Clean Beauty - przepisy na kosmetyki z lodówki. Książka, dzięki której doceniłam nasze rodzime twórczynie kosmetyków domowych.


Kiedyś w trakcie dyskusji w grupie facebookowej, dotyczącej naturalnej pielęgnacji, postawiono mi pytanie: "dlaczego chemia? Dlaczego nie wybierasz wyłącznie naturalnych kosmetyków, właśnie Ty, autorka bloga o pielęgnacji naturalnej?". Przyszło mi wówczas do głowy, że "arszenik" oraz "przekora" nie są trudnymi pojęciami, ale odpowiedziałam zgodnie z prawdą i własnymi przekonaniami: "Ponieważ lubię działanie glukonolaktonu, pantenolu i korundu." Cytat nie jest dosłowny, nie należę już do tej grupy, sens jednak został zachowany. I nie będę go tłumaczyć z szacunku do inteligencji moich czytelników.
Mam wrażenie, że rynek szeroko pojętej kosmetyki, czy też pielęgnacji naturalnej, wyewoluował do absurdalnie gigantycznej pokraki, która nie ma prawa istnieć, a żyje wyłącznie napędzana:
  • strachem podsycanym przez producentów kosmetyków naturalnych (czyli głównie olejów i mydeł, o czym dalej);
  • niewiedzą osób, które coś tam zrozumiały, czegoś się naczytały i coś by chciały, lecz nie bardzo wiedzą: co. Ani jak, ani po co właściwie, więc na wszelki wypadek napiszą o tym bloga lub książkę;
  • czarną magią wszelkiej maści osób nawiedzonych, wierzących w leczenie raka jarmużem, czy też w bezglutenowy krem do twarzy.
I żeby było jasne: wychowałam się w kręgu osób żywo interesujących się zielarstwem, "domową pielęgnacją", ale i chemią. Od dziecka wiem, że skórki zielonego ogórka fajnie nawilżają i rozjaśniają skórę, nie mam oporów przed stosowaniem tzw. "domowych maseczek" z tego, co znajdę w lodówce. Jednocześnie jednak, jako dziecię ciekawskie, od dawna wiem, że to enzymy zawarte w ogórkach odpowiadają za efekt delikatnego rozjaśnienia. I że istnieje cały szereg innych substancji, dostępnych obecnie w dziesiątkach sklepów internetowych, o działaniu podobnym, a nawet silniejszym, a nawet z dodatkowymi benefitami dla skóry. I przez fakt tworzenia receptur z tymi innymi substancjami nie neguję ani działania, ani swojej sympatii do zielonego ogórka, czy do całej idei pielęgnacji naturalnej. Przecież nie dalej jak wczoraj wyfiletowałam liść swojego aloesu i - zmiksowawszy go z pantenolem, niacynamidem, naparem z szałwi i olejkiem bazyliowym - stworzyłam przyjemną wcierkę do skóry głowy. Bo akurat taką miałam potrzebę, a pod ręką te, a nie inne, składniki, oraz wiedzę o tym, jak z nich skorzystać aby osiągnąć pożądany efekt.
I, nie, tej wcierki bym nie zjadła, co nijak nie umniejsza ani jej działania, ani naturalności. 

Jakiś czas temu dostałam od Wydawnictwa Buchmann przedpremierowy egzemplarz książki "Clean Beauty - przepisy na kosmetyki z lodówki" autorstwa Elsie Rutterford i Dominiki Minarovic. Ucieszyłam się, choć z tymi przepisami na domowe kosmetyki jest trochę jak z przepisami na kanapki, sałatki czy zupy. I tak przecież robi się je zwykle z tego, co jest w lodówce i na co się ma ochotę. Nie znam ani jednej osoby, która robiłaby kanapki trzymając się przepisu z książki rozłożonej na kuchennym blacie. Pomyślałam jednak, że to zawsze jest coś nowego, świeżego i może się czegoś dowiem.
Już we wprowadzeniu, na stronie siódmej, dowiedziałam się zupełnej dla siebie nowości: otóż nasz organizm wchłania wszystkie substancje nałożone na skórę.  
Pisząc te słowa, nie pozostaję obojętna, więc mój Mężczyzna, siedzący na sofie obok, zagaduje: co jest, o czym piszesz? Tłumaczę więc, a ten pomiot szatana robi okrągłe oczy i pyta (przeciągając sylaby): "To nasz organizm nie wchłania wszystkiego?". Dobre pytanie, jak się nad tym zastanowić. No bo - jak wszystko, to wszystko: ubranie, sofę, szklankę z wodą trzymaną w dłoni, kocią sierść, cały makijaż i... całe światło widzialne, psiakrew. Powinniśmy być jak czarne dziury.
Krótki przerywnik humorystyczny, na wdech i wydech:


Tak więc od siódmej strony zaczęłam wklejać karteczki w momentach szczególnie mnie urzekających. Szybko jednak zorientowałam się, że w zasadzie powinnam okleić tak całą książkę, a i tak prędzej mi się skończą karteczki niż bzdury w niej zawarte. 


Cały ustęp z powyższego zdjęcia jest tak zły, na tak wielu poziomach, że ciężko jest mi znaleźć odpowiedni początek, od którego mogłabym zacząć wyjaśnianie i prostowanie tego skrzywienia. Na pewno nie zaszkodzi lektura tego, więc polecam:
Podstawowa wiedza o emulgatorach

Prawdą jest, że ani olej w wodzie się nie rozpuszcza, ani woda w oleju się nie rozpuszcza (dlaczego autorki założyły, że to olej ma się rozpuszczać w wodzie a nie na odwrót? Skąd w ogóle pomysł z rozpuszczaniem, skoro one się ze sobą nawet nie mieszają?). Nie wdając się w skomplikowane szczegóły - obie substancje mają na tyle różną budowę, że nie można mówić o rozpuszczaniu. Ba, nie można mówić nawet o mieszaniu się do postaci mieszaniny jednorodnej. Widzieliście to na pewno: wszelkiej maści dwufazowe "płyny do demakijażu" oparte na dwóch składnikach, czyli hydrolacie i jakimś oleju, które trzeba solidnie wstrząsnąć przed użyciem, a po jakimś czasie i tak olej wypłynie na powierzchnię. Jest też takie powiedzenie: "oliwa zawsze na wierzch wypływa" i ono też się nie wzięło z ... no, dobrze, jest z życia wzięte. 
Dobrze, narysuję to tak: wyobraźcie sobie dwa klocki puzzli, które do siebie w żaden sposób nie pasują. Można je wrzucić do jednego wora i pomieszać, ale nigdy nie stworzy to ułożonego, sensownego obrazu. 

Czujecie, co nadchodzi, prawda? :) Tak, tym elementem spajającym oba niepasujące do siebie elementy puzzli jest klocek o nazwie "emulgator", który ma wypustki pasujące i do jednego, i do drugiego elementu. Powinnam pisać książki o podstawach chemicznych dla dzieci. Zadaniem emulgatora nie jest rozcieńczanie receptury - jest to absurdalne założenie obnażające całą niewiedzę czy też złą wolę autorek. Zadaniem emulgatora jest stworzenie emulsji, czyli takiego układu, w którym woda i olej są trwale ze sobą połączone, co niesie ze sobą cały szereg korzyści: łatwiej się to aplikuje i przechowuje, taka konstrukcja też pomaga transportować pewne substancje w głąb naskórka z większą skutecznością niż to ma miejsce w przypadku samego oleju lub samej wody. Zresztą, często już same emulgatory mają szereg właściwości kosmetycznych korzystnych dla skóry, są więc dodatkowym składnikiem pielęgnującym. Nie wspominając już o emulgatorach o budowie ciekłokrystalicznej, dzięki którym taka emulsja ma budowę podobną do budowy ludzkiej skóry, co skutkuje zajedwabistą teksturą, wchłanialnością i skutecznością takiego preparatu. 
I dokładnie z takich powodów producenci kosmetyków stosują emulgatory, i z tych samych powodów producenci surowców prześcigają się w wymyślaniu coraz lepszych, tańszych i bardziej ekologicznych, czy naturalnych emulgatorów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wpadłby na pomysł, iż można recepturę "rozcieńczyć" dodatkiem emulgatora. To tak, jakby zarzucać producentowi żelek, iż stosuje gumę ksantanową, agar, czy inne zagęstniki. Bo przecież można pić samą wodę z cukrem, barwnikiem i aromatem, a nie złośliwie rozcieńczać zagęstnikiem.
Powiem Wam, kto i czym rozcieńcza swoje kosmetyki - nie są to ani wielkie koncerny kosmetyczne, ani te mniejsze fabryki, starające się tworzyć sensowne receptury, które można nazwać jeszcze kosmetykami. Najczęściej z podrabianiem surowców i rozcieńczaniem receptur spotykam się w przypadku manufaktur różnej maści, którym opłaca się zamiast drogiego oleju wlać do szklanej buteleczki z fikuśną etykietą coś tańszego. A wiecie, dlaczego na wszelkiej maści eko-targach na każdym stoisku widzicie tylko oleje, mydła i oleje? I ewentualnie peelingi z soli i oleju? Bo oleje to najszybszy i najtańszy biznes. Chcąc wprowadzić na rynek produkt będący emulsją, trzeba liczyć się z dodatkowymi kosztami, bowiem faza wodna w kosmetyku wymaga dodatkowych, bardzo drogich badań, na które zwyczajnie mało kogo stać, a cała reszta ma to gdzieś i robi biznes na "serum" polegającym na tym, że się przelało rzepakowy z Biedry do pięknej buteleczki z pipetką, a potem pojechało z tym towarem na eko-targi. I szlag mnie trafia, bo kosmetyki naturalne to jest znacznie szerszy temat niż osobny olej (za jedyne milion monet) do każdej części ciała, czy awokado rozgniecione z jogurtem na maseczkę. 
Z każdych kolejnych tego typu targów wychodzę z pustymi rękami, bo świetny olej mogę sobie kupić w sklepie z surowcami i zużyć tak jak chcę, a nie tak jak mi producent napisze na etykiecie, mydeł w kostce nie używam i nie lubię, a peeling z soli, kawy czy cukru mogę sobie zrobić - i robię! - sama. I to wszystko za ułamek ceny proponowanej przez producentów na targach. Ciśnie mi się za każdym razem na usta okrzyk: cóż to za targi kosmetyków naturalnych bez kosmetyków! 
Wracając do omawianego ustępu z książki - na koniec autorki twierdzą, że wiedzą, iż kremową konsystencję można uzyskać bez użycia wody. To też jest nowość dla mnie, ponieważ "kremowa konsystencja" wskazuje jasno na emulsję, a tę można uzyskać tylko rozpraszając fazę wodną w olejowej, lub na odwrót. Ewentualnie rozpraszając masło w budyniu, co też jest rodzajem emulsji. Krem = emulsja. Masło ubite na puszystą konsystencję, to wciąż masło, tłuszcz, olej, a więc - maść co najwyżej, a nie krem. Może wydawać się bardziej puszyste, miękkie, lekkie, ale skóra przyjmie go dokładnie tak jak olej, masło czy inny tłuszcz, jakkolwiek autorki książki Clean Beauty nie zechciałyby tej rzeczywistości czarować.


Takich ustępów podnoszących przeciętnemu kosmetologowi ciśnienie jest w tej książce więcej. Nie podoba mi się, że zdecydowana większość "przepisów" w tej książce polega na zmieszaniu różnych olejów z olejkami eterycznymi - i każda z takich mieszanek służy do czegoś innego. Już dawno sprawdziłam - jedna butla oleju arganowego wyśmienicie sprawdza się u mnie tak do włosów, jak i do ciała czy twarzy. 



Nie podoba mi się też, że w książce pojawia się reklama mydła drogeryjnego, które służy autorkom za jedną z ingrediencji w przepisach. Nic mi nie mówi nazwa Dr Bronner's, a w książce nie jest podany skład tego produktu, aby można było go sobie zamienić na cokolwiek innego, bardziej dostępnego lub bardziej odpowiedniego dla danej skóry... Powyższy przepis jest jednym z wielu podobnych: "weź olej, sól, mydło, dodaj mieszankę olejków eterycznych i kolejną stronę w książce mamy załatwioną." Przykro mi, tak to odbieram. Przepis na dodanie olejków eterycznych do gotowego, drogeryjnego mydła? Od lat wylewam do mydła do rąk próbki perfum, olejki eteryczne czy zapachy kosmetyczne, których inaczej nie zużyję. Nigdy nie przyszło mi do głowy aby publikować taki "przepis" na blogu, nie wspominając już o pisaniu o tym książki.
Ale wraz z przyklejeniem ostatniej karteczki, zawzięłam się w sobie i postanowiłam skupiać się już wyłącznie na pozytywach. Jest ich trochę, wbrew pozorom i wstępowi ;)



Przede wszystkim - nie należy nastawiać się na to, że z książki tej dowiemy się czegoś nowego. Mówię to do osób, które śmigają już po blogach z przepisami na kosmetyki, kręcą coś tam sami i przeczytali już wiele porad na stronach sklepów z surowcami. Jest to poradnik, który mogłabym podarować siedmiolatce, już trochę interesującej się zarówno pielęgnacją, jak i tworzeniem swoich własnych mazidełek. Oszalałabym ze szczęścia, gdyby siedmioletniej mnie ktoś podarował taką książkę z przepisami i pewnie zrobiłabym je wszystkie, a potem sięgnęła po jeszcze więcej literatury. 

Książka jest pisana prostym językiem, przepisy są bardzo łatwe, a szata graficzna, w szczególności zaś zdjęcia - bardzo estetyczne, zachęcające. 



Spodobał mi się też rozdział o olejkach eterycznych, w których autorki tłumaczą czym są te substancje i czym się różnią od zwykłych olejów. Najważniejsze jednak jest to, że bardzo stanowczo odnoszą się do kwestii bezpieczeństwa stosowania olejków eterycznych - zalecają aby zawsze je rozcieńczać w oleju bazowym i nigdy nie przekraczać stężenia 1%. To, oczywiście, postępowanie trochę na wyrost, ale akurat w tym przypadku z nimi się zgadzam. Widziałam zbyt wiele "wypadków" z olejkami eterycznymi, żeby nie doceniać potrzeby powtarzania tych samych informacji o olejkach do znudzenia. Jest to potrzebne i dobrze, że autorki - wszak proponując olejki eteryczne w swoich przepisach - podeszły do tego tak odpowiedzialnie.




A czy wśród przepisów znalazłam coś dla siebie? Owszem, jest kilka inspiracji, na których będę się wzorować, jednak - jak wspominałam wcześniej - raczej będę improwizować na dany temat, niż trzymać się sztywno tych przepisów. Moje potrzeby, zawartość domowego laboratorium i umiejętności są większe, dlatego pewnie taka mgiełka ze zdjęcia powyżej zostanie jeszcze wzbogacona o parę dodatków. 




Przypomniałam sobie też, dzięki temu przepisowi, że chciałam kiedyś użyć matchy do jakiejś maseczki do twarzy... i zrobiłam z niej w końcu wino, a o maseczce zapomniałam :) Awokado z miodem i zieloną herbatą brzmi bardzo spoko, na pewno taką recepturę sobie kiedyś wypróbuję. Podoba mi się też, że autorki przypominają, iż twarz kobiety to również szyja i dekolt. Szczególnie robiąc własne kosmetyki z domowych produktów warto o tym pamiętać, skoro nie ograniczają nas ani ilości ani koszt kosmetyku. Dodałabym jeszcze, że maskę aplikujemy na starannie oczyszczoną skórę, no ale już, już, milknę.


Lektura tej książki uświadomiła mi także jedną rzecz, która nam może bardzo łatwo umykać. Rozejrzyjcie się - ile w naszym kraju jest fantastycznych blogerek tworzących własne kosmetyki, które publikują w sieci, same się kształcą i szlifują swoje przepisy. Niektóre nawet wydały swoje książki z przepisami, tak cudownie dopracowanymi w każdym calu, tak pięknymi, że... żyłam w przeświadczeniu, iż tak jest wszędzie. Naprawdę - że każdy, kto interesuje się kosmetykami diy, już to wszystko przerobił, te oleje, te peelingi z kawy i nauczył się, czytając Biochemię Urody, ZSK czy Mazidla, że można więcej, lepiej, piękniej, bardziej wyrafinowanie.


https://klaudynahebda.pl/ziolowy-zakatek-kosmetyki-ksiazka/
Porównajcie sobie tę książkę z książkami Klaudyny Hebdy czy Lili - uderzyło mnie, jaka przepaść dzieli ich wiedzę od tego, co nam proponują autorki Clean Beauty. W "Ziołowym zakątku" Klaudyna nie tylko podaje nam piękne, dopracowane przepisy na kosmetyki naturalne, ale też opisuje rodzaje cery we wstępie, dobierając do nich właściwe olejki eteryczne. Ponadto nie tylko tłumaczy różnice pomiędzy poszczególnymi olejami z uwzględnieniem ich właściwości, wchłaniania czy orientacyjnej trwałości, ale także dobiera je do rodzajów skóry czy problemów skórnych, na które mogą pomóc. Ta książka to skarbnica wiedzy! Podstawy perufumerii? Proszę bardzo. Rozdział o olejkach eterycznych? Ależ, oczywiście - jakieś dziesięć czy piętnaście stron gęstego tekstu, wartościowej wiedzy. Wzięłam tę książkę teraz do ręki i poczułam, że - pomimo mojej, niemałej przecież, wiedzy w tym temacie - mogłabym ją czytać z wielkim zainteresowaniem jeszcze przez dobry miesiąc. Clean Beauty poszło w dwa dni.

http://www.sliwkirobaczywki.com/2016/12/wywiad-z-adriana-sadkiewicz-autorka.html

A "Cukiernię Kosmetyczną" Ady Sadkiewicz znacie? No przecież to jest prawdziwe cacuszko! Nigdy bym nie pomyślała, że z naturalnych surowców da się wyczarować takie cuda. Musujące babeczki kąpielowe, mydlane lody na patyku, nawilżające czekoladki, pralinki, cuda-wianki, których nieraz nawet nie potrafię nazwać. To jest dopiero unikatowa wiedza - sprawić, by w zwykłych, codziennych kosmetykach igrała jakaś żywa magia. Każdy potrafi zrobić brzydki peeling kawowy, który... wygląda jak wygląda ;) A teraz wyobraźcie go sobie w formie słodkiej babeczki... albo w formie całej wydmy słodkich, kawowych babeczek, które nie tylko zdzierają co trzeba, ale też zwyczajnie są ozdobą łazienki. Magia!
Te dwie książki polecam gorąco, jeśli jeszcze ich nie czytaliście, a szukacie czegoś w temacie kosmetyków naturalnych, które można zrobić samemu. I - tak, przemyślałam sprawę: prędzej kupiłabym dziecku Cukiernię Kosmetyczną, niż Clean Beauty.

Przeczytaj recenzję tej książki u innych:

Annemarie.pl


Ściskam
Arsenic

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger