Jesienna pielęgnacja 2020 - stawiam na nawilżanie, sprawdzone składniki i nie zapominam również o włosach!

 W tym roku do mojej pielęgnacji jesienią szybciej włączę mocno odżywcze kremy i sera. Nauczona doświadczeniem z poprzedniego roku, kiedy to moja skóra w zimie zaczynała swędzieć i pękać z wysuszenia, tym razem nie mam zamiaru do tego dopuścić. Dlatego, owszem, kwasy PHA zostają, inne sprawdzone składniki zostają, ale główna zmiana polegać będzie na dołożeniu bardziej odżywczych formuł i skupienie się na utrzymaniu skóry w równowadze.

Mniej-więcej rok temu ścięłam swoje włosy na króciutko i od tamtego czasu również i pielęgnacji włosów poświęcam nieco więcej, może nie czasu, ale uwagi. Podchodzę do tego nieco świadomiej, uważniej właśnie. Absolutnie NIE przeszłam na włosomaniactwo i NIE podążam za wszelkimi nowinkami rynkowymi (choć kibicuję naszym dzielnym markom bardzo!), ale daję im więcej miłości i reaguję od razu gdy dzieje się z nimi źle. 

Co się zmieniło? Cóż, metody mam stare i sprawdzone... A teraz po prostu je stosuję. :) Moim włosom zawsze świetnie robiło olejowanie, szczególnie z użyciem skwalanu, jojoby czy oleju rycynowego:

Najlepiej służy im olejowanie bez podkładu, ale za to na całą noc. Rano myję je jak zwykle i mam taflę. Prosto, skutecznie, prawie bez wysiłku. 


Wciąż też używam regularnie "glutka" z siemienia lnianego, ponieważ jest to dla mnie jeden z lepszych stylizatorów i nawilżaczy jednocześnie. Jeśli obserwujecie moje wrzutki na Instagramie, to te zdjęcia, na których mam coś na kształt loków, są wykonane z solidną porcją "glutka" właśnie. 
Jak go robię? Do szklanki wody wsypuję łyżeczkę siemienia lnianego, gotuję chwilę, mieszając. Gdy lekko zgęstnieje, odcedzam przez sitko i po ostygnięciu konserwuję oraz dodaję jakiś ulubiony olejek eteryczny. Dzięki temu dodatkowi włosy pięknie pachną przez cały dzień.
Oczywiście, że używam więcej produktów na włosy, ale te dwie metody - olejowanie i żel z siemienia lnianego - sprawdzają się u mnie zawsze i są kołem ratunkowym, gdy przedobrzę. 

Ale wracając do pielęgnacji. W zeszłym roku moja skóra otarła się o jakiś rodzaj atopii - była tak sucha, że zaczynała pękać. Było to widoczne szczególnie na dłoniach, ale i skóra twarzy nie prezentowała się dobrze. Czynników było wiele, a najważniejsze z nich to kiepskie zdrowie i nie dość szybka reakcja na potrzeby skóry. A później przyszła wiosna ze wzmożonym kontaktem ze środkami dezynfekującymi i to było gwoździem do trumny. We wczesnej fazie, gdy skóra jest tylko sucha, ale nie pęka, można jeszcze temu zaradzić stosunkowo łatwo. Później wyprowadzanie jej z tego stanu wymaga znacznie większej ilości czasu i wysiłku. W zeszłym roku moim dłoniom bardzo, ale to bardzo pomogły kremy do rąk z Kolorówki:
Przy czym ten ostatni rekomenduję jako fenomenalną maskę do dłoni na noc (a dłonie w rękawiczki, żeby nie umazać wszystkiego dookoła).



Z tego powodu w tym roku już na samym początku jesieni przyglądam się swojej skórze uważnie i nie żałuję jej pielęgnacji. Wprowadziłam stare, dobre hydrolaty (o tym kiedy indziej), ale przede wszystkim przerzucam się znów na system serum + krem. Latem nie jest to moja ulubiona metoda, zwykle wieczorem ograniczam się do stosowania moich ukochanych toników z kwasami PHA + jakiś krem, zaś w dzień, w upały, noszę na twarzy wyłącznie kremy z filtrami + puder. 
Teraz jednak skóra wchłania mi więcej, więc dbam o to, aby jej niczego nie brakowało. Tak, toniki z PHA zostają, bo bez nich moja pielęgnacja jest niekompletna:
Polecam szczególnie wersję z retinolem, ponieważ stymuluje on metabolizm komórek skóry, wydajnie niweluje zmarszczki i podobnie jak retinol bierze udział w utrzymaniu funkcji macierzy pozakomórkowej. Wzmaga syntezę kolagenu I oraz hamuje działanie metaloproteinaz odpowiedzialnych za degradację kolagenu. To świetny wybór na powakacyjne szaleństwa, które już widać na skórze.

A jeśli potrzebujecie mocniejszego działania rozjaśniającego przebarwienia, warto sięgnąć po kwasy PHA w formie serum, w dodatku połączone z działaniem kwasu kojowego. Nie wiem, jak wy to widzicie, ale dla mnie jest to kosmetyk idealny oraz totalny musz-mieć na sezon jesienny!
Do pary dobieram mu sprawdzony już w boju krem "dyniowy". Krem pobudza regenerację nabłonków i tkanki łącznej, odżywia i pielęgnuje. Nawilża, lekko natłuszcza, uelastycznie skórę i wygładza zmarszczki. Krem może być stosowany do każdego rodzaju cery. 
Można go stosować również jako krem na dzień, wówczas już rezygnuję z warstwy serum pod spód, żeby nie obciążać cery za bardzo. Nie mam potrzeby stosowania dwóch różnych produktów na dzień i na noc, pod tym względem zdecydowanie lepiej u mnie sprawdza się formuła: na dzień krem, na noc serum + krem. 


Regularnie wykonuję też peelingi - w tym także skóry głowy. Preferuję enzymatyczne, choć i korund czasem wjedzie. Jeśli jednak chodzi o włosy, bromelaina dodana do szamponu jest hitem ostatnich miesięcy, nie widzę więc powodu aby użerać się z fusami z kawy, cukrem czy innymi nasionkami.
Jak to robię? Jak to ja: najprościej. Szczyptę bromelainy dodaję do porcji szamponu w kubeczku. Zakręcam, wstrząsam kilkakrotnie, po czym myję tym włosy - koniec przepisu. :) 
Dokładnie w ten sam sposób wzbogacam żel do mycia twarzy, jeśli chcę wykonać masaż z peelingiem twarzy. Właściwie nawet nie czuję, że oto wykonuję jakieś wielkie DIY.

Czasami pytacie mnie, dlaczego wciąż tak polecam produkty z Kolorówki. Przypominam wywiad, którego udzieliła mi Patrycja - serce i mózg tego przedsięwzięcia, jakim jest specjalistyczny sklep z półproduktami i pielęgnacją dla skór problematycznych:
Myślę, że on odpowie na to pytanie najlepiej. A poza tym... stosuję i polecam ich kosmetyki od dziesięciu lat. Cóż tu więcej dodać?

Pięknego dnia!

Aleksandra


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger