Wiecie jak to jest z fotografami. Zdjęcia do dowodu, nic specjalnego, ale nie!
On musi je poretuszować, przybajerzyć, pomarudzić... A ja mam bez celu się miotać po Galerii czekając aż on się wyżyje artystycznie na mojej podobiźnie cyfrowej.
I w poważaniu ma, że ja + Galeria + 20 minut = ruina finansowa...
Zacisnąwszy zęby postanowiłam szerokim łukiem omijać Sephory, Ingloty, Douglasy, Rossmanny i generalnie nie patrzeć na boki.
Niestety, na drodze stanął mi sklep z żywnością naturalną i eko.
Skoro więc tam już weszłam, przyjrzałam się asortymentowi pod kątem wyzłośliwiania się późniejszego na blogu - bo na pewno w takich sklepach mają tonę idiotycznie nazwanych produktów spożywczych ze składem mogącym zadziwić Mendelejewa, za kasę jaką normalnie wydaję na całe zakupy obiadowe.