Przegląd nowości od Bell - cacuszka do ust


Udało mi się dzisiaj złapać trochę światła w naszym zadymionym Krakowie, więc spieszę do Was ze świeżutkimi zdjęciami cacuszek do ust od Bell. A jest co pokazywać, te matowe pomadki w płynie to mistrzostwo świata.

Ale najpierw - nie samymi kolorowymi kosmetykami do ust marka stoi. Wiedzieliście, że mają w ofercie również peeling do ust, podobny do tego z Sylveco? Rzecz jasna, skład obok naturalnego nie stał, ale wiem doskonale, że wiele moich czytelniczek - delikatnie sprawy ujmując - nie zawsze się składami przejmuje wybierając produkty ;) 



Po co peeling do ust albo pomadka ochronna w firmie specjalizującej się w kolorówce? Ano po to, że jak się kogoś maluje, to bez peelingu do ust jest czasem ciężko. Wiele lat temu, gdy jeszcze takich produktów nie było na rynku, a ja malowałam ludzi, marzyłam o czymś takim, tylko jeszcze nie potrafiłam nawet tego nazwać. Zatem przed rozpoczęciem makijażu usta delikatnie złuszczałam szorstką gąbeczką a potem natłuszczałam zwykłym balsamem do ust. Tego typu peeling natłuszczający w sztyfcie powinien być w kosmetyczce każdej makijażystki aby już nigdy nie musiała rwać włosów z głowy na widok stanu ust swoich klientek.
Pomadek ochronnych, zwłaszcza zimą, nigdy za wiele. 



Ale moimi ulubieńcami w tej kategorii zawsze były balsamy czy pomadki ochronne, które lekko barwiły usta. I o tym Bell też pomyślał, dając nam nawilżający olejek do ust nadający im lekki kolor, a przede wszystkim natychmiast kojący wszelkie suchości, zadziorności i bolączki na ustach. Jest moim nr 1 tej zimy, jeśli chodzi o ochronę ust. 


Kolor jest bardzo delikatny, transparentny, ale to wystarczy aby usta wyglądały lepiej. Zresztą, samo ich nawilżenie, doprowadzenie do normalności już "robi robotę". Bardzo go lubię. Występuje w trzech kolorach, kosztuje 6,99 zł.

Skoro o błyskotkach mowa, zapoznałam się również z błyszczykiem z serii Hypoallergenic. Ma dziwny aplikator zwężający się w środku, który - o dziwo - bardzo dobrze sprawdza się w aplikacjach na oślep, w dziwnych miejscach i warunkach. 


Nigdy nie zrobiłam sobie nim Jokera i choć nie jestem jakąś specjalnie wierną fanką błyszczyków, tego używa się przyjemnie i wszystko wskazuje na to, że tak mi się będzie plątał pod ręką aż go zużyję do cna. Kolor w rzeczywistości jest znacznie chłodniejszy niż to się prezentuje na zdjęciach. Mój ma nr 10. Błyszczyk ten występuje w 11 odcieniach i kosztuje 12,99 zł. 



Jest kremowy, dość ładnie kryje i w dużym słońcu widać wyraźnie rozświetlające drobinki. Nie jest specjalnie supertrwały, zjada się z byle kremówką tudzież pączkiem, ale hej! Czyż w błyszczykach nie chodzi o to, aby je aplikować co 10 minut? ;)


Zdecydowanie bardziej trwałym kolorem może natomiast poszczycić się Lip Tint, który - raz nałożony na usta czy dłoń - przetrwa nie tylko kremówkę ale i szorowanie mydłem, wycieranie ręcznikiem i kremowanie. 




Mój kolor ma nr 2 i, niestety, choć jest znacznie chłodniejszy niż na zdjęciach, pozostawia jednak na skórze pomarańczową łunę. Kolor ten powinien sprawdzić się u Wiosen i Ciepłych Jesieni. Albo u każdego, kto ma to gdzieś i lubi ten kolor :D



W tym przypadku mamy do czynienia z lekką konsystencją, coś jak suchy olejek. Kolor jest lekko transparentny, dając bardzo naturalny efekt, ale można go śmiało budować aż do niemal całkowitego krycia i spokoju z ustami na miesiąc. Poniżej zdjęcie mojej biednej dłoni po wyszorowaniu jej mydłem i wytarciu ręcznikiem. Po nałożeniu kremu do rąk nic się nie zmieniło.



Dobra rzecz na wesela, tudzież inne całonocne imprezy, na których szkoda czasu i brak warunków na poprawianie makijażu. Do wyboru jest sześć odcieni, każdy w cenie 11 zł. Będę się musiała przejść do Biedronki po coś bardziej w róż chyba.

Moimi faworytkami są jednak matowe pomadki Bell. Za tę ich obłędną, lekką, milutką konsystencję, za to, że ich absolutnie nie czuć na delikatnej skórze warg i za obłędne kolory wraz z trwałością - należy się Oscar. 



Jedno pociągnięcie i dostajemy cieniutką, lekką jak piórko warstewkę mocnego, nasyconego koloru. Pierwszy z prawej to swatch matowej pomadki z serii Hypoallergenic (kolor nr 05), pozostałe dwie to po prostu Bell (kolejno od lewej: Love i Romance). Konsystencja i same właściwości pomadek w zasadzie niczym się nie różnią na pierwszy rzut oka. Ale w moim odczuciu w tych pomadkach z serii Hypoallergenic jest lepszy aplikator, dzięki czemu można dokładniej wyrysować sobie usta, bez prześwitów i nieostrych krawędzi. 



Wersja MAT Hypoallergenic występuje w 6 kolorach i kosztuje  16,99 zł. Te "po prostu Bell" z kolei występują w pięciu kolorach, z tego co się orientuję - różnych od kolorów z Hypo, a kosztują 8,99 zł. Pomadki są bardzo trwałe - raz nałożone wymagają jedynie dokładania szpachli na środek ust, który lubi się w ciągu dnia wycierać i wyjadać. Zdarzyło mi się jednak przeżyć ze dwie imprezy z jedną z tych pomadek na ustach bez poprawek. A jedzone i pite było :) 
Jestem z nich bardzo zadowolona, bo nie zasychają na ustach, nie pękają, nie tworzą skorupy, są w ogóle niewyczuwalne i można zapomnieć, że się ma tak mocny makijaż. Super sprawa i dobra robota, Bell!
Wszystkie te cacuszka dostępne są w Biedronkach za rogiem.


Buziaki
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger