CZYTAM SKŁAD odc. 5: Praca w laboratorium kosmetycznym



Jak wspomniałam Wam jakiś czas temu na Facebooku, mam od niedawna nową pracę. Jest to praca w laboratorium, przy tworzeniu kosmetyków, można więc zaryzykować stwierdzenie, że w zasadzie nie robię niczego nowego, jedynie w innym miejscu. Niestety, do tego innego miejsca muszę dojeżdżać ponad 40 kilometrów, więc mój dzień zaczyna się od jakiegoś czasu o godzinie 4 rano. Nadal też studiuję i jest to ten najgorszy - bo ostatni - semestr,w którym mam na głowie jeszcze pisanie pracy dyplomowej. Nie usprawiedliwiam swojej nieobecności w "internetach" - chcę tylko, żebyście wiedzieli z czego ona wynika.


Z pracy jestem bardzo zadowolona. Zresztą, wystarczy powiedzieć, że "robię" przy pigmentach mineralnych oraz naturalnych kosmetykach i już każdy wie, jaka to dla mnie radość i satysfakcja :)

Znacie mnie, staram się poprzemycać do receptur trochę fajnych składników. Jest to kosztowna zabawa, ale mam nadzieję, że dzięki temu marka wyjdzie z czymś ciekawym, świeżym i będę mogła odpalić fajerwerki na FB. Nadzieją napawa mnie fakt, że szef bardzo pozytywnie patrzy na moje próby wprowadzenia odrobiny Natury do naszych produktów - wsparcie z jego strony daje ten niezbędny w pracy luz i poczucie, że robię coś fajnego.


Praca ta jest dla mnie też okazją do gromadzenia jeszcze więcej wiedzy na temat surowców ogólnie - czyli ich pozyskiwania, przetwarzania, sposobów wprowadzania do receptur. Niedawno uczestniczyłam w ciekawym seminarium organizowanym przez producentów naturalnych olejów i wosków. Seminarium spoko - dużo nowej wiedzy, mam wrażenie wejścia na nieco wyższy poziom poznania INCI, czyli systematyki opisywania składów kosmetycznych. Już nie tylko sama nazwa składnika i jego miejsce na liście ma znacznie, ale również jego jakość czy kraj pochodzenia.





Przykładowo, powszechnie wiadomo (od dziś także i mnie) jest, że wosk pszczeli z Chin jest tani, bo zabezpieczają oni ule woskiem parafinowym, który bardzo często w ogromnym stopniu zanieczyszcza finalny produkt, czyli wosk pszczeli. Nie żebym miała coś do Chin, bo kraj ten jest największym producentem surowców kosmetycznych czy farmaceutycznych, ale skład na etykiecie nigdy nie powie nam takich rewelacji, a mało komu chce się kontaktować z producentem aby przysłał kartę charakterystyki surowca. 

Niska cena surowców z Chin nie bierze się więc w istocie z faktu, że chińskich rączek do pracy jest dużo.

Tak samo z olejami tłoczonymi na zimno - czyli tymi "lepszymi" od rafinowanych. Na liście składników rafinowany olej arganowy wygląda dokładnie tak samo jak olej zimnotłoczony, przez co wiele firm bardzo tanim kosztem "jedzie" na popularności oleju arganowego, który w wersji rafinowanej nie dostarcza skórze praktycznie żadnych składników pielęgnacyjnych, tylko fizyczną okluzję.
Trzeba faktycznie mieć rozeznanie w temacie, żeby rozpoznać dobry produkt, sama znajomość INCI jest tylko początkiem tak naprawdę. 

Dlatego tym bardziej zachęcam Was do udziału w mojej akcji - Czytam Skład. Kilka odcinków już się pojawiło, bannerek odsyłający do akcji znajdziecie w bocznym pasku po prawej stronie bloga.



Być może zauważyliście, że od niedawna znacznie skracam rozpisywanie składów recenzowanych kosmetyków. W zasadzie dążę do tego, aby wklejać jedynie INCI z opakowania i opowiadać o co ciekawszych składnikach - o tym zawsze jest jakaś ciekawa historia, nawet gdy sam skład do najciekawszych nie należy. Chciałabym tym działaniem zachęcić Was bardziej do zainteresowania składami kosmetyków - właśnie w ramach akcji Czytam Skład! 

Wysilcie się i zainteresujcie możliwościami wujka Google, jeśli szukacie informacji o jakimś składniku albo ciekawi Was ogólnie co też siedzi w waszym ulubionym eyelinerze, dajmy na to. A gdy ów skład rozbierzecie na części pierwsze - napiszcie o tym do mnie na galiszkiewicz@arsenic.pl
Zresztą, niekoniecznie musicie od razu odszyfrowywać cały skład - możecie mi się też pochwalić kosmetykiem, który sami zrobiliście, albo opowiedzieć o jakimś odkryciu "składnikowym". Zerknijcie do poprzednich odcinków akcji aby podpatrzeć jakie tematy już były poruszane.

"Rozgryzanie" składów kosmetyków wygląda dla mnie teraz nieco inaczej. Chcąc odtworzyć jakiś skład, absolutnie nie ma sensu dodawać po jednym składniku po kolei z listy - dlatego, że producenci bazują na surowcach będących mieszaninami różnych składników. Dlatego widząc w składzie np. Glyceryl Stearate, Ceteareth - 11, Cetearyl Alcohol, Octyl Palmitate, Cetyl Palmitate, Ceteareth - 20, Glycerin, Aqua, możemy od razu podejść do półki, na której stoi Neowax CM z Ciech Trading i nie cackać się z szukaniem tych wszystkich składników po kolei. 
Pomyślcie teraz, co to oznacza, gdy w składzie są np. 4 takie "gotowce" od producentów - które często mają po kilka wspólnych składników - jak wówczas wygląda INCI? Można całe miesiące spędzić w labo próbując odtworzyć recepturę składnik po składniku. 
A na koniec się i tak okaże, że wszystko jest ok, ale np. stworzony przez nas pigment... śmierdzi. Aplikacja cudowna, konsystencja idealna, trwałość zwala z nóg, kolor pięknie podbity - ale śmierdzi. Jakieś składniki się nie polubiły ze sobą. I pozamiatane.

Tego nie uczą w szkołach, nigdzie nie jest zapisane, że olej sacha inchi (i żaden inny - tylko ten super ekstra wybrany przeze mnie, psiakrew!) wraz z jakimś filmformerem wzmacniają zapach konserwantu wydobywając z niego piekielną siarkę. Cała praca technologa opiera się na jego doświadczeniu - do wszystkiego trzeba docierać samemu. 




Oczywiście, że jakichś tam podstaw można się nauczyć - ale nawet najprostsza emulsja z gotowej receptury z podręcznika nie wyjdzie, jeśli coś się podgrzeje nie tak, coś się odważy niedokładnie, albo źle się fazy zmiksuje. Albo gdy się wybierze składniki, które się wzajemnie nie lubią - i będzie śmierdziało, albo zrobi się nie taki kolor, albo konsystencja będzie kleista a nie piankowa... no, tysiące możliwości. 
Najlepszym tego przykładem są kosmetyki kolorowe, które z jakichś przyczyn wychodzą w nieco innych odcieniach gdy przygotowujemy próbkę w labo, a w innych gdy są już robione na produkcji. Receptura i składniki te same, metody produkcji również. Różnią się jedynie ilości i... człowiek, który to wykonuje. Różnice w kolorach pomiędzy poszczególnymi próbkami np. cieni o tym samym numerze są nieraz bardzo znaczące.

Mnie to akurat kręci, bardzo wciąga i fascynuje jak questy w Baldur's Gate ;) Poznawanie właściwości składników, czy różnic pomiędzy poszczególnymi ich typami, sprawdzanie ich możliwości w różnych formulacjach, i najlepsze - wymyślanie nowych zastosowań dla nich. 
W laboratorium wyposażonym w najlepsze, najnowsze surowce czuję się jakbym na nowo odkryła sklepy z półproduktami i możliwość tworzenia kosmetyków samodzielnie. Znów hamuję się, aby do najprostszych rzeczy nie dodawać całej szafki surowców, tylko pozostawić receptury proste i przejrzyste, spójne i sensowne.

Cóż, weryfikuję swoją znajomość INCI i uczę się od nowa czytać składy :) I mówię Wam, jeszcze bardziej cenię sobie te marki, które mają składy proste, nieprzekombinowane i spójne. 
Takie Sylveco, dajmy na to. Wielki szacun. Widzę, że pracują nad swoimi składami sami, nie polegają na gotowych mieszaninach oferowanych przed producentów, a co więcej - znają się na tym, znają wartość używanych przez siebie surowców, nie "jadą marketingowo" tylko na eksploatowanym do znudzenia oleju arganowym. I utrzymują niskie ceny, mimo że zastosowane przez nich surowce do najtańszych nie należą. 



Nawiasem mówiąc, dotarła do mnie wczoraj wielka paka z nowościami Biolaven - ciekawi? :) Postaram się szybko o nich napisać, póki co zerknęłam im w składy i nic się nie zmieniło, to jest nadal stare, dobre Sylveco :)

Cóż, wesołych świąt Wam życzę z całego serca! :) Jak widzicie, staram się nie zaniedbywać bloga, choć nie ukrywam - jest ciężko. Mam teraz jednak coraz ciekawsze tematy do przegadania z Wami, mam więc nadzieję, że nauczę się również na nowo zarządzać czymś, co bywa zwane "wolnym czasem" ;)

Trzymajcie się ciepło
Arsenic

16 komentarzy:

  1. Czyli wygląda na to, że czytanie składów tak na prawdę nie ma większego sensu gdyż i tak jest to tylko cząstka informacji o fomulacji. Głębszej analizy nie sposób wykonać poza powierzchowną oceną o ilości ekstraktów roślinnych, składników aktywnych itd. Jeden składnik np. olej mineralny nie najlepszej jakości zrobi nam kuku, a ten sam (tylko z nazwy) olej dobrej jakości będzie niósł profity dla naszej skóry. Wygląda na to, że jedyne co możemy zrobić to obserwować skórę i jej reakcję. Czyżbys pracowała w kolorówce? :D Super, że spełniasz się w swojej pracy, człowiek z pasją się nie starzeje!
    Pozdrawiam gorąco

    OdpowiedzUsuń
  2. Niesamowicie ciekawa praca:) Super, że możesz rozwijać się w tym co tak naprawdę lubisz i przede wszystkim sprawia Ci to przyjemność;) Z chęcią poczytam o różnych ciekawostkach z Twojej pracy, jeśli tylko będziesz mogła nam o nich napisać:)
    Pozdrawiam i życzę wytrwałości w tak wczesnym wstawaniu, znam ten ból ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję fajnej i satysfakcjonującej pracy!! Najważniejsze jak się lubi to, co się robi :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratuluję pracy! Można by rzec, właściwy człowiek na właściwym miejscu :) Czekam na nowości zatem!

    OdpowiedzUsuń
  5. Najważniejsze to lubić swoją pracę :) Wesołych :)

    OdpowiedzUsuń
  6. oj, to nic tylko się cieszyć, z takiej pracy :) Ja się ostatnio zastanawiałam, czy w ogóle masz czas jeszcze czytać nasze analizy składów. Jak mi się uda ogarnąć to w wolnej chwili podeślę, to co nowego odkryłam ostatnio :) A tymczasem smacznego jajka!

    OdpowiedzUsuń
  7. Podsyłaj, podsyłaj - czasem odpowiadanie na maila trwa długo, czasem nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale czytam wszystkie i swoje wnioski wyciągam. A jeśli coś mnie zainspiruje, to zbieram wszystko do kupy i tworzę post. Akcję CZYTAM SKŁAD bardzo chcę kontynuować, bo chyba warto :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj, prawda, gdy się lubi swoją pracę, to się z uśmiechem wstaje o 4 rano ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jedną z pierwszych nowości będzie serum ze stabilną witaminą C - mamy w labo próbkę tego cuda, najnowszy wynalazek japońskich technologów. Widzę tez, że jest ona dostępna za straszne pieniądze na mazidla.com, więc nie będę robiła czegoś z surowców niedostępnych nikomu. Zainteresowana? :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie jest tak źle z tym wczesnym wstawaniem :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Brzmi ciekawie :)
    Zainspirowałaś mnie i chyba pierwszy raz substancja po substancji sprawdziłam kremy na łojotokowe zapalenie skóry do recenzji. I byłam w lekkim szoku!

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale Ci zazdroszczę tej pracy :) Możesz powiedzieć coś więcej (np. gdzie pracujesz - może być prywatnie of course)?

    OdpowiedzUsuń
  13. Jasne, ze warto! jedna z najlepszych blogowych akcji jakie znam :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Chciałabym się dowiedzieć po jakich studiach trzeba być, żeby znaleźć pracę w takim laboratorium. Obecnie kończę studia I stopnia na kierunku kosmetologia. Niecierpliwie proszę o odpowiedź i pozdrawiam gorąco :)

    Justyna

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger