Canzona o perfumach arsenicowych: "O jaka jestem rozpieprzona..."



I będzie to piosenka o neroli, jaśminie, pieprzu i oudzie; o chłodzie zacienionego ogrodu w środku upalnego lata, ale też o Sycylii całej w kwiatach pomarańczy, z brzmiącymi w tle dzwonkami u kostek tancerek gdzieś w oazach, w piaskach. 


"Słodko rozwala, coś wibruje, coś przytłacza mnie
O jakie w naszych oczach śpią demony
Przecież jesteśmy tacy młodzi, tacy młodzi
Ludzie nam tego nie wybaczą..."
Latami całymi zapachy mogły dla mnie nie istnieć. Unikałam odpowiedzi na pytania o moje ulubione zapachy, nuty czy marki perfum... bo ich nie miałam. Było mi doskonale obojętne co w powietrzu igra. 




No, ale ze skrajności w skrajność - oszołomił mnie kiedyś widok setek kwitnących drzew pomarańczowych na Sycylii, pamiętam też ten zapach (wraz z uczuciem słońca palącego mnie w kark, zmęczonych nóg, widoku niskich murków z kamieni, odgradzających posesje i niesamowitym widokiem morza nad ranem, tuż przed świtem, które to morze wygląda wówczas jak roztopione, rozlane srebro) - obłędny, czysty, pierwotny zapach neroli. Osiadł we mnie, wtatuował się, już zawsze będę ten zapach kochać. 
Dlatego więc, gdy po powrocie do Polski, parę lat później odnalazłam ten zapach w olejku eterycznym, zaczęło się... 

Szukałam neroli wszędzie, chcąc objąć wreszcie ten zapach rozumem i przywołać tamte sycylijskie chwile. Możecie się śmiać do woli ze mnie, ja też sama podchodzę do tego zapachu pół żartem, pół serio, ale pierwszą fascynacją perfumową w temacie neroli był zapach z Avon: Today Tomorrow Always In Love, opisywany jako "Świeży bukiet tulipanów i kwiatów budelii, z esencją neroli, ozdobiony soczystością karamboli, doprawiony pieprzem i otulony ciepłym, zmysłowym akordem piżma i ambry!"




Obecnie jest to rarytas, zapach nie do zdobycia. Poluję na niego wszędzie, przerażona wizją reszteczek złotego płynu na dnie buteleczki. Używam go bardzo, bardzo oszczędnie, na ważniejsze okazje... Choć były czasy, gdy pachniałam nim codziennie. Ten różowy pieprz, neroli... Mój Mężczyzna też uwielbia ten zapach na mnie - od razu go rozpoznaje i jest on dla niego jasnym sygnałem, że dziś randka ;) To chyba o ten pieprz właśnie chodzi :)
Flakoniki również są przyjemne dla oczu - wyglądają trochę jak wielkie klejnoty.

O, nie, nie jest wcale słodki. Jest kwiatowy, zmysłowy, ultrakobiecy, z czasem ciepły, ale nie słodki. 
Uważam, że ta seria perfum to jedne z najlepszych, dostępnych w Avon. Są dopracowane, nie chlastają po nozdrzach przaśnym ogonem, nie denerwują obecnością jedynej słusznej nuty, obecnej w każdym innym zapachu Avon. Są to porządne, unikatowe, piękne zapachy, których nie wstyd nosić.

Przez wiele lat zresztą wydawało mi się, że tej swoistej, pieprznej przekorności w tym zapachu dodaje właśnie różowy pieprz... I pamiętam, że chodziłam po Douglasach i Sephorach prosząc ekspedientki aby poleciły mi perfumy z nutą pieprzu... Polecały, ale wszystkie te zapachy były mdłe. I po którymś takim zawodzie pojęłam, że pieprz daje w perfumach to miękkie ciepło, głębię, a nie ostrość czy szorstkość wręcz - to rola neroli, kwiatów pomarańczy.
Bo kwiaty pomarańczy nie pachną jak owoce pomarańczy. Nie mają w sobie nic z tej cytrusowej, słodkiej świeżości, więc osoby szukające tego mogą się na neroli nadziać. 




A potem przyszła Paloma. Kolejna moja, bardzo silna, fascynacja zapachowa, która trwa do dziś i raczej już mi tak zostanie. Pisałam o niej tutaj: KLIK!
I to jest Sycylia w płynie. Paczuli? Ylang-ylang, kolendra? Goździki, jaśmin...? Ja tam czuję  ciepły wieczór, rozświetlony lampionami przy lodziarni w Ragusie, czuję tam nawet te lody - czekoladowe z chilli - wyraźnie też wyczuwam niedwuznaczne propozycje Włocha patrzącego na nas z bezczelnym uśmiechem, nieuchronnie czuję też nadchodzącą moją, równie bezczelną, odpowiedź. Czuję drewniane okiennice, spłowiałe od słońca i ukwiecone setkami silnie pachnących kwiatów; palmy czuję i smutek, że pewnie nigdy tam nie wrócę. Nie mówcie mi więc o nutach zapachowych, dla mnie to jest na zawsze ten kłębek uczuć, smaków, widoków i emocji związanych z Sycylią. 




Kocham ten gwałtowny, ale swojski zapach i noszę go w takie dni, kiedy nosi mnie, muszę być aktywna, muszę załatwiać różne sprawy pomyślnie, muszę być głośna i przeć do przodu - ale nadal robić to wszystko z kocim wdziękiem i być w 9384% kobiecą.

Zużyłam już pięćdziesiątkę, Mikołaj ostatnio przyniósł mi setkę, jestem cała szczęśliwa :)
Flakon mi się nie podoba. Do dziś pamiętam swoją minę, gdy po raz pierwszy go wyjęłam z pudełka. Wygląda jak plastikowa, czarna wagina - śmiesznie, sztucznie i kompletnie bez sensu.

Gdzieś w tak zwanym międzyczasie przyplątały się do mnie te wszystkie zapachy arabskie. Przysłowie mówi, że gdy uczeń jest gotowy, pojawia się mistrz - w tym kontekście perfumy arabskie pojawiły się w moim życiu dokładnie w chwili, gdy byłam już otwarta na zapachy i głodna ich jak wilk. I dobrze, bo dla osób nie szukających nowych nut, nie oczekujących od zapachów niczego, poza tym aby były "miłe" i mało inwazyjne, perfumy arabskie... cóż, są śmierdzielami nie do zniesienia.
Ale w żadnych perfumach europejskich nie dostrzegam aż takiej magii przemiany, a jednocześnie trwałości, jak właśnie w perfumach arabskich. Trwałość zapachu na skórze - poza skalą europejską. I choć czuć od początku wszystkie nuty, one grają w czasie, raz ciszej, raz głośniej, dla mnie to jest jak muzyka, jak jazz - zresztą, przyrównywałam już któreś perfumy właśnie do muzyki Molvaera.




No i się zaczęło:  Ghroob, Khaliji, Twin Flower, Bent Al Ezz Hanah, Bloom ... Podlinkowane są do recenzji, co się będę powtarzać :)
Pełno mam tych buteleczek - zarówno odlewek jak i roll-onów. Ostatnio dołączyły do nich perfumy marki Nabeel od perfumerii Oudh&Musk, o których możecie poczytać na blogu. Używam tych wszystkich maleństw cały czas, codziennie sięgam po coś innego, a puste buteleczki po Ghroob, Hanah i Rashy rozświetlają mi ciemne dni :)



Mam też zawsze w torebce jakąś Sharinę, Galiję czy inną Noorę - chodzą ze mną na koncerty, na zakupy i do dziekanatu pomagać załatwiać różne superważne rzeczy. Gdzie się da rozsiewam zainteresowanie tymi perfumami, pokazuję, daję powąchać, opowiadam...



A najmocniej, najmocniej zaczarował mnie oud - nieuchwytny, tajemniczy, zmienny, hipnotyzujący, najdroższy składnik perfum na świecie. Wbił mnie w ziemię w zapachu Ghroob, do którego tęsknię bardzo mocno.
Od kiedy odkryłam jego magię, kupuję często w ciemno perfumy - zwłaszcza marki Rasasi - z "oudh" w nazwie. I często jest to zapach trafiony, często inny od moich ukochanych przestrzeni popierzonych neroli, ale... ja chyba już się nasyciłam i znalazłam ten jeden, a może dwa i trzy ukochane zapachy w tym temacie, dlatego teraz chętnie i odważnie odkrywam nowe światy oudu. 




W tym temacie warto zatrzymać się dłużej przy... no dobra, przy wielu zapachach, ale zatrzymam się przy jednym: Rasasi La Yuqawam Orchid Prairie, którego próbkę miałam kiedyś i zużyłam jeszcze dwie kolejne, zanim Mikołaj się zlitował i przytargał mi całą flachę :)

Poszłam kiedyś spryskana nimi na uczelnię i, lekko licząc, co druga osoba, z którą rozmawiałam, albo nawet nie - ale obok której stałam lub siedziałam, pytała co to za cudny zapach. Jest niesamowicie intensywny, ma zabójczą projekcję, zastosowany nieostrożnie i w nadmiarze, jest wyczuwalny na drugim końcu sali, a w windach zabija od razu.
Całkowicie wystarczy wejść w mgiełkę jednego naciśnięcia pompki, nie trzeba precyzyjnie spryskiwać nadgarstków,szyi, łokci... bo łatwo jest zostać uznanym za wariatkę z idiotycznie wielkim ogonem zapachu wlokącym się przez całe miasto. Poważnie mówię.
To znaczy, czasem fajnie jest sobie przesadzić i wlec faktycznie przez dzielnię ten absurdalnie gigantyczny ogon, ale, no, zostaliście uprzedzeni :)
Minął rok, od kiedy go dostałam - takie jest zużycie:




Uwielbiam go. Wydaje się dostojny, zdystansowany, chłodny, ale ma w sobie coś, co ciągnie, hipnotyzuje... to jest oud właśnie. Nie potrafię powiedzieć, jak ten składnik pachnie konkretnie, ale wyczuję go bezbłędnie zawsze. Choć, oczywiście, czarują mnie tutaj głównie te chłodne, fioletowe kwiaty, tak podobne do tego, co dzieje się w innym moim ulubieńcu - Twin Flower.
Szalenie podoba mi się ten flakon z ciemnofioletowego, matowego szkła, zapakowany w drewniane pudełko. Klasa.
Wyciągam go na ekstrasuperważne okazje. Bardzo rzadko bo myśl o tym, że go zabraknie jest bardzo bolesna. Czasami sobie go otwieram i wącham - takie zboczenie, no co.




Po tym zapachu nabrałam ogromnego respektu dla marki Rasasi. Zorientowałam się wówczas, że wiele moich arabskich ulubieńców pochodzi od tej marki. Nie do zdobycia w Polsce zapach Bent Al Ezz Hanah to również Rasasi wszakże. Cudne połączenie jaśminu, bergamotki i przypraw z miodem...

Zaczęłam kupować Rasasi w ciemno. Celuję w promocje i niezbyt drogie flaszki - i jak do tej pory, zadowolonam wielce. Bo przecież nie o to chodzi, żeby zdobyć n-tą flaszkę pachnącą w ulubiony sposób, podobną tym samym do setek innych już posiadanych. Otworzyłam się na zapachy bardzo i chętnie noszę przeróżne ich odcienie. W perfumach dla mnie staje się coraz ważniejsza sama magia przemiany, czyli to jak te perfumy grają, a nie jakimi instrumentami, choć, oczywiście, mam swoich ulubieńców.




W ten sposób stałam się posiadaczką dwóch flaszek Rasasi z "oudh" w nazwie, której reszty nie jestem w stanie przeczytać nie zająknąwszy się po drodze. Mowa o Khaltat Al Oud i Mukhallat Oudh Al Mubakhar.
Podlinkowałam je Wam do portalu Fragrantica i do Yasmeen, bo sama jeszcze o nich na blogu nie pisałam.
Nawiasem mówiąc, zainteresowanych pełną listą posiadanych przeze mnie zapachów, zapraszam do podglądania mnie na Fragrze: KLIK! :)




Khaltat Al Oud to Królowa Róża w drewnianej saunie :) Jest to pięknie podana, niezbyt słodka (nie konfiturowa!) róża na rozgrzanym, balsamicznym, drewnianym tle. Tylko dla fanów róży, bo dominuje ona w tym zapachu. Nie jest to pachnidło babcine, oooo nie. To elegancki, piękny, delikatny, ciepły, miękki i uroczy zapach uśmiechniętej i zadowolonej z siebie kobiety, kochającej i kochanej. 
Naprawdę, hołd składany róży przez nosy arabskie jest piękny, zupełnie inny od sposobu, w jaki my traktujemy tę nutę - albo przywalając ją toną sacharozy, od której aż zgrzyta w zębach, albo spychając ją pod babciną pachę.




Nosi się go bardzo przyjemnie, nie atakuje znienacka, ale płynie sobie w tle, ocieplając wizerunek, dodając kobiecości, miękkości. Nie męczy!  Lubię go bardzo, również za flakon - prosty, z brązowego szkła elegancki, zdobiony złoto, poręczny. 




W tym drugim - Mukhallaat Oudh Al Mubakhar też podobno jest róża. Podobno. Dla mnie jest to przede wszystkim świeży, rześki oud, zapach bardzo jasny i pozytywny. Dobrze mi się go nosi, ale pomyślałam ostatnio, że spokojnie mógłby być noszony również przez mężczyzn lubiących takie cierpko-świeżo-korzenne zapachy. Przez takiego mojego Mężczyznę, na ten przykład. Muszę go kiedyś sobie spryskać i powąchać, ciekawe...




Flaszka jest solidna i ładna, klasyczna. Ale tak sobie myślę, że po wyrzuceniu pudełka zostałam pozbawiona możliwości przypomnienia sobie nazwy tego zapachu - na szkle jest tylko napis po arabsku.
Perfumy te nie były drogie - Khaltat Al Oud kupiłam w zawrotnej cenie ok. 35 zł, ten drugi niewiele drożej. I są tozapachy ze zdecydowanie dużo wyższej półki cenowej. Rasasi to po prostu dobra marka jest, myślę że warto jej zaufać - mnie jeszcze nie zawiodła.


Nie chciałabym tutaj pisać o wszystkich perfumach, jakie posiadam, bo post można by wówczas wydrukować na dwóch rolkach papieru toaletowego, a i większego sensu by to nie miało. Jak wspomniałam - pełną listę posiadanych zapachów umieściłam ostatnio na Fragrze, więc zainteresowanych odsyłam tam. A jeśli - widząc, czym się spryskuję codziennie - zainteresuje Was któryś zapach, to piszcie. Tutaj albo na maila: galiszkiewicz@arsenic.pl




Ale, ale, na koniec wspomnieć muszę o zapachu, który bardzo, ale to bardzo starałam się oswoić... i chyba wywieszam białą flagę. Mowa, rzecz jasna, o Pani Walewskiej Gold od Miraculum.
Kupiłam ją... w Biedronce, myśląc sobie, że 25 zł to nie zbrodnia, a spróbować wreszcie klasyki polskiej trzeba. Nie było testera, ale wiedziałam, przeczytawszy wcześniej parę recenzji, że jaśmin



Ja jaśmin lubię, uwielbiam nawet w połączeniu z bergamotką - które to połączenie, wbrew wyobrażeniom o podduszającym futrze, bardzo eleganckie, beżowe, biurowe i formalne jest.
I nie wiedziałam o co chodzi, bo faktycznie jaśmin jest, jasny, pozytywny zapach jest... ale tak potwornie męczący jak zwariowana teściowa opowiadająca setny raz tę samą anegdotkę. Jak sznur pereł zaciskający się na szyi. 
Próbowałam więc starych sztuczek - metodę wchodzenia w mgiełkę zapachu, mieszania z innymi, bardziej charakternymi zapachami (Petitgrain i Bergamot od Balm Balm), nawet kupiłam buteleczki z atomizerem i - kropelka po kropelce - mieszałam nieznośną Walewską z olejkami eterycznymi próbując ją, i siebie też, ratować jakoś.

Wszystko zrozumiałam w chwili, gdy powąchałam olej arganowy perfumowany absolutem jaśminowym od Sklepu Maroko. Pisałam Wam o tym na FB. Otóż to jest zapach prawdziwego, świeżego jaśminu, jaki lubię - wraz z zielonymi listkami i słońcem nad nim. A Pani Walewska pachnie trochę sztucznie, trochę nie tak jak powinien jaśmin pachnieć. Może to ta wanilia? Kto przy zdrowych zmysłach dodaje wanilii do naturalnie, mdląco słodkiego jaśminu? Nie wiem. Może gdyby obiecywanej paczuli było tam więcej, zapach byłby uratowany... a tam do tego wszystkiego, jakby tego całego szczęścia za mało było, dowalono jeszcze piżmem, żeby mdłości trwały i trwały.




Próbowałam już Walewską Gold miksować z paczuli, pieprzem i..., niestety, limonką. Paczula i pieprz - bardzo spoko, ale limonka zepsuła absolutnie wszystko. Zapach stał się podwójnie męczący, jak gorsza wersja zwariowanej teściowej - jak matka zwariowanej teściowej, z kapeluszem ozdobionym przykurzoną, plastikową martwą naturą.


Planuję jeszcze spróbować zrobić wersję zieloną, tj. Panią Walewską zmiksować z olejkiem bazyliowym, rozmarynowym, może kroplą kardamonowego... Ale muszę najpierw zaopatrzyć się w olejki, bo ta cholera się nie ugina pod jedną czy dwiema kroplami.

Tak więc, sorry Walewska, nie wyszło nam.

Zresztą, żeby była jasność: to nie jest zły zapach. Jest całkiem przyjemny, jeśli ktoś lubi słodkawe, "białe" zapachy.
Co ciekawe, w internetach zapach ten opisywany jest obiecująco jako "orientalny", "ciężki" i kwiatowy. Ba, nawet na pudełku jest takie określenie:
































I to jest właśnie to. Ta różnica. Jak nam się wydaje, że Orient powinien pachnieć, czy też może jak byśmy chcieli aby pachniał, a jak pachnie rzeczywiście. Pani Walewska Gold z zapachami orientalnymi nie ma - w moim odczuciu - nic wspólnego. Ba, z tytułowym złotem też nie za bardzo, bo gdy przypomnę sobie Al Rehab Golden, w którym czuć było złoty piach, pot, słońce i lśniące złoto dzwoneczki u stóp tancerek, jak również złote monety rzucane im do tych stóp... Pani Walewska co najwyżej złotą ma rocznicę urodzin.

Aż mi się "Złoty" Closterkellera przypomniał. Posłuchajmy




Mam też całe pudełko "niespełnionych marzeń", czyli próbek :) Wśród nich jest Shalimar, Bottega Veneta Knot i inne zapachy, często wybierane przeze mnie tylko z uwagi na jedną, konkretną nutę.Lubię je sobie czasem ponosić, przypomnieć dlaczego chciałam je mieć... i poprzyciągać je do siebie :)


W mojej magicznej, pachnącej szafce jest też miejsce na wszystko inne, co pachnie - a więc na świece i woski zapachowe a także olejki zapachowe Craft'n'Beauty,Moim ulubieńcem, jak do tej pory, jest Daenerys, którego chętnie dodaję do mgiełek do włosów i kominka zapachowego. Od razu się uśmiecham po otwarciu tej szafki - bo pachnie pięknie, ten mój miks wszystkiego co ukochane.

Opowiedzcie mi o swoich ulubieńcach zapachowych, podzielcie się linkiem do profilu na Fragrantice, jeśli go macie.

Pozdrawiam ciepło
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger