Bergamask Orto Parisi - jedyna na tym blogu refleksja o zapachu z próbki



Dawno tego nie robiłam z powodu postanowień różnorakich, ale tego dnia wybrałyśmy się z koleżanką do krakowskiej perfumerii Lulua na testowanko. Możemy śmiało wszystko zrzucić na aktualną sytuację polityczno-biznesowo-gospodarczą na świecie, ponieważ po paru miesiącach siedzenia w domu zwyczajnie zatęskniłam za spotkaniami z ludźmi na żywo. No a gdzie jest się najlepiej spotkać, jeśli nie w jamie wypełnionej cudownymi zapachami? 

Za którymi zresztą też się stęskniłam po paru miesiącach posuchy. Dosłownie posuchy, ponieważ od początku tego roku kupiłam zaledwie jeden nowy flakon perfum:

Nie cierpię na brak zapachów w kolekcji, bez obaw. Przez te wszystkie miesiące wciąż pachniałam pięknie. Tym bardziej, że sama od dłuższego czasu bawię się w perfumiarstwo z różnymi skutkami. Ale o tym może kiedy indziej.

Z Bergamask jest przedziwna historia, ponieważ został on przedstawiony nie mnie, a koleżance, która zażyczyła sobie w perfumerii zapachów orientalnych, a pani tam pracująca (pozdrawiam serdecznie!) okazała się być osobą doskonale czującą temat. Nie tylko gdy mowa o zapachach typowo kojarzonych z Orientem, ale również o wszelkich dziwacznych hybrydach tychże. Snułam się więc za koleżanką, wtykając nos w jej blotery, sama zresztą nie szukałam niczego konkretnego. Gdy jednak pani w perfumerii rozpyliła Bergamask dodając do tego, że: "każdy inaczej odczuwa i rozumie Orient. Przykładowo, jeden z naszych klientów nazwał ten zapach orientalnym, choć..." - tu spojrzała na nas niepewnie i zawiesiła głos, czekając na nasze reakcje.
Cóż, Bergamask nie mogę nazwać perfumami orientalnymi, choć rozumiem to skojarzenie. Pierwszy strzał jest - dla mnie - wielkim, sentymentalnym powrotem na Sycylię, gdzie zapach kwitnących nieopodal pomarańczy mieszał się z lepkim sokiem z mandarynki cieknącym po dłoniach aż po łokcie. Ale nie tych beznadziejnych, bladych, napompowanych mandarynek z marketu pachnących sztuczną słodyczą. Mowa o tych żywych, pachnących z daleka, mięsistych i pełnych smaku mandarynkach wprost z drzewa. Takich, które ciężko się obiera a ręce potem pachną jeszcze przez kilka dni. Tych, które smakują całą symfonią synestezji i skojarzeń. 

W składzie tych perfum wymienia się tylko bergamotkę i piżmo. Ja i piżmo! Nigdy w życiu bym nie spojrzała nawet na ten flakon znając piramidę nut. Oczywiście, że są to jedynie główne nuty, jednak twórca Alessandro Gualtieri nie zdradza więcej. W mojej wyobraźni jednak bergamotka z piżmem łączą się w coś wyjątkowo nudnego i rozczarowującego.

A tymczasem Bergamask uwiódł mnie natychmiast i zdetronizował wszystkie testowane tego wieczoru kadzidła, agary i popioły. Tak po prostu. I wcale nie dlatego, że była to kraina łagodności i puchowych poduszek. Przeciwnie: po orzeźwiającym strzale mokrą, zieloną, sycylijską gałęzią cytrusową w twarz nastąpiła woń skóry, do tego zdartej świeżo na asfalcie. Przypieczonej tarciem. Dopiero po wielu, wielu godzinach faktycznie wszystko zaczęło rozpływać się w kremowych obłokach, tak jak gdyby nigdy nic.



Tego dnia nie wzięłam próbki, bo akurat skończył się flakon. Mogłam za to wypsikać go do końca, co zresztą uczyniłam ciesząc się tym zapachem bardzo długo. Następnego dnia po prysznicu wciąż czułam go na przedramieniu i pachniał wówczas wszystkim: jednocześnie Sycylią i tą rozgrzaną skórą z lekkim, niepokojącym, może nieco industrialnym brudkiem. Świetna, pierwotna, surowa - choć nienachalna! Ani nie jednoznaczna! - baza dla pozornie niewinnych cytrusów z preludium. 

Przy całej ich przewrotności, perfumy te nie są jednoznacznie animalne, nie rodzą też skojarzeń z niemytym ciałem, nic z tych rzeczy. Wszystko na wysokim poziomie. To bardzo zgrabna, spójna kompozycja, w subtelny sposób intymna, ale doskonale sprawdzająca się na co dzień... jeśli ktoś lubi odrobinę dwuznaczności. Taka magia. 
A po próbkę wróciłam jakiś czas później. Cóż, zapach nie dał mi spokoju, odstawiłam więc na razie moje gorzkie i agarowe kompozycje, i pachnę od dłuższego czasu teraz Bergamask. Niewykluczone, że skończy się to Wiadomo Czym. I sama jestem - wciąż! - tym faktem nieco zdziwiona, a trochę też podekscytowana.




Sugeruję stosować połączenie Bergamask na dekolcie i nadgarstkach z powyższym w słuchawkach.

Pięknego dnia!
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger