Bon Bon od Bell Polska - nowa kolekcja w Biedronkach!


...no, już nie taka nowa, bo jest od początku lutego dostępna w sieci sklepów Biedronka. Ale kto jeszcze nie macał, niechaj sobie popatrzy u mnie. A jeśli ma odrobinę szczęścia, to może zgarnie zestaw pomadek i konturówek z tej kolekcji :)




Ale zanim do tego dotrzemy, zobaczmy co znalazło się w ślicznym, złotym pudełku. Gdyby nie wstążka z logo marki, mogłabym pomyśleć, że jakiś adorator przysłał mi czekoladki, tak uroczo to wygląda!
Kolekcja Bon Bon została wypuszczona z okazji lutowego święta zakochanych. Jest to limitowanka, więc jeśli coś Wam się szczególnie spodoba, radzę zrobić zapasy, bo to już nie wróci! Wszystko jest do kupienia w Biedronkach, mówi teoria. W praktyce bywa różnie. U mnie w szafie kosmetycznej widziałam już tylko lakiery... I właściwie nie dziwię się, bo kosmetyki są bardzo dobrej jakości i mają ciekawe kolory. Bell przyzwyczaił nas do dobrego poziomu.

W kolekcji znajdziemy:


...i ja ten puder skreśliłam od razu, widząc jego kolor. Niepotrzebnie. Zgodnie z obietnicami producenta, kosmetyk okazał się być transparentny, więc naprawdę dopasowuje się do każdego odcienia cery, nawet mojego. Co więcej, ma cudne, satynowe wykończenie, które tak sobie cenię w pudrach i podkładach. 
Nie matuje spektakularnie, więc sugeruję jednak najpierw zastosować mój wygładzacz: puder z efektem Photoshopa, aby utrzymać sebum w ryzach i wygładzić to i owo, a ten puder zabrać ze sobą do torebki na ewentualne poprawki. Pudrem w kamieniu jest zdecydowanie łatwiej pracować w terenie.



Rozświetlacz... jeśli ktoś jeszcze nie ma 5 rozświetlaczy w szufladzie, to z pewnością warto po niego sięgnąć. Ja z rozrzewnieniem wspominam rozświetlacze o nazwie, bodajże: "Perfect Strobing Highlighter", ponieważ... były małe. Miały opakowanie wielkości cienia do powiek. Fakt, nie były to wielokolorowe mozaiki, lecz pojedyńcze kolory, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Małe opakowanie było szalenie wygodne i kosmetyczka nie była wypchana tak, że się jej nie dało dopiąć, pomimo spakowania zaledwie podstawowych kosmetyków.



W tym rozświetlaczu wszystko gra - i zapach (najważniejszy! Od razu po rozpakowaniu powąchałam!), i kolory, i wykończenie, efekt. Wszystko jest super i wiem, że będę go używać, jeśli moja dłoń trafi akurat na niego w stosie innych rozświetlaczy z szuflady.
Przeszkadza mi jednak układ kolorów w tym zestawie. Złote, "ciepłe" kółeczko na środku jest nie do pominięcia pędzlem. Możecie uważać, że przesadzam, ale ten kolor wybija się na mojej skórze, gdy światło pada pod odpowiednim kątem. Dlatego raczej z zasady unikam takich odcieni, nigdy nie wyglądają na mnie dobrze.



Dlatego, jeśli chodzi o układ, najbardziej - jak do tej pory - podobały mi się mozaiki rozświetlaczy Multi Glow, z którejś limitki Bell. Tam ciepłe, złote odcienie były umiejscowione na jednym brzegu, a chłodne, różowawe - na drugim. Natomiast pośrodku znajdował się biały rozświetlacz. Dzięki temu rozwiązaniu można było omieść pędzlem tylko te kolory, które mi pasowały. A gdy miałam kaprys - można było też omieść i wymieszać wszystkie. 



Lakierów z tej kolekcji, przyznaję, jeszcze nie macałam. Mam świeże hybrydy w żywym, soczystym odcieniu, który mi bardzo poprawia humor i na razie nie mam ochoty tego zmieniać. Oczywiście wiem, że tę czerwień zużyję do końca - w końcu czerwień zawsze spoko. Ten rudzielec mieniący się na różowo wygląda ciekawie i pewnie dam mu szansę kilka razy. Ale ta pastelowa szarość opalizująca romantycznie na słodki róż... No, nie wiem. Jeśli macie ten lakier, pokażcie mi jak on się u Was prezentuje, bo jakoś siebie nie widzę w tej opcji.



Największą frajdę mam z tego błyskotkowego eyelinera. Wygląda bardzo niepozornie i obawiałam się, że to będzie takie biedactwo z kilkoma złotymi drobinkami na metr kwadratowy. Nałożyłam go jednak z ciekawości na mój standardowy dzienny makijaż (czarne smokey, nic wielkiego) i było głośne: "WOW!", było włażenie do lustra, były żenujące selfiki i radość. 
Glitter Bling Eyeliner daje taflę błysku, mieni się na złoto, srebrno, różowo, turkusowo i niebiesko, i da się nim wyrysować precyzyjną, lśniącą kreskę. A do tego się nie rozmazuje i nie sypie. Ekstra jest! Jeśli zobaczę go w którejś Biedronce, to na bank kupię zapas, bo używam go chętnie.
Jego czarny kolega też będzie zaprzęgnięty do roboty - w końcu klasyk. Tego się nie da spitolić.

No i przyszedł czas na matowe pomadki w kredce i konturówki w odpowiadających im kolorach.



Krótka piłka - to nie są moje kolory. Po prostu. Dlatego nawet ich nie maziałam, nie będzie "słoczyków". Postanowiłam więc, że zestaw trzech pomadek w kredce wraz z trzema konturówkami trafi do jednej osoby, którą wybiorę spośród komentujących tutaj, pod wpisem na blogu. Wysyłka na mój koszt, a bawimy się od teraz do końca wtorku, tj. 19 lutego 2019. W środę koło południa dam znać na moim Facebooku oraz Instagramie, kto zgarnie skarb :) 

Miłej zabawy!
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger