Dzień z wegetarianką vol. 2 + przepis na marchewkowe tagliatelle


Przyszło mi do głowy, pichcąc dziś tagliatelle marchwiowe, że post "Dzień z wegetarianką" mógłby przerodzić się w serię - zwłaszcza, jeśli mam coś ciekawego i smacznego do pokazania :) Zapraszam Was dziś więc na rajd przez wszystkie dzisiejsze dania - od śniadania aż po kolację w wersji wegetariańskiej.

Od czasu poprzedniego postu moja dieta nie zmieniła się aż tak bardzo. Nadal nie jadam mąki - chyba, że jest akurat cheat day; wciąż też pozwalam sobie tylko na jedną kawę dziennie. Nie unikam słodyczy jakoś szczególnie, ale nauczyłam się ich nie jeść wieczorami, podobnie jak owoców - jest to dobra zasada pomagająca utrzymać i wagę, i dobre samopoczucie.

Dzień, jak zwykle, zaczynam od szklanki wody i ćwiczeń. Jest to, po umyciu twarzy i zębów, pierwsza czynność każdego dnia - nie wyobrażam sobie rozpoczęcia pracy z zastałymi, nierozgrzanymi mięśniami. Po ćwiczeniach prysznic i dopiero potem śniadanie.

8:00 Śniadanie

Czyli owsianka. Ja wiem, że jestem piekielnie już nudna z tą owsianką, ale nic nie poradzę - czasami zmieniam śniadanie, ale szybko wracam do owsianki jako najsmaczniejszego, najbardziej sycącego i jednocześnie szybkiego dania na pierwszy rzut. Jest swoistą, słodką nagrodą po ćwiczeniach, która syci na długo pozwalając skupić się na swoich obowiązkach.




Dzisiejsza wersja jest na bogato, bo mam dużo owoców, które już powinny być zjedzone, więc nadganiam :) Płatki owsiane mieszam z pestkami dyni, słonecznika, z wiórkami kokosowymi, otrębami i orzechami - w różnych proporcjach. Po prostu co jakiś czas kupuję kolejne opakowanie a to otrębów, a to orzechów czy wiórków i dosypuję do pudełka, w którym trzymam tę swoją śniadaniową mieszankę. Ostatnio mam fazę na wiórki kokosowe, dlatego w mojej owsiance jest ich sporo. Cztery łyżki mieszanki zalewam połową szklanki owsianki i dodaję świeże owoce - dziś jest to jabłko starte na tarce o grubych oczkach i dwie czy trzy śliwki oraz mały banan.

Porcja jest naprawdę spora i syci na długo. Po takim śniadaniu zwykle parzę sobie pokrzywę albo zieloną herbatę i zabieram się za swoją pracę lub naukę. 

Staram się jeść o regularnych porach i zwykle są to mniejsze posiłki ale jest ich więcej w ciągu dnia - taki system służy mi najlepiej, choć może na dłuższą metę wymagać wypracowania sobie kilku przepisów-pewniaków, bo w przeciwnym razie stale trzeba myśleć, co za te dwie czy trzy godziny by się zjadło, co trzeba kupić, jak przyrządzić. A gdy się pomysłu nie ma, łatwo pójść na kanapkowo-czipsową łatwiznę. Wiecie, to nawet nie chodzi o jakąś dietę czy trzymanie linii, ale o samopoczucie. Jest ogromna różnica w poziomie mojej energii po śmieciowym jedzeniu, oraz po świeżych, nieprzetworzonych produktach.  

Bardzo inspiruje mnie blog Zieleniny, która tworzy przepyszne jedzenie z produktów sezonowych i lokalnych - daleko mi do niej, ale naśladuję ile wlezie. 



Przed obiadem zwykle zjadam jeszcze jakiś owoc i wypijam dużo wody mineralnej, a w chłodniejsze dni - herbatki z pokrzywy czy innych ziołowych mieszanek. Dziś zapodałam sobie świeżego ananasa, którego wprost uwielbiam.

12:00 Coś bym zjadła

Jeszcze nic konkretnego, ale na owoce już patrzeć nie mogę, zwykle więc o tej porze pichcę jakąś zupę. Dziś jest to prosta zupa ogórkowa na soczewicy z dodatkiem spiruliny. 
Przepis jest tak banalnie prosty, że aż głupio mi go publikować na blogu w osobnym poście - ot, soczewicę gotuję przez 15 minut, dodaję do wody przyprawy wedle gustu i zachcianek, a gdy soczewica zmięknie, dodaję ząbek czosnku i łyżkę oliwy, miksuję ją na krem, podsypuję łyżką spiruliny, a na koniec dodaję starte na grubej tarce kiszone ogórki i jeszcze lekko podgrzewam przed podaniem.



Zupa jest zielona, aromatyczna, lekka i sycąca, można ją podawać z grzankami, jeśli ktoś ma ochotę. 

Przepisy na moje zupy zwykle tworzę "w biegu", wymyślając smak, który chcę osiągnąć. Bardzo lubię te moje zielone zupy ze spiruliną z dodatkiem kiszonych ogórków, zamiast soczewicy czasami używam zielonego groszku z puszki aby było szybciej - ale jest to nieco mniej smaczna wersja. Taki przepis łatwo jest zmodyfikować i dostosować do własnego gustu. I nie trzeba jej ani zabielać, ani zagęszczać niczym.

Zupy jem właściwie codziennie i przeważnie są one w postaci kremu - tylko i wyłącznie dlatego, że nie znoszę "wodzianek" ;) i lubię sobie taką zupkę popijać z kubka siedząc na balkonie jak rasowa emerytka :D

15:00 Obiad

Przy czym "obiad" funkcjonuje u mnie raczej wyłącznie z powodu godziny spożycia danego posiłku, nie jest to bowiem danie ani obfitsze, ani specjalne. Zjadłszy zupę wcześniej zwykle wystarcza mi coś lekkiego, bardzo często zadowalam się po prostu dolewką zupy, czekając z upichceniem czegoś "bardziejszego" na powrót Mężczyzny z pracy, aby zjeść wspólnie. 
Dziś zrobiłam tagliatelle marchewkowe w wersji orientalnej. Bardzo fajne, aromatyczne i kolorowe danie urozmaicające nieco nudnawą marchew, a przy okazji jest to jedzenie tanie. 

Składniki na porcję tagliatelle marchewkowego:

  • 2 dorodne marchewki
  • kawałek imbiru wielkości kciuka
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 kostki bazyliowe wg tego przepisu: KLIK!
  • garść świeżej rukoli
  • łyżeczka pestek słonecznika
  • curry, sól i pieprz

Cała idea i atrakcja polega na sposobie przygotowania marchwii - otóż tnę ją w długie i cienkie plastry a la makaron. Można to zrobić zwykłą obieraczką do warzyw. Ja jej nie mam, dlatego pomagam sobie... łopatką do sera :) Dała radę.



Na patelni rozgrzewam łyżkę oleju i podgrzewam na nim curry. Gdy aromat przyprawy się rozwinie, wrzucam na patelnię starty na tarce imbir i podsmażam go przez chwilę. Potem dodaję starty na tarce czosnek i do tego wszystkiego wrzucam tasiemki marchewkowe. Smażę je przez ok. 10 minut, po czym zalewam wodą i duszę przez 20-25 minut aż marchewka będzie całkowicie miękka. Na koniec solę, pieprzę i gotowe.

Na talerzu posypuję marchewkę słonecznikiem, dodaję solidną garść świeżej rukoli, którą uwielbiam za świeży, orzechowy smak. To danie można podać np. z kaszą lub ryżem albo, przewrotnie, wymieszać z prawdziwym tagliatelle.




Marchewka tak przyrządzona jest niesamowicie aromatyczna, przesiąknięta smakiem imbiru, lekko pikantna i przepyszna. W wersji dla mięsoniesceptyków można przysmażyć marchew na boczku i podać ze skwarkami, choć jak znam życie i mięsożernych - i tak będą kręcić nosem :)

Po takim obiedzie mam jeszcze trochę miejsca na małe co nieco. Po południu, zwykle koło godz. 16-17 robię się senna i mam ochotę już tylko poleżeć z książką, zauważyłam jednak, że mniej obfity obiad nieco tę senność redukuje. Mimo wszystko, godzinka czy dwie po obiedzie to jest czas tylko dla mnie, kiedy to parzę sobie kawę, robię co chcę i nie odbieram maili ani telefonów. Nie ma mnie, po prostu.

17:00 Kawka time

Odejście od komputera na czas parzenia i picia kawy pozwala moim oczom trochę odpocząć, resetuję w sobie też rozszalałego pracoholika, który - gdy nikt go nie powstrzyma - potrafi nieprzerwanie przez dwie, trzy godziny, klepać w klawiaturę odpowiadając po kolei na dziesiątki, setki maili. 
Zmuszam się, żeby odejść od kompa na czas mojego rytuału kawowego po to, żeby nie spędzać tego czasu na bezmyślne przewijanie Facebooka czy otwieranie przypadkowych stron, których odwiedzenie ani mnie nie wzbogaci w żaden sposób, ani nie zainspiruje.




Kawka time oznacza wreszcie zajrzenie do książek, które czekają na zajrzenie doń :) a także na posiedzenie w ciszy na balkonie z parującą kawą w dłoni i pomyślenie o sobie, o innych, zaplanowanie tego, co zaplanować trzeba i się da, o jutrze, na podsumowanie dnia czy tygodnia i wreszcie - na wyciszenie się. 

Kawa u mnie zawsze jest czarna, mocna i gorzka - czasami jest to kawa zbożowa, czasami "prawdziwa".
Zwykle o tej porze mam też bardzo wielką ochotę na coś słodkiego, ale hej - słodkie to nie zawsze cukier i czekolada. Przeważnie są to daktyle (są tak przesłodkie, że po dwóch mam dość) lub inne suszone owoce czy orzechy. Chodzi o zasadę ciamkania czegoś do kawy :)

20:00 Kolacja z Mężczyzną

Zwykle jest tak późno, bo Mężczyzna wraca późno a ja chcę ten posiłek zjeść z nim. Chodząc spać grubo po północy nie czuję, żeby jedzenie o ósmej wieczorem było wielką zbrodnią, zwłaszcza że przeważnie nie jest to wielodaniowe wielkie żarcie a proste rzeczy, jak choćby sałatka pomidorowa, jak dzisiaj. Składa się z pomidorów świeżych i suszonych, z odrobiną cebulki i zielonego pieprzu. Ot, pikantny hołd dla pomidorów, które uwielbiam :)


A Mężczyzna, cóż - niech sobie radzi ;) Zwykle przyrządzam mu do tego jakieś mięso i ziemniaki lub ryż. Jemu zjedzenie nawet całego wołu, nawet grubo po północy nie zaszkodzi i nie pójdzie w "boczki". Podejrzewam nawet, iż smutną prawdą jest, że wszystko co ja zjem, jak i wszystko co ON zje - odkłada się w mój tłuszczyk :P

Na zdjęciu w tle widzicie małą dynię, która czeka na pomysł. Mam ochotę ją zrobić nietypowo - ale jeszcze nie wiem, czy chcę aby to danie było całkowicie na słodko czy całkowicie wytrawnie. Coś wymyślę i dam Wam znać w kolejnym poście z cyklu Arszenik w kuchni.

Smacznego i miłego dnia
Arsenic

16 komentarzy:

  1. Nie powiem część dań wydaje się pyszna aczkolwiek no ja jestem typowym mięsożercą :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pyszny menium :-)
    Marchewka kusi, kusi

    OdpowiedzUsuń
  3. Pomysł na imbirową marchewkę bardzo mi się podoba, chętnie do Twojej wersji tagliatelle dodałabym trochę makaronu szpinakowego, całość super wyglądałaby na talerzu!

    OdpowiedzUsuń
  4. jako mięsożerca zaprzeczam jakobym miała grymasić na danie z marchewki. Nawet zupę bym wciągnęła bo kremy ubóstwiam!
    Owsiankę jem praktycznie co rano, na ciepło lub zimno :)

    OdpowiedzUsuń
  5. O, widzę, że czytasz książkę Ziołowego Zakątka o kosmetykach naturalnych. Ja jestem nią zachwycona, zrobiłam już nawet kilka przepisów. Ciekawa jestem co o niej myślisz jako kosmetolog.

    OdpowiedzUsuń
  6. Sama chciałam taką książkę wydać :) Jest przede wszystkim przepiękna, wiedza jest podana w wystarczającej ilości, a przepisy są bardzo łatwe do odtworzenia. Wielki szacun dla autorki!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ufff! ;) Spróbuj tę marchewkę zrobić, jest naprawdę pyszna - jeśli tylko lubisz takie mocne, orientalne smaki.

    OdpowiedzUsuń
  8. O! Świetny pomysł! Aż sama go wypróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Śmiałam się, że danie wykwintne a kosztowało może 4 zł ;) Spróbuj :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Większość dań - może poza owsianką :P - można zrobić w wersji mięsnej, nie ma problemu.

    OdpowiedzUsuń
  11. Smakowitości same! Koniecznie muszę wypróbować zupkę :)

    OdpowiedzUsuń
  12. uwielbiam :) tylko nie wiem jak z imbirem, bo jestem obecnie mamą karmiącą, i się zastanawiam czy taka przyprawa nie jest zbyt pikantna dla malucha.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zaplanowałam ją (w sensie marchewkę) na piątek. Tylko młodemu będę musiała jeszcze kawał mięcha zapodać do tego :-D

    OdpowiedzUsuń
  14. Mam nadzieję, że Twoje marzenie się spełni =).

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger