Muzyka, światło, i zapach. Ulubieńcy w lutym 2017


Tradycją już jest, że wszelkie posty o ulubieńcach zaczynam od znajomego: "dawno już u mnie nie było sensownego zestawienia ulubieńców...". Bo zwykle nie jest to u mnie akcją cykliczną a sporadyczną, choć zauważam, że lubię o ulubieńcach pisać w miesiącach ciemnych i krótkich dni - na poprawę nastroju :)

Nie liczcie więc na to, że za miesiąc pojawi się kolejny taki post, z "marzec" w tytule. Za miesiąc już będę planowała pierwsze grille i szukała wiosny po lesie a nie zastanawiała się nad tym, która z otaczających mnie rzeczy cieszy mnie najbardziej.



Dobra! Koniec filozofowania! A skoro o świetle i krótkich dniach mowa, zaczniemy od moich ulubionych, wieczornych rozweselaczy - od lampionów z Polskich Świec, a konkretniej od wielkiego, krwawego księżyca w pełni, który - jak zupełnie nic innego - buduje fantastyczny klimacior wieczorami. Uwielbiam to spokojne, przytłumione, ciepłe światło jakie daje i cieszę się, że okazał się być produktem bardzo trwałym i niepodatnym na niszczenie. Ma już parę lat a nadal wygląda pięknie. O innych moich ulubieńcach tej marki pisałam w tym poście: KLIK!

Zapachem, który zdecydowanie zdominował ostatnie, zimne i ciemne, miesiące jest Nashwah od Rasasi. Jest jak relaks wczesnym, zimowym wieczorem w bujanym fotelu pod kocykiem. Pod jedną ręką wielki kubas mocnego czaju z przyprawami i talerz z ciasteczkami, w drugiej ręce fajka nabita aromatycznym tytoniem, jest mięciutko, przytulnie, ciepło, bezpiecznie i buja. 



Nie do końca rozumiem fenomen tego zapachu - może jest tak lubiany (połowa znanej grupy perfumeryjnej na FB ma już ten flakon!) po części dlatego, że się wzajemnie na niego nakręcamy? Sam zapach nie jest łatwy, to potężny cios dymem i mokrym tytoniem w pierwszych 30 sekundach. Potem jest łagodniej, wręcz waniliowo i bardzo otulająco, ale jednak nadal jest kontrowersyjnie i dość mocno. Ja takie klimaty uwielbiam, noszę go często, pryskam nim też swojego Mężczyznę i, cóż, bardzo się z niego cieszę. Na pewno jeszcze przez wiele lat będzie miłym wspomnieniem tego sezonu jesienno-zimowego. Pisałam o nim TUTAJ.



Z ulubieńców kosmetycznych na pierwszym miejscu muszę wymienić matowe pomadki z Bell i Golden Rose, dzięki którym znów noszę wyraziste, mocno podkreślone usta. O matowcach z Bell pisałam tutaj: KLIK! natomiast jedną, jedyną pomadkę z Golden Rose dorwałam idąc za ciosem gdy buszowałam po sklepie Ladymakeup. Jest to kolor 05, czyli klimaty bardzo jagodowe, choć na niektórych zdjęciach może wydawać się jaśniejsza. Zdecydowanie jednak nie jest to fuksja i cieszy mnie to, bo pomadek w tym kolorze mam już stanowczo zbyt wiele. Choć, jak się nad tym zastanowię, to jest realna szansa, że zużyję wszystkie w tym tempie ;)



Dlaczego pomadki matowe? Pomijając samą modę na tego typu produkty, lubię w nich trwałość i odporność na rozmazywanie. Z ręką na sercu - pomadki Bell na moich ustach przetrwały cały dzień, w tym pizzę i piwo, skończywszy całkiem znośnie, jedynie z "wyjedzonym" środkiem. Wystarczyło lekko to uzupełnić i naprawdę wyglądają dobrze. Wielkim atutem jest lekka formuła, dzięki której w ogóle nie czuję produktu na ustach - choć w przypadku Golden Rose wydaje mi się, że już tak gładko nie jest. Najważniejsze jednak dla mnie jest to, że po pomalowaniu ust ich kontury nigdy się nie rozmazują. Wyjedzony środek to mały miki. 
Jagodowa pomadka z Golden Rose jest naprawdę jagodowa. 



To piękny, żywy, nasycony kolor, genialnie wpisujący się w moją potrzebę noszenia mocno podkreślonych ust. Polecam przed makijażem lekko wypeelingować usta i porządnie je nawilżyć, a tuż przed pomalowaniem ich matową pomadką - zetrzeć nadmiar pomadki ochronnej czy wazeliny. Na tak przygotowanych ustach wszystkie matowe pomadki prezentują się znacznie lepiej. 



Aplikator jest bardzo wygodny, nie za miękki. Pozwala bardzo dokładnie wyrysować kształt bez nieestetycznego "smużenia" na krawędziach, a jednocześnie - szerszym bokiem - jednym ruchem wypełnić usta kolorem. 
Swój egzemplarz mam ze sklepu Ladymakeup i ta pomadka kosztuje niecałe 20 zł. Podsumowując: czerwienie mam, ostry róż i fiolet mam, ale coś czuję, że na tym się nie skończy ;) Matowe pomadki w płynie bardzo mi podeszły, w zasadzie wypierając inne pomadki.

W kategorii pielęgnacyjnej wygrywa nie konkretny produkt a cały rodzaj, którego używam bardzo chętnie w zasadzie w każdej postaci. Pisałam Wam już wielokrotnie o peelingach enzymatycznych, jak i o samej bromelainie, którą również nadal niekiedy stosuję. 



Trudno jest mi wybrać jeden konkretny peeling enzymatyczny, który lubię najbardziej - zarówno Ziaja jak i Norel mają bardzo dobre te produkty. Ale niewątpliwie ten od Sylveco wysuwa się na prowadzenie. Wszystko dzięki swojej unikatowej, olejowej formule, którą bardzo lubię. Rozpisywałam się o nim bardziej szczegółowo w tym poście: KLIK!
Zdecydowanie spróbuję zrobić podobny gdy ten mi się skończy. A propos - wydajność tego peelingu jest naprawdę godna podziwu. Pisałam o nim w grudniu po kilku użyciach, dzisiaj do niego zajrzałam i jest jeszcze całkiem spora porcja. Dodam, że używam go nie tylko na twarz, ale również na szyję i dekolt.



Spośród samoróbek najczęściej ostatnio wracam do wszelkich olejowych formuł, co ma związek z moim potwornym przesuszem skóry. Codziennie zmywam makijaż oliwką hydrofilową, na noc zwykle też aplikuję albo serum Biolaven z dodatkiem wit. C, albo jakiś inny superolej, zaś moje włosy bez solidnej dawki oleju kokosowego przed umyciem nie nadają się do pokazywania ludziom. Są tak suche, że się skręciły w pierścionki i często się puszą. Natomiast do mycia najchętniej używam mojej prostej "receptury" na kremowy żel pod prysznic. Jest to tak proste do zrobienia, że nawet nie włączam w to myślenia - ot, kończy się, więc mieszam Facelle z oliwką hydrofilową, wstrząsam i gotowe. Komfort mycia suchej skóry taką emulsją jest znacznie lepszy. 



Gadżetem, który za każdym razem wywołuje mój uśmiech a jednocześnie robi, co ma robić jest ostatnio... pęseta. Ale nie byle jaka! Jest to czerwona pęseta-papuga :D Cudeńko. Nie tylko wygląda, ale jest też wykonana bardzo porządnie i bez problemu wychwytuje nawet najdrobniejsze włoski. W sklepie Ladymakeup jest dostępnych kilka wariantów kolorystycznych tej papugi, droga nie jest, więc dorzuciłam ją do paczki ;) I jestem z niej bardzo zadowolona. 

Wiem, doczekać się już nie możecie moich ulubieńców muzycznych :D 
Muzykę, która towarzyszy mi od jakiegoś czasu stale, tworzą Francuzi. Tak się złożyło. Trzy zespoły blackmetalowe, każdy nieco inny, wszystkie smakowite. Oczywiście, jeśli ktoś takie post-doom tudzież black klimaty w ogóle akceptuje. 
The Great Old Ones właśnie wydało nową płytę, EOD: A Tale of Dark Legacy. Dwóch poprzednich słucham z zapartym tchem. Dawno nie spotkałam się z blackiem tak dopracowanym i wyważonym jak świetne ostrze spod ręki mistrza, a jednocześnie tak klimatycznym i, kurna, pod nóżkie ;)
Fani macek powinni być zadowoleni. 
Iä! Iä! Cthulhu fhtagn!



Nieco inny klimat buduje C R O W N - to już bardziej sludge/doom niż cokolwiek innego. Prosta konstrukcja, idealna do samochodu lub do pisania postów ;) Mało wiem o samym zespole, poza tym, że jest to od niedawna trio (płyty Psychurgy i Natron nagrane zostały w duecie) i momentami czuję wyraźnie inspirację Godflesh w ich dźwiękach. 


Grzebiąc w odmętach internetów (a głównie Metal trackera, Lastfm i sondując znajomego, również słuchającego takich rzeczy) w poszukiwaniu czegoś jeszcze bardziej ekstremalnie ambientowego a przy tym blackmetalowego, trafiłam nie po raz pierwszy na Blut Aus Nord. I okazało się, że tym razem dojrzałam do przesłuchania tego. Was absolutnie nie zmuszam. 




Zespół wydał w ciul i ciut ciut płyt. Dyskografia opiewa na dwucyfrową liczbę i ja nie przesłuchałam nawet połowy, bo zawiesiłam się na trylogii 777, czyli "777 Sect(s)", "777 - The Desanctification" oraz (najlepsza wg mnie) "777 - Cosmosophy". 
Założyciel zespołu (oraz jedyny niezmienny jego członek... reszta jest z "doskoku"), niejaki
Vindsval wypowiada się na temat swojego projektu w przeuroczy sposób:


"Blut Aus Nord jest konceptem artystycznym. Żeby istnieć, nie potrzebujemy należeć do jakiejś określonej kategorii ludzi. Jeśli black metal jest tylko tym wywrotowym uczuciem, a nie podstawowym muzycznym stylem, to Blut Aus Nord rzeczywiście jest przedstawicielem black metalu. Ale jeśli musimy być porównywani do tych wszystkich dziecinnych, satanistycznych klaunów, proszę, pozwólcie nam pracować poza granicami tego patetycznego cyrku. Ta forma sztuki zasługuje na coś więcej, niż te mierne kapele i ich stara muzyka, skomponowana na dziesięć lat przed nimi przez kogoś innego."


I ja jego zdanie podzielam. Muzyka, której szukam, i którą lubię potrzebuje czasu aby zakiełkować. Z Blut Aus Nord spotkałam się pierwszy raz wiele lat temu - ale wówczas miałam fazę na inne dźwięki i nawet nie zgłębiałam tematu. Teraz, szukając ekstremalnie ambientowych "bleków", nazwa zespołu wypłynęła mi z czeluści pamięci jako oczywisty, pierwszy wybór.
Francuzi mają jakiś specyficzny gen, dzięki któremu tworzą niesamowicie atmosferyczną, spójną i niepokojącą muzykę. A mówi się, że to północna Europa przoduje w tym gatunku...


Ściskam
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger