jej też blogerzy, którzy dostali egzemplarz jej książki w zamian za pozytywną opinię. I w ten oto sposób dorobiliśmy się kolejnego coacha, który powie nam jak żyć, jak pielęgnować cerę, jak iść do łazienki i jednym ruchem do kosza wyrzucić wszystkie kosmetyki... Aby zrobić miejsce na te, które ona poleca.
Na tym właśnie zwykle żerują coache wszelkiej maści - na niewiedzy, braku rozeznania w temacie i wierze w proste rozwiązania. Na przebarwienia kolagen za 100 PLN, na cellulit (albo częściej: cellulitis) preparat bez składu za 200 PLN i tak to się toczy. Bo przecież pani Skin Coach powiedziała, więc nieważne, że z własnego doświadczenia wiem już coś innego, lub coś więcej o swojej skórze i doborze kosmetyków dla siebie. Pani Skin Coach powiedziała, a pisze i zachowuje się jak autorytet, więc na pewno chce mojego dobra. 
Pół biedy, że Skin Coach rzeczywiście ma wykształcenie kierunkowe i spore doświadczenie w zawodzie. Myślę jednak, że po dwudziestu latach zorientowała się już, że na rozbijaniu cellulitu klientkom nie dorobi się fortuny, więc skończyła kurs na coacha i postanowiła zacząć sprzedawać się drożej. 



Teraz zrozumcie mnie dobrze: jej rady nie mają żadnego znaczenia. Najmniejszego. Równie dobrze ja mogę napisać książkę o tym, że podczas deszczu należy rozłożyć nad głową parasolkę, najlepiej firmy XYZ. To jest dobra rada, nieprawdaż? Książka ta nie powstała po to, aby obdarować nas jakąś wiedzą, czy pomóc w czymkolwiek, ponieważ autorka ma serdecznie w tyle Ciebie, mnie i nasze problemy ze skórą. Książka ta powstała po to, po co powstaje mrożona pizza z Tesco - aby się sprzedać i przynieść pieniążek autorce. Tyle samo zresztą ma wartości, co i ta pizza. 
Agnieszka Pindel zresztą zrobiła dobry wpis z wieloma zdjęciami ze środka tej książki - zajrzyjcie: KLIK!
I tutaj już się robi mniej ciekawie, choć nadal równie miałko. Książka pełna jest niespójności i, oczywiście, niczego nie wnoszących frazesów ("zjedz ciepłe śniadanie", "uśmiechaj się"....). Z jednej strony autorka radzi unikać alkoholu w kosmetykach, za chwilę jednak poleca kosmetyk z alkoholem w składzie. W efekcie, tak sobie myślę, że choć książka ta miała być materiałem dość zachowawczym, tak aby na wszelki wypadek nie powiedzieć za dużo i nie musieć się z tego tłumaczyć, autorka niepotrzebnie uprościła wiele spraw, przez co może realnie zaszkodzić zdrowiu czytelniczek, które za jej bezsensownymi radami podążą. 
Jest taki kierunek studiów: kosmetologia. Jest dość ciężki do ogarnięcia, bo wymaga zrozumienia wielu bardzo różnych dziedzin. Po co uczyć się tam biochemii, biofizyki czy farmakologii, dietetyki, histologii...? Ano dlatego właśnie, że pielęgnacji skóry nie da się ogarnąć jednym, prostym szablonem, który - przyłożony do każdego - zawsze zadziała. Trzeba mieć wiedzę i umieć ją wykorzystać aby indywidualnie ocenić stan cery, możliwości i ograniczenia przy każdej kolejnej osobie od nowa. Książka z poradami to tylko towar, co najwyżej napakowany nieszkodliwymi frazesami, który ma się sprzedać i wypromować coacha. W tym przypadku jednak uważam, że działalność tej pani jest szkodliwa, bo ludzie jej ufają i wydają pieniądze: na jej książkę, za chwilę na kosmetyki przez nią polecane, a na końcu na indywidualne konsultacje u pani Skin Coach. Oraz na zabiegi na polecanych przez nią preparatach.

DLATEGO właśnie cisnę czytelniczkom do głów, że mają czytać składy, interesować się, dociekać, kwestionować. Żeby nie przyszła jakaś Bożenka i nie wyrolowała ich na kasę - najpierw na książce, potem na kosmetykach, a na końcu na konsultacjach i zabiegach - bo ona tak mówi. Wnerwia mnie to niemiłosiernie. Baba realnie szkodzi ludziom, może doprowadzić do autentycznego pogorszenia stanu cery u wielu osób, które zastosują się do jej niespójnych rad. A najgorsze jest to, że tu w ogóle i nigdy nie chodziło o dobro naszych cer, tylko o zarobienie kasy. Równie dobrze ja mogłabym wydać książkę o uprawie jarmużu.

Pozdrawiam
Arsenic

P.S. dwa pierwsze zdjęcia z tego postu pochodzą z FB Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty. Polecam serdecznie, czytała Krystyna Czubówna.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger