Madame Justine - nowa, obiecująca marka na rynku kosmetyków naturalnych


Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o nowej marce kosmetyków naturalnych, z którą spotykam się pierwszy raz. Marka jest młoda i właśnie rozwija skrzydła, a ja od razu przetestowałam te kosmetyki podwójnie i w dodatku w dość ciężkich warunkach. Nie tylko więc biorę pod lupę ich składy i uważnie sprawdzam działanie przed własnym lustrem, ale wysłałam je wraz z Iwoną w długą podróż kajakami aby sprawdzić, czy kosmetyki naturalne sprawdzą się na kilkutygodniowym biwaku? Czy dadzą radę ochronić skórę przed słońcem, nawilżyć sianowate włosy i ukoić skórę wystawioną na całodzienne działanie wiatru i wody?
Madame Justine to młoda marka kosmetyków, oferująca przede wszystkim składy proste, acz skuteczne.
"Jesteśmy wierni Zasadzie Dobrych Praktyk. W procesie produkcyjnym dbamy o każdy element: wygodne i bezpieczne środowisko pracy dla naszych pracowników, mikrobiologiczny standard higieny, a nawet ekologiczne pozyskiwanie papieru na opakowania (wyłącznie z recyklingu).

Jesteśmy przekonani, że Natura wie najlepiej, czego nam trzeba - a my wiemy, jak jej dary przekazać naszym Klientom. Wszystko, co robimy, jest wyrazem naszej głębokiej pasji do tworzenia kosmetyków. Dzięki temu możemy z dumą zagwarantować Ci jakość premium."
Spośród kosmetyków, które otrzymałam do testów, od razu odpakowałam serum R-Boost, zaintrygowana jego opisem na stronie sklepu, w którym obiecywano iż można ten kosmetyk stosować przez cały rok. Ale jak to, przez cały rok? Retinol? 


Po rozerwaniu paczki i szybkim rzucie oka w składy, prędko okazało się, że mowa jest tu o tzw. retinolu roślinnym, czyli o wyciągu z lucerny bogatym w witaminę nie tylko A, ale również C, K i E. Wyciąg ten działa witaminizująco, ogólnie wzmacniająco, bakteriobójczo. Alfa-Alfa posiada także właściwości przeciwzapalne, które przywracają skórze blask i zdrowy wygląd. Jako naturalne źródło witaminy K ma też moc eliminowania ciemnych kręgów wokół oczu. 


Ponadto w krótkim składzie znajdujemy również ultranawilżające: mocznik i kwas hialuronowy, oraz konserwanty. I tyle. Jeśli ktoś lubi proste, naturalne składy, to jest to.
Niewątpliwie serum nawilża skórę fantastycznie, skóra jest po nim miękka, jędrna i znacznie lepiej wygląda pod podkładem. Nie wypowiem się na temat niwelowania cieni pod oczami, bo - odpukać - nie mam ich aż tylu aby było na co zwracać uwagę, ale rzeczywiście moja skóra przechodzi przez ten trudny sezon letni zadziwiająco gładko i promiennie, tym bardziej, że równocześnie, wieczorami, stosowałam inne serum od Madame Justine: serum C-Bomb. Tak, z witaminą C w składzie. Nie można mieć dość witaminy C w pielęgnacji, prawda?


Podobnie jak i poprzedni kosmetyk, ten ma konsystencję bardzo leciutką i wodnistą. Bardzo dobrze nawilża, dzięki kwasowi hialuronowemu w składzie, ale nie klei się. Stosowałam go wieczorem, ale spokojnie zda egzamin pod makijażem nawet na tłustej cerze. Skład? Równie prosty jak u poprzednika: woda, witamina C (SAP, znana choćby z Kolorowki), kwas hialuronowy i konserwanty. 


Dlaczego Sodium Ascorbyl Phosphate jest fajną postacią witaminy C, wiemy już z ZSK od dawna:
"Sól sodowa monofosforanu kwasu askorbinowego jest prowitaminą – by mogła działać jak witamina C musi ulec reakcji hydrolizy (odłączenia grupy fosforanowej) katalizowanej przez fosfatazy. Enzymy te występują w skórze i tam następuje aktywacja, przekształcenie do postaci aktywnej witaminy C. Zastosowanie SAP umożliwia wprowadzenie wyższych stężeń witaminy C bez efektu podrażnienia w porównaniu ze stosowaniem czystego kwasu askorbinowego."
Ponadto działa tak, jak tego oczekujemy od witaminy C:
  •  jest to jeden z najefektywniejszych naturalnych przeciwutleniaczy
  • efektywnie chroni komórki skóry przed atakiem wolnych rodników
  • uczestniczy w syntezie elastyny i kolagenu
  • zapewnia delikatne działanie przeciwbakteryjne
Jest to kosmetyk, który powędrował wraz z Iwoną w długą wyprawę kajakiem aby ratować jej 40+ skórę w bardzo trudnych warunkach. Wyobraźcie to sobie: gwiaździste niebo, rozpalone ognisko, pies śpiący obok rozbitego namiotu i Iwona z namaszczeniem, siedząc na karimacie, dozuje krople tego serum z pipetki na dłoń na skórę wystawioną przez cały dzień na działanie słońca, wiatru i wody. 
Mam zresztą info, że tak to właśnie się odbywało :)


Nie wyobrażam sobie - może poza filtrami - bardziej podstawowego kosmetyku... nie, nie tylko latem. Może jedynie glukonolakton i kwas laktobionowy mogłby wyprzeć u mnie kosmetyki z witaminą C. Jeśli chce się walczyć aktywnie z tworzącymi się stale przebarwieniami, odmładzać skórę i dawać jej oręż do walki z wolnymi rodnikami, to właśnie witamina C jest pierwszą substancją z wyboru. Zamknięta w tak wygodnej formie wodnistego serum, może być stosowana dosłownie przez każdego. 


Ja najchętniej mieszałam ten kosmetyk z moim ukochanym olejem z dzikiej róży, idąc spać w wersji żółtej ;) Iwona grzecznie i prawidłowo stosowała serum jak serum - pod krem na wieczór. Twierdzi ona zresztą, że w zasadzie nigdy nie miała ładniejszej skóry niż w tych dzikich warunkach i ja doskonale wiem dlaczego. Gdy wróci z tej gigantycznej wyprawy, przycisnę ją aby regularnie stosowała witaminę C w pielęgnacji. 

Kremem, który nakładałam na serum wieczorem (gdy nie mieszałam serum z olejem) był krem silnie nawilżający - podstawa pielęgnacji każdego rodzaju skóry


Zamknięty w szklanym słoiczku kosmetyk ma gładziutką konsystencję i delikatny zapach charakterystyczny dla użytych składników. Trochę kręciłam nosem na prosty skład, przyzwyczajona do znacznie bardziej zaawansowanych receptur, ale biorąc pod uwagę inne kosmetyki - sera, toniki, kremy pod oczy, oleje - nakładane przeze mnie wieczorem równocześnie, to w sumie nie jest to takie głupie. Krem nawilża, tak jak producent obiecał i faktycznie jest to podstawowy kosmetyk pielęgnacyjny, który można stosować zarówno na dzień jak i na noc.


Skład prezentuje się następująco:
Woda, gliceryna, olej słonecznikowy, olej kokosowy, kompleks emulgatorów (sorbitan laurate & polyglyceryl-4 laurate & dilauryl citrate & aqua; surowiec naturalny pochodzenia roślinnego, nieetoksylowany, biodegradowalny, nie zawiera konserwantów, posiada certyfikat Ecocert), dalej kompleks emulgatorów i zagęstników (sodium acrylate/sodium acryloyldimethyl taurate copolymer), następnie kompleks składników zmiękczających i stabilizujących emulsję (trilaureth-4 phosphate & lauryl glucoside) oraz konserwanty. 

Niektóre składniki znane są z pewnością osobom robiącym własne kosmetyki, szczególnie jeśli idą na skróty z różnymi kremo-bazami :) Kilka słów (znowu!) o glicerynie na drugim miejscu w składzie. To, że w INCI składniki figurują w kolejności od najwyższego stężenia NIE OZNACZA, że krem ten bazuje na glicerynie, ani też NIE ZNACZY TO, że tej gliceryny jest więcej niż ustawa przewiduje. Oznacza to tyle, że kolejnego składnika jest po prostu mniej. Może to również - i zazwyczaj tak jest! - oznaczać, że kolejnych DWÓCH składników jest więcej niż gliceryny. 

Jak to jest możliwe? Załóżmy, że gliceryny jest w składzie 10%. Oleju słonecznikowego jest więc mniej, powiedzmy: 7%. Kokosowego - jeszcze mniej niż słonecznikowego, więc, dajmy na to: 5%. Zróbcie matematykę, jak to mawiają ;)
Krem jest bardzo podstawowy, aż się prosi o dodawanie różnych ulubionych składników i nawet zachęcam do tego. Łatwo jest dodać kilka kropli pantenolu czy wybranego oleju, jeśli jego konsystencja okaże się zbyt lekka na noc. Ja zresztą tak właśnie robiłam, krem ten potraktowałam jako swoistą bazę do eksperymentów i wieczorami mieszałam go na dłoni a to z żelami (siarczkowym, borowinowym, aloesowym...), a to z olejami (mój ukochany olej z dzikiej róży był grany najczęściej), czasem dosypałam coś jeszcze, jakiś niacynamid czy alantoinę gdy było trzeba. Krem ma bardzo wdzięczną konsystencję, która "udźwignie" wiele kombinacji.


Ostatni kosmetyk - eliksir czarna porzeczka - również pojechał z Iwoną w świat :) Pomyślałam, że taki olejowy eliksir będzie najlepszą opcją gdy coś trzeba czymś posmarować, bo sucho, a pod ręką milion buteleczek i nie wiadomo, co wybrać. Spora butla (150 ml) spokojnie wystarczy na całą wyprawę, a stosować można tak na ciało, jak i na włosy czy do demakijażu, że o konserwacji skórzanych zapięć czy zabezpieczaniu ostrzy ze stali węglowej nie wspomnę ;) ;)
Posiadaczki skóry bardzo suchej, a dodatkowo często wystawiające ją na działanie promieni słonecznych, wiatru i wody, a w szczególności jednocześnie posiadające także mega suche, kręcone włosy zawsze z pełnym powagi zrozumieniem kiwają głową gdy tylko powiem: a ja stosuję oleje. Gdy wyjeżdżam (w domu zresztą też!), biorę butlę jakiegoś oleju lub mieszanki i mam spokój z włosami, skórą i demakijażem. 


Skład będzie odpowiedni dla osób walczących z nieprzyjemnościami związanymi z posiadaniem suchej skóry i włosów, oraz takimi, które jednocześnie nie demonizują składników syntetycznych. Jest to pewną niekonsekwencją ze strony producenta, że eliksiry te bazują na oleju mineralnym. Trochę szkoda, osobiście wolałabym mieszankę bazującą choćby na oleju ze słodkich migdałów czy innym podstawowym, np. słonecznikowym, ale kosmetyk i tak zużyłam, głównie do zabezpieczania końcówek włosów oraz demakijażu.


Zupełnie co innego u Iwony - stosuje go na całe ciało rano i po umyciu włosów... nie tylko na końcówki ;) No, ale ona naprawdę ma susz na głowie i po prostu wiem, że bez oleju ani rusz. Mam od niej sygnały, że opala się równo, skóra jest bardziej elastyczna i sprawdza się też na spieczone usta (krótki masaż olejkiem wieczorem przed zawinięciem się w śpiwór; rano cud-miód i konfetti). 


Po więcej info o kosmetykach Madame Justine zapraszam bezpośrednio na stronę producenta: KLIK! Zachęcam również do odwiedzenia ich Facebooka.
Pozdrowienia od Iwony, która jeszcze płynie! :) 



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger