Glutek z siemienia lnianego zamiast wody w kremie? Po co, jak, ile i w jakim kremie?


Korci was czasami, żeby coś poczarować ze składem kremu z Kolorowka.com? Podmienić jakiś składnik na inny, albo zmienić mu konsystencję...? Nie? No to chodźcie, bo ja to zrobiłam. Do lektury zapraszam przede wszystkim osoby o skórze bardzo suchej, wrażliwej, atopowej, podrażnionej, wymagającej ukojenia. Oraz wszystkie osoby ciekawskie, lubiące uczyć się nowych rzeczy.

Choć, w istocie, to nic nowego przecież. Owszem, sklep Kolorówka przyzwyczaił nas do pewnego luksusu: dostajemy kosmetyki o przemyślanych składach i świetnym działaniu. W dodatku wszystkie składniki są już odmierzone i popakowane osobno, więc wystarczy dosłownie machnąć palcem, aby połączyć wszystko w gładki, piękny krem. Owszem, krem - samoróbkę, ale niewymagającą ani żadnej specjalistycznej wiedzy, ani nawet zbytniego skupiania uwagi podczas jego robienia. To luksus - takie składy za taką cenę i w takiej formie.

Czemu taka forma - rozbicie INCI na pojedyncze składniki zapakowane osobno - ma być luksusem? HA! Ponieważ dzięki temu można kombinować! Można dostosować dany kosmetyk do zmieniających się potrzeb skóry czy zachcianki. Nic łatwiejszego, jeden składnik zastąpić innym, zrezygnować całkowicie z czegoś lub dodać innego więcej lub mniej. W gotowym kremie trzeba przyjąć cały skład jak leci, tutaj można się pobawić. I tak się składa, że ja bardzo lubię się bawić składami kosmetyków. Szczególnie, gdy odkryję składnik, który wyjątkowo dobrze służy mojej skórze.


To żadna nowość, glutek z siemienia lnianego przecież jest znany ze swoich właściwości od dawna. U mnie też często się pojawiał w pielęgnacji skóry i włosów. Prawie codziennie też zjadam go w owsiance. Niedawno jednak na nowo - przypadkiem - odkryłam, jak fantastycznie koi moją wiecznie wysuszoną skórę. I znów poczułam ekscytację na myśl, że robię coś nowego, uczę się jak i czy w ogóle składniki się ze sobą połączą, jak to będzie działać na skórę i czy nie zepsuję kremu...? 
To ostatnie zresztą nigdy naprawdę mnie nie zatrzymywało przed próbowaniem nowych rzeczy. Wszystko da się uratować. No, prawie wszystko. Ale nie mówmy teraz o maseczkach enzymatycznych pachnących obornikiem, które po tygodniu stania w cieplarce przeżarły się przez plastik. :)

Dlaczego siemię lniane? Otóż wraz ze skróceniem fryzury zdecydowanie łatwiej - a więc i chętniej - jest mi je pielęgnować. Stosuję więc różne wcierki, nawilżacze, gusła i czary, a najchętniej - te stare, sprawdzone. Zawsze doskonale sprawdzał się u mnie glutek z siemienia lnianego, zarówno na włosy na całej długości, jak i na skórze głowy. W czasach, gdy miałam duże problemy z wiecznie podrażnioną skórą głowy, był jedynym remedium dla mnie. Koił i łagodził podrażnienia, przynosił ulgę. 
Jego wielką zaletą jest to, że jest to kosmetyk prawie zupełnie bezzapachowy, bezbarwny i niewidoczny - tak na skórze, jak i na włosach. Mogłam go bezpiecznie zostawić do wyschnięcia i nigdy się nie kleił, nie obciążał skóry w żaden sposób, nie rolował się. 



Jakiś czas temu wróciłam więc do regularnego stosowania "glutka" na włosy, wcierając go przy okazji w skórę głowy. Któregoś razu - korzystając z okazji - wtarłam też odrobinę żelu w skórę dłoni. Mam suchą skórę, dość wrednie suchą, wymagającą stałej opieki. Zwykłe kremy do rąk nie dają rady i po kilkunastu minutach od aplikacji znowu są suche.
A po glutku skóra była wygładzona, ukojona, nawilżona - i to przez długi czas. Powtórzyłam eksperyment kilkakrotnie, również na skórze twarzy i uderzyło mnie to, jak mogłam w ogóle zapomnieć, że ten prosty kosmetyk ma takie właśnie działanie? Lepsze niż zdecydowana większość sklepowych kosmetyków deklarujących działanie nawilżające. Ot, glutek, kto by pomyślał. 

Zapragnęłam więc ulepszyć glutkiem z siemienia lnianego jakiś krem i padło na ten z azeloglicyną ze sklepu Kolorowka. Znacie go, pisałam o nim tutaj: 
Pomyślałam, że na tego typu eksperymenty najlepiej nada się krem, który już znam i lubię - to raz. A dwa, że kremy na zagęstniku z Kolorówki zawsze się udają i naprawdę trzeba dużo pecha, aby je sknocić. Tymczasem kremy wymagające podgrzewania mogą już nie znieść aż takiej ingerencji w stabilność układu... choć mam pewne powody aby przypuszczać, że żel z siemienia lnianego i tutaj mógłby się dobrze sprawdzić. 
W każdym razie - jeszcze tego nie próbowałam, opisaną metodę sprawdziłam na kremie z zagęstnikiem. Zajrzyjcie do sekcji "Kremy - formuła prosta" w sklepie Kolorowka.com aby wybrać coś dla siebie, nawet jeśli nie zdecydujecie się na ten eksperyment z żelem.


Przygotowałam większą porcję żelu, ponieważ planowałam jednocześnie włosing. Tak więc ostatecznie do dwóch szklanek wody dodałam pełną łyżkę stołową siemienia lnianego. A potem podgrzewałam to na małym ogniu, stale mieszając przez ok. 20 minut. Żel wyszedł mi dość gęsty, jeśli więc nie lubicie takich formuł, polecam zmienić proporcje i do tej samej ilości wody dodać po prostu mniej ziaren lnu.


Gotowy żel odcedzam przez sitko, a siemię ląduje w moczącej się na wieczór owsiance. Z tej ilości żelu odmierzam ok. 50 ml i zaczyna się zabawa. Najprościej rzecz ujmując: oleje wymieszane z zagęstnikiem przelewam do glutka z siemienia lnianego, a potem wszystko sprowadza się do cierpliwego mieszania. Trwa to zdecydowanie dłużej niż wówczas gdy po prostu zmieszamy wszystkie składniki kremu z wodą. Początkowo też zupełnie nic nie zapowiadało sukcesu...



...ale tak jest zawsze. W produkcji nic nie wygląda ładnie i trzeba uzbroić się w cierpliwość i bagietkę. Można spróbować miksować mieszadełkiem (spieniaczem do mleka, choć radzę zdjąć sprężynkę), ale ja wszystko wymieszałam tylko bagietką i udało się. 
Warto pamiętać, że jeśli żel wyszedł nieco zbyt gęsty a dodatkowo po wymieszaniu z olejami i zagęstnikiem wszystko bardziej przypomina jedną wielką grudę mokrej plasteliny niż krem z problemami, to zawsze można dolać trochę wody demineralizowanej z zestawu. W tym przypadku kilka kropli wody ratuje wszystko. I cierpliwe mieszanie. 



Kwadrans do dwudziestu minut cierpliwego mieszania później - i już. Na powyższym zdjęciu chwalę się już gotowym kremem, do którego dodałam wszystkie pozostałe składniki, a więc: azeloglicynę, niacynamid, hydromanil, konserwant. 
Tak, ma specyficzną konsystencję, zdecydowanie bardziej żelową i otulającą niż oryginał wykonany na wodzie. Ale o to mi chodziło. Nie jest to krem tłusty, po wklepaniu go skóra jest sucha, ale otulona, ukojona, porządnie nawilżona. Cały dyskomfort życia w przesuszonej skórze - mija. Zdecydowanie polecam go osobom z bardzo suchą skórą jako kompres - maskę na noc. 


Najważniejsze dla mnie jest to, że krem nie zostawia na skórze żadnej klejącej się ani w inny sposób denerwującej warstwy. Sztuczkę z podmienieniem wody demineralizowanej z zestawu na żel z siemienia lnianego można zrobić z każdym kremem z formuły prostej ze sklepu Kolorowka.com. Zapewne można też spróbować i na klasycznych kremach - ale ja tej metody jeszcze nie testowałam. Z pewnością też warto rozważyć dodanie żelu lnianego do wybranego serum do włosów

Czy warto było trudzić się z gotowaniem żelu, odcedzaniem i później mieszaniem go w kremie? Odpowiadam precyzyjnie, jak zawsze: to zależy. Osoby ze względnie zdrową skórą o dobrze nawilżonym naskórku pewnie nie poczują większej różnicy. Jednak zdecydowanie polecam tę metodę osobom ze skórą suchą i podrażnioną, wymagającą ukojenia. Tak wzbogacony krem na noc przynosi prawdziwe ukojenie i nie obciąża skóry. Nie zapominajcie, aby wklepać go również w skórę dłoni!

Pięknego dnia
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger