Pszczoły, ładne składy i zadowolone fibroblasty, czyli pielęgnacja z Francji wg marki Propolia


W perfumerii Yasmeen wraz z wiosną przybyło kilka nowych, bardzo ciekawych marek kosmetycznych, oferujących pielęgnację naturalną i do tego przyjemnie podaną. Pisałam Wam już o włoskich produktach do pielęgnacji włosów, a dzisiaj przyszedł czas na przyjrzenie się Propolii - kosmetykom opierającym swoje działanie o produkty pszczele z Francji.

Zobacz poprzedni wpis o kosmetykach z Włoch: Włosy made in Italy

Organiczne, francuskie kosmetyki Propolia to najwyższa jakość z południowej Francji. W swym bogatym naturalnym składzie wykorzystują zalety wielu ziół oraz produktów pszczelich: propolis, mleczko pszczele, miód, wosk pszczeli. Certyfikaty BIO i ECO CERT potwierdzają, ze kosmetyki te posiadają w swoim składzie elementy uzyskane wyłącznie z upraw ekologicznych.W moje ręce trafiły trzy produkty marki Propolia: serum odmładzające, żel do zmęczonych i wrażliwych stóp oraz żel pod prysznic. Niezły przekrój, można rzec: pielęgnacja od stóp do głowy ;)



I od tych stóp zacznę, bo Gel pieds sensibles okazał się być nie tylko produktem, który dzięki składnikom aktywnym przynosi ulgę zmęczonym nogom, ale też... całkiem niezłym dezodorantem. 
Ja z dezodorantami - tymi w aerozolu, a już do stóp zwłaszcza - jestem raczej na bakier, za najskuteczniejszy od lat uznaję perfumowany talk, który fenomenalnie sprawdza się w sezonie jesienno-zimowo-wczesnowiosennym. Ale... stóp przypudrowanych kokainą latem nie wypada pokazywać, więc sięgnęłam po ten żel. Jest do odświeżający, pięknie pachnący dezodorant w tubce.
Od razu wyjaśniam: konsystencję ma bardzo przyjazną, nie klei się i wchłania bardzo dobrze. Przy okazji też trochę nawilża skórę, choć w przypadku stóp nie ma zmiłuj - regularnie wykonywanego, kompletnego pedicure nie zastąpi żaden kosmetyk. 


Skład: hydrolat z kwiatów oczaru wirginijskiego, woda, alkohol, guma ksantanowa, wodorowęglan sodu, związki zapachowe, gliceryna, kit pszczeli, olejek cyprysowy, olejek lawendowy, olejek szałwiowy, olejek z drzewa herbacianego, olejek miętowy, olejek rozmarynowy, wyciąg z kwiatów arniki górskiej, kwas cytrynowy, sorbinian potasu, benzoesan sodu, kwas dehydrooctowy, alkohol benzylowy, dalej potencjalne alergeny występujące w kompozycji zapachowej i w olejkach eterycznych.

Już sam początek składu jest obiecujący - właściwości oczaru wirginijskiego na pierwszym miejscu oraz dodatek wyciągu z arniki górskiej gwarantują, że stopy poczują ulgę. Dzięki zawartym w nich flawonoidom składniki te wzmacniają i chronią ściany naczyń krwionośnych, a dodatkowo oczar jest także niezłym środkiem przeciwbakteryjnym. Właściwości dezynfekujące  są spotęgowane przez dodatek propolisu. Żel, jak wspomniałam, ma delikatne właściwości nawilżające, dzięki zawartości gliceryny, ale też i propolisu właśnie, który zawiera w sobie witaminy A, E i F, kondycjonujące skorę. 
Cały wachlarz olejków eterycznych o działaniu bakteriobójczym, grzybobójczym i ściągającym, a nawet wspomagającym gojenie skóry jest świetnym dodatkiem dla obolałych nog!
Żel ten jest swoistym 3w1 dla mnie, bo za jednym zamachem znosi ból i obrzęki, a nawet (olejki cyprysowy i lawendowy FTW!) pomaga walczyć z naczynkami i goi drobne ranki, do tego działa silnie antyseptycznie, do tego jeszcze ładnie pachnie (jeśli ktoś lubi lekko słodkie, lekko ziołowe, lecz nie apteczne, klimaty!) i trochę pomaga nawilżyć suchą skórę. Czyli w sumie 4w1 :)
To bardzo udany produkt, jestem z niego zadowolona i cieszę się, że trafił do mnie właśnie przed sezonem wiosenno-letnim, kiedy będzie mi najbardziej potrzebny.
75 tego żelu kosztuje 58 zł i dostępny jest TUTAJ.


Kolejny produkt wybrałam z myślą o tym, by zacząć lać na moją rękawicę Kessa coś bardziej wyrafinowanego niż Facelle z olejkiem eterycznym. No, nawet mnie się może znudzić, a ponadto nabrałam ochoty na coś z bogatszym składem. Ot, fanaberia :)
Żel jest gęsty, o miodowym kolorze i pachnie prze-o-błęd-nie migdałami. A przynajmniej tak intensywnie pachniał przy pierwszych użyciach, teraz trochę ta migdałowa inwazja zelżała i trochę tęsknię, a trochę się jednak z tego cieszę, bo na dłuższą metę mogłoby to być zbyt męczące.
Pieni się przyzwoicie, nie myślcie sobie! Że jak naturalny, to się nie pieni i w ogóle: błoto. W tym przypadku mamy do czynienia z przyjemnie gęstym, klarownym, złocistym, "bogatym" żelem. Mam poczucie, że nie jest to tylko woda zagęszczona gumą ksantanową, z dodatkiem barwników, aromatów i surfaktantów. Konsystencją przypomina nieco te moje samoróbkowe wynalazki, napakowane różnościami tak, że pod prysznicem się zastanawiam nieraz nad swoją inteligencją, patrząc jak te wszystkie składniki aktywne za gruby pieniądz spływają do kanalizacji... 


Skład: woda, łagodny, amfoteryczny surfaktant, hydrolat neroli, sok z aloesu, gliceryna, glukozyd laurylowy, glukozyd decylowy, miód, kwas cytrynowy, kompleks trzech łagodnych surfaktantów, monogliceryd kwasu oleinowego - emolient i emulgator, olej ze słodkich migdałów, olej z pestek moreli, hydrolizowane proteiny ryżowe, niejonowy surfaktant, betaina kokamidopropylowa, benzoesan sodu, sorbinian potasu.

Celowo użyłam słowa "surfaktant" na opisanie występujących w składzie detergentów, ponieważ uderzyła mnie informacja na etykiecie, iż produkt środków powierzchniowo czynnych nie zawiera, co w przypadku wodnego żelu pod prysznic byłoby ciekawostką. Nie zdziwiłaby mnie taka informacja zawarta na etykiecie np. oliwki hydrofilnej, ale tutaj coś myć musi i robią to, a jakże, surfaktanty, czyli środki powierzchniowo czynne, czyli detergenty. Rozumiem zamysł producenta (czy też dystrybutora marki) mający na celu pewnie uspokojenie klientów, iż w produkcie żadnego detergentu drażniącego nie ma - i nie ma, faktycznie. W składzie widzę same delikatne detergenty i moja skóra - skłonna do podrażnień i w stanie wojny z silniejszymi detergentami - również potwierdza, że jest to kraina łagodności. Do tego stopnia nawet, że mogę tego żelu używać również do higieny intymnej i stamtąd uśmiechnięte pozdrowienia także ślę. 
A teraz najważniejsze: czy czuć neroli? Nie czuć :) Zapach jest naturalny, po pierwszej bombie migdałowej, już tylko lekko tym migdałem zaciąga, czuć tam również inne zapachy - jakieś zioła, jakieś kwiaty, a także charakterystyczną woń niektórych składników. Nie jest to zapach intensywny, nie wyczuwam go później na skórze, więc nie gryzie się zbytnio z moimi perfumami.
Patrząc w skład pomyślałam teraz, że powinnam tego żelu wypróbować do mycia włosów. Miód, aloes, proteiny ryżowe, łagodne detergenty... Spróbuję! I dam znać na Facebooku i Instagramie jak się sprawdził w tej roli :)
200 ml tego żelu kosztuje 39 zł i można go kupić TUTAJ.


I na koniec zostawiłam sobie cudeńko o przepysznym składzie, którego używam ostatnio z prawdziwą przyjemnością. Jest to serum z kwasem hialuronowym, mleczkiem pszczelim i wyciągiem z wąkrotki azjatyckiej. Ten ostatni składnik bardzo często jest stosowany we różnego rodzaju produktach do kondycjonowania skóry dotkniętej cellulitem czy tej z problemem naczynkowym, a nawet z żylakami, ponieważ jest znany z z tego, że poprawia mikrokrążenie oraz wytrzymałość naczyń krwionośnych, oraz pobudza produkcję kolagenu. A przecież dokładnie takie działanie jest bardzo pożądane również w kosmetykach do twarzy i cieszę się, że coraz częściej widzę gotu kola w serach czy kremach pod oczy. Im człowiek starszy, tym bardziej docenia i dopieszcza swoje fibroblasty.


Skład: sok z aloesu, hydrolat szałwiowy, gliceryna, olej krokosza barwierskiego, olej sezamowy, trigliceryd kaprylowo-kaprynowy, mleczko pszczele, skwalan, woda, olej z owców dzikiej róży, puder bambusowy, olej ze słodkich migdałów, olej słonecznikowy, ekstrakt z kwiatów białej liii, wyciąg z pączków buku, wyciąg z wąkrotki azjatyckiej, hialuronian sodu, ekstrakt z buraka, tokoferole, hydrolat pomarańczowy, laurynian sacharozy (łagodny emulgator), miód, guma ksantanowa, hydrolizowana skrobia kukurydziana, kwas mlekowy, kwas anyżowy, kwas cytrynowy, związki zapachowe, sorbinian potasu, benzoesan sodu, kwas dehydrooctowy, alkohol benzylowy, dalej potencjalne alergeny występujące w kompozycji zapachowej i w olejkach eterycznych.

Zajrzawszy mu w skład odkryłam, że nie tylko wąkrotka azjatycka robi tam robotę. Mamy tutaj również fenomenalny wyciąg z białej lilii, o działaniu wybielającym i regenerującym skórę. Są też pysznie brzmiące pączki buku, składnik wielce obiecujący, który aktywizuje procesy odnowy skóry oraz poprawia metabolizm wykorzystując wysoki potencjał aktywnych substancji ukrytych w zarodkach tej rośliny. Dodatkowo fitohormony roślinne zawarte w ekstrakcie z pączków buka poprawiają elastyczność skóry powstrzymując działanie enzymów rozkładających włókna kolagenowe. Jest też mocno nawilżający ekstrakt z buraka oraz coś, co mnie zadziwiło w składzie serum: puder bambusowy. 
Co robi puder bambusowy w składzie serum? Zagadka wyjaśniła się już po pierwszej aplikacji specyfiku na skórę, która po wchłonięciu się produktu stała się wyraźnie gładsza. Otóż puder bambusowy to w zdecydowanej większości... krzemionka. Nasza kochana krzemionka, która wygładza, matuje, chowa zmarszczki i sprawia, że skóra wygląda jak po photoshopie. I to wszystko rzeczywiście widać na skórze po aplikacji tego serum! Pomysłowe, przyznaję. Dzięki temu dodatkowi serum nie tylko robi dobrze fibroblastom, ale też przygotowuje skórę na godne przyjęcie makijażu ;)
Serum ma konsystencję żółtawego, dość wodnistego mleczka, które sugeruję porządnie wstrząsnąć przed użyciem. Wchłania się u mnie (skóra sucha) właściwie do matu i nie klei się, choć widzę, że skóra lekko się po nim błyszczy. Nie przeszkadza mi to, bo zwykle na to i tak wędruje filtr przeciwsłoneczny, a jest to ta kategoria produktów, które w błyszczeniu się nie mają konkurencji. 
Jeśli chodzi o zapach - jest specyficzny i nie każdemu przypasuje, ponieważ związki zapachowe zostały użyte bardzo oszczędnie i dość wyraźnie czuć przede wszystkim charakterystyczną woń składników, głównie tych oleistych chyba. Mnie to nie przeszkadza, ale nie nastawiajcie się na cios syntetyczną liliją czy mdlącym miodem w nos, ani na jakikolwiek zupełnie od czapy dobrany zapach. 
30 ml tego serum kosztuje ok. 130 zł i można je będzie dostać TUTAJ gdy drogeria uzupełni zapasy ;)

Ściskam
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger