Rasasi Manal


Wiem, że lubicie (a przynajmniej niektórzy z Was) gdy opisuję perfumy. Pojawiają się komentarze, że dzięki moim opisom możecie niemal fizycznie poczuć, dotknąć, posmakować danego zapachu. Widzicie wówczas jego kolory, jego muzykę... 
...i często pobrzmiewa w tym taki trochę żal, że Wy tak nie umiecie, i że pewnie nie zechcę z Wami o tym pogadać, bo jestem gdzieś, hen, tysiące mil nad Wami, maluczkimi, co to piżmo od szafranu ledwo odróżniają. Albo i nawet to nie. 
I smutno mi wtedy, bo przecież ja po to właśnie Wam podsuwam co chwilę te zapachy, żeby o nich pogadać. Celowo nie mainstreamowe, żeby tym bardziej zbodźcować wyobraźnię, a nie rozsmarować się na wygodnej kanapie tego, co nam już marketing wraz z danym flakonem sprzedał. A wszystkich nadal jeszcze wierzących w to, że ja jestem jakimś znawcą olfaktorycznym (ale sobie właśnie kopię dołek, łohohoho!! Brawo, Ola.) pragnę uspokoić: widzieliście moje początki z perfumami, bo wszystko radośnie opisałam na blogu, a te moje barwne opisy to nic innego jak kompletny brak umiejętności rozróżnienia piżma od szafranu :D :D Nie, no dobra, powiedzmy: róży damasceńskiej od stulistnej. Ubieram w obrazy, dźwięki, kolory i faktury zapach, którego w inny sposób nie jestem w stanie po prostu opisać. 

Zobacz więcej tematów o perfumach na moim blogu: KLIKNIJ TUTAJ


Z zapachem Manal od Rasasi mam niezły problem, chcąc go opisać. Pomijam już to, że wybierając perfumy w ciemno jeszcze długo po ich otrzymaniu brzmią we mnie emocje, takie chóralne, wysokie C, barwiące mój odbiór zapachu, dodające mu atrakcyjności. Po jakimś czasie - gdy te emocje już nieco opadną - zaczynam dostrzegać, iż dany zapach w istocie jest zupełnie zwyczajną, dajmy na to, wanilią. Albo mało odkrywczym jaśminem, podczas gdy ja, cała w euforii, dostrzegałam tam cuda-niewidy. Dlatego warto dać zapachowi - czy też sobie samemu - czas, dużo czasu. W moim przypadku często oznacza to długie tygodnie oswajania. Ale to pomijam, bo ten konkretny zapach jest niezwykle zmienny, tak po prostu, sam z siebie.
Rzecz jasna, wybrałam go w ciemno, po opisach, które obiecywały szafran, nuty drzewne, bergamotkę... Swoim zwyczajem, zupełnie pominęłam wzrokiem jaśmin, słodki wiciokrzew oraz różę, powtórzoną w spisie nut na Fragrze aż dwukrotnie. Ja się chyba już nie zmienię. Dostałam, oczywiście, dość słodkie perfumy z lekko, cichuteńko pobrzmiewającymi w tle ciepłymi nutami drzewnymi, w których pierwsze skrzypce od początku do samego końca gra róża. 

Lubię różę podaną w orientalny sposób, więc absolutnie nie mogę powiedzieć, iż perfumy te są jakimś wielkim rozczarowaniem... takim tylko minimalnym, bo jednak marzyłam o szafranie, drewnie i ocieplającym wszystko, złotym bursztynie. Jest słodko, ale i trochę charakternie, więc nie marudzę. Czasem sobie człowiek zapoda różyczkę. 
I z takim nastawieniem, dnia następnego, sobie więc tę różyczkę zapodaję dołokciowo, dopępkowo i po czubek kokardki, i co czuję? Roztopiony plastik. Nie, to nie był upalny dzień, perfum nie pocierałam, nie jadłam też nic podejrzanego, hormony we względnej normie, nastroje te same, nie rozumiem. Prawdopodobnie chodzi o ilość. Kiedyś miałam podobną sytuację z Twin Flower od Al Haramain - ale ten, zapodany w nadmiarze, stawał się nieprzyjaźnie zimny, owszem, lecz wciąż ciekawy i noszalny. W przypadku nadmiaru Manal kontrowersje są większe - woń rozgrzanego, roztopionego na ultrasłodko plastiku to, nazwijmy to, ciekawy wybór dla osoby konsekwentnie, od lat, unikającej perfum drogeryjnych właśnie z powodu ich podobieństwa (w większości przypadków) do zapachu roztopionego na ultrasłodko plastiku. 


Cóż, trzeba po prostu uważać z ilością w trakcie aplikacji - jak zresztą ze wszystkimi perfumami. W przypadku tych w postaci olejku jednak warto zawsze trzymać się zasady: kropla na nadgarstki i reszta z aplikatora na kark. Uwierzcie, że to już czuć bardzo i większe ilości mogą po prostu przeszkadzać innym. 
Tak jak w przypadku wszystkich innych moich perfum w olejku, również i te są nieziemsko trwałe. Kąpiel, prysznic, siłownia, basen, ponowny prysznic...? To nic, nadgarstki nadal pachną różosandałem :) Są też tak samo wydajne i intensywne, więc taki flakon to zaspokojenie zapotrzebowania na różę na jakieś... kilka lat normalnego użytkowania.
Flakon ma ciekawy kształt, który - co bardziej robaczywym umysłom - w połączeniu z sugestią zawartą w nazwie perfum, może przywodzić na myśl nieprzyzwoite skojarzenia. Ale zostawmy to. Szkło jest matowe, szczegóły dopracowane a sam zapach bardzo dobrej jakości - jak to w Rasasi. Flakon stoi na plastikowej podstawce, z której można go wyjąć, a całość jest zamykana plastikową osłonką, dzięki której nic się nie kurzy i może ozdabiać toaletkę latami. Podoba mi się to, choć moja wewnętrzna hrabina pewnie wolałaby, aby osłonka była wykonana ze szkła. Ba! Z kryształu! :P Ale w tej cenie? Absolutnie nie narzekam. Flakon o pojemności aż 20 ml kosztuje 78 zł (KLIK!) i nie ma się co zastanawiać, jeśli lubicie różę orientalną, dość słodką.
Zaskoczyła mnie czyjaś opinia, opublikowana na stronie tych perfum w Yasmeen, że zapach jest "męski". Sama raczej nie podążam za takimi podziałami, ale rozumiem skąd one mogą wynikać - jednak w tym przypadku, no, nie rozumiem. Zapach jest słodki, różano-drzewno-orientalny, ale dość miękki i ciepły. Nie wyczuwam w nim - niestety - nic z zarzucanej mu tam ostrości. Prawdopodobnie chodzi o to, że - jak wszystkie arabskie perfumy w olejku - są bardzo zdecydowane, skoncentrowane i intensywne, ale wszystko jest kwestią aplikacji. Tak czy owak - choć wiem, że na pewno ten zapach spodobałby się niejednemu panu, ja go widzę raczej na kobietach. To moja osobista opinia, nie bezdyskusyjny fakt. Zwyczajnie nie znoszę słodkiej róży na mężczyznach.

Ściskam
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger