Nowe filtry przeciwsłoneczne, w tym dwa produkty z Czech


Będąc na Brutal Assault w tym roku nie dało się uniknąć prażącego słońca. Cała zieleń wyschła, jedynym ratunkiem  była rzeczka płynąca nieopodal festiwalu, która dawała odrobinę ochłody, ale nawet tam słońce smażyło nas niemiłosiernie. Na własne oczy byłam świadkiem scenki, która wielce mnie wzruszyła - wielki, umięśniony, włochaty brodacz w czarnej koszulce z bliżej niezidentyfikowanym logo podszedł do jakiejś laski na festiwalu i zapytał czy nie ma ona przypadkiem w torebce jakiegoś kremu z filtrem. Biedak był już spalony na czarną dziką czerwień.
Skoro więc nie udało mi się przywieźć z Brutala gustownych majtasów z napisem "Brutal Ass", pozostało mi w ramach pamiątki kupić sobie coś, co z pewnością mi się przyda i zużyję - a więc właśnie kremy z filtrem.
Wielkiego wyboru, niestety, nie miałam. W miasteczku, w którym odbywał się festiwal trudno było o jakąkolwiek drogerię, więc buszowałam po czeskim Tesco, mając zresztą z tego niezły ubaw, gdy próbowałam odcyfrować napisy na opakowaniach.
Nie spodziewam się jednak, aby filtry wybrane przeze mnie były bardziej pro czy ąę niż... cóż, niż filtry, które można dostać w polskim Tesco. Ot, kremy z masówki. 


Nie znam tych firm, nigdy nie miałam styczności z nimi w jakikolwiek sposób, ale wierzcie mi, błogosławiłam dzień, w którym zaczęłam czytać składy kosmetyków. Opisy na opakowaniach niewiele mi mówiły - zaś po składach doszłam jak po nitce do kłębka.
Nawiasem mówiąc, tych składów Wam na razie nie podam - są to zupełne świeżynki w mojej łazience, chciałabym ich trochę dłużej poużywać, sprawdzić czy dają radę na słońcu, zanim napiszę o nich (być może, a może i nie, zobaczymy!) w corocznym podsumowaniu ochrony przeciwsłonecznej.
Jeśli nie będzie o czym pisać, jeśli nie zasłużą na znalezienie się wśród faworytów chroniących mnie w tym roku - to po cóż i roztrząsać ich skład? ;)

Niemniej, właśnie jedna cecha składu obu tych czeskich kremów zasługuje na wzmiankę - o ile się nie mylę, w obu bowiem nie ma dwutlenku tytanu. Dzięki temu oba kremy nie bielą tak niemiłosiernie jak robią to pozostałe kosmetyki z tej kategorii, ale też i pewnie chronią słabiej.
Za oba opakowania zapłaciłam coś ok. 30 zł.
Ciekawa ich jestem bardzo, zmacałam już oba i wiem jedno - testowanie czegokolwiek w tak dusznym, prażącym upale mija się z celem. Wygrywa kapelusz i tyle w temacie.


Z Czech wracaliśmy przez Katowice, gdzie zahaczyliśmy o galerię. A tam, jakżeby inaczej, kupiłam kolejne filtry. Zdaje się zresztą, że to są w ogóle jakieś nowości, bo ich nie kojarzę. Mowa o Bielendzie i Farmonie (oooch, pachnie przepięknie malinami! Chyba nawet wiem od jakiego producenta jest ten zapach, bardzo dobra jakość, nie jełczeje, nie ma chemicznej woni!), które już troszeczkę bielą i nie mają tak lekkiej konsystencji jak ich czescy koledzy.

Za oba zapłaciłam 20,79 zł i jeszcze w gratisie dostałam pomadkę ochronną do ust, z SPF 10 od Farmony. Fajnie, lubię i cieszę się, że wreszcie ta rodzina kosmetyków zaczyna mieć coraz normalniejsze, przystępniejsze ceny. 

Tak więc przez najbliższe miesiące chronię się tymi produktami. Przypuszczam, że tradycyjnie, po wakacjach, a więc koło września/października, tradycyjnie już zrobię podsumowanie - czyli jakich filtrów używałam w tym roku. Myślę, że zaskoczenia nie będzie, Ziaja z witaminą C i SPF 50 nadal niepodzielnie króluje w mojej kosmetyczce. Na wspomnianym wyjeździe zużyłam dwa opakowania tego produktu i z pewnością będę do niego wracała. Ale kto wie, co jeszcze się po drodze wydarzy? :)

Pozdrawiam
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger