Gosh 005 To Party in London - paletka 9 metalicznych cieni. Swatche i pierwsze wrażenia.


Markę Gosh miałam okazję lepiej poznać dzięki naszym spotkaniom Secrets of Beauty, organizowanym przez Michała. Gosh gości na nich często (zawsze?) i zwykle dostajemy coś fajnego do pobawienia się w domu. Tym razem miałam wielkie szczęście zdobyć paletkę dziewięciu metalicznych cieni, która jest zaskakująco "noszalna", a określenie "metaliczne" być może zupełnie niepotrzebnie dystansuje osoby preferujące naturalny efekt w makijażu.
Dlaczego? Bo - w moim odczuciu - poza łamiącym mi serce żółtym, wpadającym w odcienie karotenowe, złotem (w samym środku paletki), cała paletka 005 To Party in London utrzymana jest w bardzo stonowanej i "swojskiej" kolorystyce. 



Dodatkowo, choć niektóre cienie rzeczywiście dają metaliczny efekt, to jednak nie wszystkie w równym stopniu. Da się je nosić w dziennych makijażach. Te jaśniejsze odcienie znam choćby z Kolorowki - nawet mogłabym nazwać pigmenty użyte do stworzenia tych cieni ;) Jeśli więc ktoś nie lubi sypkich pigmentów, a kocha efekt jaki dają, to zapraszam do obejrzenia słoczyków :)
Zacznę właśnie od tych najjaśniejszych odcieni. Są one jednocześnie najmocniej błyszczącymi cieniami w całej paletce, ale, co ważne, dają efekt metalicznej tafli taki jak pigmenty mineralne, nie są brokatowe! Swatche wykonywałam na suchej skórze, bez użycia jakiejkolwiek bazy.


Cienie nie posiadają własnych nazw i trochę szkoda, łatwiej byłoby się komunikować i polecać sobie odcienie z konkretnych palet. Cóż, zaczęłam od lewej dolnej strony paletki, od cienia w kolorze bardzo, ale to bardzo jasnego i chłodnego beżu. Przypomina mi któryś pigment z Kolorowki, ale nie jestem w stanie go zlokalizować w pamięci. Może Wy wiecie? To już prawie biała perła, ale to "prawie" czyni go bardziej stonowanym i właśnie możliwym do noszenia na co dzień, na całej powiece. Piękny, chłodny, rozświetlający odcień.



Nad nim znajduje się cień rozświetlający w cieplejszym odcieniu. To bardzo jasne i delikatne złotko przypomina mi pigment Chmpagne, choć tamten wydaje się być gładszy, drobniej zmielony. Ten cień daje mocniej lśniący efekt. Bardzo lubię takie jasne, chłodne odcienie złota. Dają w makijażu bardzo naturalny, niewymuszony efekt "bogactwa od niechcenia" ;) Niby jest złoto, ale bardzo eleganckie i stonowane.




Wyżej znajduje się cień, który roboczo nazwałam "Ivory Lace na sterydach", bo rzeczywiście kolorystycznie bardzo przypomina ten pigment. Podobnie jednak jak poprzednik, daje bardziej metaliczny, błyszczący efekt tafli. Jest to jaśniutki, bardzo rozbielony róż. Istne niewiniątko.


W środkowej kolumnie w paletce, na samym dole mamy pięknie przygaszony kolor granatu, którego wykończenie nie daje już aż takiej tafli jak jego to ma miejsce u jego jaśniejszych poprzedników. Po roztarciu na skórze pozostaje grafitowy dymek z nielicznymi, granatowymi i fioletowymi drobinami. Wiem, że niektórzy będą szukali podobieństwa do pigmentu Blackstar Blue, ale nie. Nie, zupełnie nie. 




Nad tym dymnym granatem znajduje się jedyny cień w całej paletce, którego nijak nie będę w stanie używać na sobie. Mowa o żółtym złocie, wpadającym w tony miedziane. Cień ma bombastyczne-metaliczne wykończenie i soczysty kolor. Wygląda nieco jak miks pigmentów Amber i Copper Fine. Na sterydach :)



Nad tym złotkiem znajduje się cień, na który na pewno zwrócą uwagę wszyscy fani Ateny i koloru marsala w ogóle. Choć, nawiasem mówiąc, pigment Atena daje bardziej transparentny, subtelniejszy efekt na skórze. Na tle pozostałych cieni z paletki, ten wydaje się być zdecydowanie mniej metaliczny, niemalże matowy. Bardzo łatwo jest go sobie wyobrazić w makijażu codziennym, takim do Biedronki, prawda? Nie wiem, czy ten słabszy efekt błysku metalicznego był zamierzony przez producentów - bo nie zawsze się da wydobyć ten blask z każdego pigmentu - ale to dobre posunięcie, aby w paletce cieni metalicznych znalazło się kilka cieni dających bardziej stonowany efekt. I w dobrych odcieniach. 



W trzeciej kolumnie na dole - czyli w prawym, dolnym rogu paletki - znajduje się odcień ni to chłodnego brązu, ni to taupe, ni szarości. Świetny kolor, szukałam takiego do swoich szybkich, codziennych makijaży, kiedy to cień wklepuję palcem w bazę i z grubsza rozcieram, jednocześnie drugą ręką już tuszując rzęsy ;) Co najważniejsze - to, owszem, jest cień metaliczny, gdy zaaplikuje się go więcej i na bazę. Ale po roztarciu - spójrzcie tylko. Piękny, szarawo-brązowawo-fioletowawy dymek. Niczego więcej mi nie trzeba. 


Powyżej mamy w paletce odcień dość chłodnego brązu (w paletce prezentuje się jako zdecydowanie cieplejszy brąz!), który jest już niemal zupełnie matowy. No, satynowy. No ok, jest satynowy na suchej skórze. Na bazie już błyszczy mocniej, ale nadal - nie nazwałabym go metalicznym i spokojnie można nim wykonać piękne, matowe, brązowe smokey, do którego dołożymy metaliczne akcenty z pozostałych cieni w paletce. Bardzo przypomina mi pigment Moon Stone - ten cień wydaje się być jego starszym, ciemniejszym i bardziej brązowym bratem. 



Ostatni cień, w prawym górnym rogu paletki, to prawdziwe cacko. Jest to bardzo ciemny i jednocześnie chłodny - taki z pogranicza z fioletem - odcień brązu. Zaaplikowany w większej ilości na bazę jest mocno błyszczący, tworzy taflę niemalże metalicznej "prawie-oberżyny". Jednak roztarty tworzy na skórze brązowawy dymek, dzięki czemu z powodzeniem można tylko tym jednym cieniem wykonać całe smokey, które będzie wyglądało na znacznie bardziej skomplikowane. Ten cień przypomina mi nieco pigment Blackstar Red, który jednak nie ma w bazie tego brązu, jest raczej podbity czystą czernią, co daje jeszcze chłodniejszy, bardziej wyrazisty efekt.



Kolorystyka tej konkretnej paletki - 005 To Party in London - jest bardzo spójna i zdecydowanie warta drugiej szansy. Otworzywszy ją po raz pierwszy trochę się skrzywiłam, bo mój wzrok padł na to hipnotyzujące żółtko w samym środku, w dodatku otoczone brązami, które wydają się w paletce być znacznie cieplejszymi odcieniami, niż to się prezentuje na skórze. Obawiałam się, że sobie nie poużywam, bo w ciepłych odcieniach na powiekach wyglądam jakbym cierpiała na jakieś uczulenie. Ale jest dobrze. Znalazłam tutaj kolory zaskakująco swojskie, dobrze mi znane z pigmentów, których używam już od lat. A także takie, o których myślałam i marzyłam, ale jakoś... jeszcze ich sobie nie ukręciłam z pigmentów ;) 

Żółtko najchętniej bym komuś oddała, bo wiem, że nie będę go używać. Nie widzę dla niego opcji u siebie, choć pozostałe cienie dookoła niego mają wielką szansę zostać pierwszymi w moim życiu zdenkowanymi w całości cieniami do powiek. 


Jeszcze kilka słów o samej teksturze cieni. Żeby było jasne - nie wynika ona w zupełności z użytych pigmentów, choć to na pewno ma ogromny wpływ nie tylko na kolor, ale i na samo wykończenie cienia, na jego, właśnie, teksturę. 
Za fakt, że cienie są miękkie, ale ładnie "chwytają" się nawet zupełnie przesuszonej skóry dłoni, oraz, że w ogóle udało się je sprasować i nie kruszą się (kto próbował prasować czyste perłowe miki, ten wie), odpowiadają jednak inne surowce użyte do produkcji cieni: silikony i emolienty, np. stearynian stearoilowy oktylododecylu, triethylhexanoin, tetraizostearynian pentaerytrytolu i inne tego typu kwiatki o nazwach rodem z filmu post apo. Pigmenty z Kolorowki, które Wam podlinkowałam w tym poście same z siebie też ładnie trzymają się skóry, a już skóry z bazą na mur-beton, ale trudno jest je sprasować i nieraz ten metaliczny efekt tafli się rozmywa. Ta paletka - i inne palety z tej kolekcji Gosh - wydaje mi się być taką alternatywą dla tych, którzy lubią efekt, jaki dają pigmenty mineralne, ale z jakiegoś powodu nie lubią cieni sypkich.

Ściskam
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger