Jak się sprawdziła farba Tints of Nature i co dalej z tymi włosami?

Moje włosy przed farbowaniem Tints of Nature
Pod koniec lipca na Instagramie umieściłam wpis o moich odczuciach związanych z farbowaniem włosów z Indygo. Poniżej znajdziecie ten wpis, jeśli go nie widzieliście, nie będę się tutaj powtarzać.
To nie jest do końca tak, że serdecznie nienawidzę i odradzam Indygo, bo nie. Sama obecnie zastanawiam się nad powrotem do tej metody, bo uczciwie muszę przyznać, że stan moich włosów wówczas, gdy używałam wyłącznie roślinnych farb, był bez zarzutu. Ale ani na milimetr nie zmienia to moich odczuć związanych z samym procesem farbowania Indygo i z jego trwałością. 

W obliczu jednak perspektywy, dość niedalekiej zresztą, przymusu ścięcia włosów na krótko aby jakoś te strzępy wyglądały, naprawdę zaczynam się zastanawiać. Po farbowaniu "drogeryjnym" z moich gładkich, ciężkich, jędrnych, gęstych i zdrowych włosów, od których pękały te śmieszne gumeczki-kabelki od telefonu, zostały cienkie, mocno skręcone w spiralki, sianowate, przerzedzone, matowe i żałosne resztki. Ja nigdy nie miałam kręconych włosów. Ba, kręcenie ich na lokówkę czy wałki mijało się zupełnie z celem, bo skręt utrzymywał się maksymalnie przez godzinę. 

Pytacie mnie o farbowanie włosów indygo. Indygo, czyli taka roślina w proszku, farbująca włosy na czarno. Rozrabiasz z wodą na zielone, śmierdzące stopami trolla błoto, nakładasz na włosy, trzymasz 2-6 godzin. Im dłużej, tym lepiej. Po zmyciu moje włosy zawsze były szorstkie, ale odżywki nie wolno, bo magia się dzieje. No, dobra. Rano budzę się z niebieską pościelą, koszulką i karkiem, ale myć włosów nie wolno, bo czary nie zadziałają. Ok. Po dniu gnicia w chatce na kurzej stopce z granatowym tapirem na głowie, szorując niebieską wannę i kafelki, myję też wreszcie tapira szamponem i nakładam odżywkę. Czeszę, suszę. I to jest to! Mój moment! Piękne, gęste, lśniąco czarne, jędrne włosy. Następnego dnia idę w rozpuszczonych i dla lepszego efektu wkładam biały sweter (kontrast!). Efekt był. Wkurwiona, wieczorem piorę niebieski sweter, a następnego dnia wracam pokornie do czarnych ubrań. Zaplatając coraz mniej świeże włosy w warkocz, marzę o byciu siwą w całości. Po namyśle rozplatam. Nie mam wprawdzie oczu w dupie, ale patrząc na swoje błękitne dłonie wyobraźnia podpowiada mi, jak może wyglądać mój kark. Po kolejnym myciu włosów, następnego dnia rano dostrzegam na skroniach przebijające się srebro wśród czerni, kurtyna opada w momencie gdy spokojnie recytuję wszystkie znane mi przekleństwa. Mniej-więcej to bym chciała powiedzieć każdemu, kto pyta się mnie, dlaczego ja, ja! Taka naturalna, taka eko i świadoma, wróciłam do farb drogeryjnych. Tydzień udręki dla około sześciu godzin właściwego efektu to dla mnie zbyt wiele. Człowiek ma tu jeszcze paznokcie, owłosienie na nogach i generalnie życie do ogarnięcia, a nie tylko rozdawać błękitne piątki i jest cool, jest super, wczoraj zmyłam indygo, więc już rozrabiam kolejną porcję na pojutrze... Albo zakręcę sobie zielone dready z indygowym błotkiem na stałe, wówczas będę guru naturalnej pielęgnacji jak ta lala. Inna sprawa, że farby drogeryjne faktycznie zniszczyły mi włosy. Chętnie wypróbuję coś delikatniejszego, ale równie skutecznego i jestem pewna, że coś mi polecicie. Buźka, dobrego dnia! #indygo #włosy #farbowaniewłosów #henna #farbaroślinna #indigo #haircare #brunette #polishgirl #polishblogger #Arsenicpl #zioła
Post udostępniony przez Arsenic Aleksandra (@arsenic.pl)

Do dzisiaj też pamiętam, jak próby wysuszenia moich świeżo umytych włosów suszarką zwykle spełzały na niczym. Mogłabym siedzieć z włączoną suszarką i obejrzeć tak z dziesięć odcinków Mody na Sukces zanim były względnie podsuszone. Nie wysuszone, a jedynie nadające się do wyjścia i dosuszenia naturalnie. Teraz schną same w jakieś pół godziny.
Autentycznie współczułam fryzjerom, do których przychodziłam, niemal przepraszając za to. Wiedziałam, że czeka ich niezła siłownia z serią na bicki, tricepsy i przedramiona przy czesaniu tego ogromu. Po dość oszczędnym podcięciu końcówek, na podłodze był dywan włosów - jakieś 2/3 tego, co mam teraz na głowie. Zresztą, widzicie zdjęcie w nagłówku.
Ale dość już marudzenia, sama sobie to zafundowałam pomimo całej mojej wiedzy i doświadczenia. Jak to mawiają - szewc bez butów chodzi. Nigdy nie przywiązywałam większej wagi do jakiejś specjalnej pielęgnacji moich włosów - ot, maski ziołowe, odżywki, mycie. Wydawało mi się, że nic ich nie zdoła zniszczyć i o. Masz, babo, placek. Udało się.

I w tej frustracji swojej, tuż po napisaniu powyższego postu na Instagramie, powzięłam postanowienie, że zainteresuję się tzw. farbami naturalnymi. Czyli w teorii - bezpieczniejszymi, delikatniejszymi dla włosów. Poleciliście mi kilka, sama też miałam na celowniku pewne marki, ostatecznie jednak zdecydowałam się na farbę Tints of Nature w kolorze 1N Natural Black, którą zamówiłam w sklepie Iwos.pl.
Znacie ten sklep? Ja go kojarzyłam trochę z naturalnej i dość bogatej oferty, trochę z Instagrama, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak dobrze ta firma jest prowadzona. Przede wszystkim: zamówienie zrobiłam w piątek po południu, a farbę trzymałam w rękach trzy dni później, w poniedziałek PRZED południem. Przypuszczam, że gdyby nie ten krępujący weekend po drodze, przesyłka dofrunęłaby do mnie następnego dnia. Fajnie?
Pomyślcie - następnego dnia. Czyli jeśli teraz nie chce mi się zwlekać tyłka i jechać przez pół miasta do drogerii Pigment po farbę, to mogę sobie zaparzyć kawy, zamówić w Iwos.pl i poczekać do jutra. :D
Po tej akcji z kurierem budzącym mnie w poniedziałkowy poranek aby wręczyć mi przesyłkę z moją farbą, weszłam na stronę sklepu, żeby się im przyjrzeć dokładniej, bo miło mi było i ciepło na serduszku. I co ja patrzę: bez żadnych specjalnych, hucznie odtrąbionych promocji, każda przesyłka powyżej 69 zł jest wysyłana za darmo. Umówmy się, 69 zł to jest akurat farba, maska i jeszcze jakaś Pierdółka Koniecznie Potrzebna w Łazience.
A w Rzeszowie, na ul. Rejtana 20 mają też swój sklep stacjonarny. Ceny są przyzwoite, a oferta bardzo konkretna, zobaczcie:
Jest moja ulubiona Madara a także kilka marek oferujących kosmetyki mineralne, i wszystkie te marki "od ziółek" typu Hesh, Khadi czy Dabur; oczywiście Sylveco i Biolaven z Viankiem, a na koniec caaała mnogość marek, których nawet jeszcze nie znam. O, nawet Rapan jest! Dziwię się jedynie, że nie widzę tam O!Figi ;) Pasowałaby do koncepcji sklepu.

No, powiem Wam, że jestem pod wrażeniem i jednocześnie - jak zwykle - włączył mi się filozof kiwający głową: zobaczcie, jak łatwo można byłoby przeoczyć ten sklep w ogromie ofert innych sklepów z naturalnymi kosmetykami. Zobaczcie, jak zwykła, ludzka życzliwość wszystko zmieniła. Bo w sklepie Iwos.pl pracują ludzie życzliwi, lubiący ludzi - i to widać w takich drobnostkach, jak choćby właśnie szybka wysyłka zamówienia. Jak miły kontakt na mailu i - później - na Instagramie. To sprawia, że - choć mogę tę farbę czy jakikolwiek inny kosmetyk kupić w innym miejscu - wracam właśnie tam, bo jest miło i pewnie.
Tak samo mam zresztą z wieloma różnymi miejscami, np. z Cukiernią braci Szewczenko, do której nie mam może specjalnie blisko ani po drodze dokądkolwiek, ale chodzę tam regularnie już ze wszystkimi moimi znajomymi. Nie tylko dlatego, że ciastka są pyszne i niesamowicie "instagramowe", nawet nie dlatego, że już dostaję tam zniżki na kawę, ale właśnie dlatego, że pan Sergiej już nawet nie pyta, jaką kawę mi podać, bo wie, pamięta. I to jest tak miłe, odświeżające, uspokajające, że można sobie tam przyjść nawet samemu i zawsze będzie można pogawędzić. Wychodzę stamtąd zrelaksowana jak po godzinnej sesji jogi.
Dokładnie takie same odczucia mam z obsługą sklepu Iwos.pl - wrócę tam na zakupy, bo było miło, szybko, pewnie i fajnie. Chyba z wiekiem zaczynam doceniać dobrej jakości kontakty z ludźmi. Niesamowite, prawda?

Ale, ale, wracając na ziemię i do moich włosów w ruinie. Czy farba Tints of Nature spełniła moje oczekiwania? Czego tak w ogóle oczekiwałam po tym produkcie?
Cóż, przede wszystkim, najważniejszą kwestią dla mnie było to, żeby farba nie niszczyła mi włosów. Nawet nie chodziło mi już o podrażnienie skóry, bo to miewałam nawet przy Indygo i nie jest wyznacznikiem niczego w kwestii mojej pielęgnacji. Mogę to przełknąć.
Drugą kwestią była trwałość farby na włosach. Mam tutaj na myśli nie tyle płowienie koloru, bo mając naturalnie czarne włosy nie robi mi to różnicy, dopóki kolor nie jest rudy; ale to, jak szybko farba wypłucze mi się z siwych pasm na skroniach. Bo te na skroniach wkurzają mnie najbardziej i są lepiej widoczne/trudniejsze do ukrycia niż pojedyncze siwe na całej głowie.
Konsystencja produktu, jego zapach czy dodatek rękawiczek/maski/szamponu/czepka w opakowaniu kompletnie nie mają dla mnie znaczenia. Może zacznę to doceniać za jakiś czas.


Wybrałam czerń, nie chcąc ryzykować rudego brązu. Nie zniosłabym pomarańczowych-siwych i zwyczajnie już nie chciało mi się zastanawiać nad odcieniem, googlować zdjęć włosów pofarbowanych danym kolorem... No, wiecie. Czerń to czerń, jest pewna, dobrze się w niej czuję, lecimy z koksem.
Choć konsystencja nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, to jednak wspomnę Wam trochę o samym procesie farbowania. A było to tak łatwe, jak zjedzenie dwóch ciastek u Szewczenków ;) :) Tak, farba nie śmierdzi a wręcz pachnie i ma miłą, dość gęstą, żelową konsystencję. Jest jej też taka ilość, która w zupełności mi wystarczyła do pokrycia moich włosów długości do łopatek. 
Nie kłopotałam się zabezpieczaniem ramion ręcznikiem - farba jest na tyle gęsta, że jeśli nie przesadzimy wcześniej z moczeniem włosów wodą, tj. jeśli odsączymy je porządnie ręcznikiem, to nic nie będzie spływać. Spięłam włosy klamrą, zawinęłam w czepek i poszłam przez 40 minut pić kawę i oglądać głupoty w internecie. Myślę, że takie farbowanie można spokojnie zamknąć - wraz z przygotowaniem i spłukaniem + suszeniem włosów - w godzinie czasu. Jak to w ogóle porównywać do farbowania ziołami?

Opakowanie zawiera:
  • szampon oczyszczający (Clarifying Shampoo 10ml) 
  • rękawiczki foliowe 
  • foliowy czepek 
  • ulotkę z instrukcją 
  • żel koloryzujący (Colour Gel 50 ml) 
  • emulsję rozwijającą (Colourfix 50 ml) 
  • szampon (Shampoo) i odżywkę (Conditioner) po farbowaniu (2 x 10 ml)
Cena ok. 38zł.
Frytek nie znalazłam ;)


Włosy po farbowaniu wyglądają tak:




Kolor jest taki jaki być powinien - intensywna, głęboka czerń bez żadnych rudości i bez przeginania w drugą stronę: nie jest to niebieska czerń. Wygląda dość naturalnie, pod warunkiem, rzecz jasna, że nosi ją osoba, która ma choć odrobinę po drodze z takimi pigmentami w swojej naturalnej kolorystyce.
To oczywiste, że nie mogę ocenić czy farba zniszczyła mi włosy po zaledwie jednokrotnym jej użyciu. Jasne, że trochę ich wypadło podczas zmywania farby - zawsze wypadają. Gdy czeszę, gdy myję, gdy nic nie robię, wypadają. Taka moja uroda. W trakcie farbowania skóra głowy odrobinę szczypała, więc tak do końca różowo, ultradelikatnie i naturalnie nie jest. 
Nie oczekuję też, że nagle ta jedna farba, zastosowana raptem raz, uleczy wszystkie moje dolegliwości i sprawi, że sianowate włosy znów będą takie jak kiedyś. Bardzo jednak sceptycznie podchodzę do myśli, że gdybym farbowała te moje biedne włosy tylko tą jedną farbą przez jakiś czas, to wróciłyby do swojej kondycji. A nawet w to wątpię. 
Znów powtarzam starą prawdę, która zawsze ostatecznie się sprawdza: jeśli coś ma farbować włosy, to nie ma co oczekiwać, że jednocześnie nawilży, zlikwiduje cellulit i zadziała jak samoopalacz. Wystarczy, że będzie farbowało i nie szkodziło za bardzo. A z tym ostatnim, w przypadku farb, to już naprawdę są ekstra frytki, bo przecież na tym zasadza się działanie farby: żeby włos pofarbować, trzeba go troszkę zniszczyć. I farbą się tych zniszczeń nie naprawi, tutaj trzeba pogłówkować nad dodatkową pielęgnacją.

Kwestia trwałości farby - bez lukrowania, czarowania rzeczywistości, z przykrością muszę napisać, że tutaj zawiodłam się najbardziej. Trochę się tego spodziewałam, ale głupi człowiek zawsze ma jednak nadzieję, że kolejny produkt będzie pod tym względem lepszy. Ten nie był, po ok. dwóch tygodniach od farbowania na skroniach już przebijało srebro, czyli standardowo. Nie chcąc farbować całej głowy co dwa tygodnie, w trakcie hennowania brwi resztkę henny rozprowadzam na skroniach i jest ok. Wolałabym jednak tego nie robić i mieć święty spokój od farbowania na co najmniej 3-4 tygodnie, to jasne.

Tak sobie myślę, że czas chyba wrócić do starego, dobrego nawyku wpierdzielania hydrolizowanej keratyny, pantenolu i gliceryny do wszystkich masek, szamponów i odżywek do włosów. I do stosowania tych masek co drugi dzień, bo tak na chłopski rozum rzecz biorąc: gdybym skórę twarzy nawilżała tylko dwa razy w tygodniu, czyż mogłabym oczekiwać, że będzie w tak świetnym stanie, jak teraz? Jasne, włos to martwa tkanka - ale tym bardziej należy mu się wiaderko emolientów i protein, zwłaszcza gdy te mostki dwusiarczkowe są trochę farbowaniem roz... mostkowane.
Póki co, zaczęłam od kupienia wspomnianej keratyny w Pigmencie i dolania jej sobie do jakiegoś drogeryjnego "psiukadełka" do włosów. Stosuję codziennie. Dodatkowo, po każdym myciu daję sobie pół godzinki na głupoty w internecie albo książkę, z maską na głowie. Też z keratyną i humektantami dodanymi własnoręcznie. Wiem, że to prędzej czy później zadziała, trochę nawilży i wygładzi te włosy. Zostaje mi tylko kwestia opanowania wypadania włosów. Macie coś sprawdzonego? Żebym nie musiała zaczynać tematu od kompletnego zera i znów marnować czasu na nieudane próby? Helpunku!

Buziaki,
Arsenic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger