...ponieważ jest to taki kosmetyk, jakie bardzo, bardzo lubię. Ma niezwykle prosty i piękny skład, jest delikatny, myje porządnie i w dodatku marka, która go produkuje, jest polska. I ma ładną etykietę.
Dodatkowo, jest to produkt, który coś udowadnia - a mianowicie, że MOŻNA. Jeśli się tylko chce, to można stworzyć kosmetyk naturalny i niedrogi, którego Arsenic nie wyśmieje w recenzji.
Niektóre z Was pewnie przeczuwają już, czytając mnie od pewnego czasu, że ja gadżeciarą nie jestem. Nie jaram się uroczymi pierdółkami do makijażu, limitowanymi seriami ani bibelotami na toaletce. Te wszystkie gadżety określamy wspólnie z moim Mężczyzną mianem: FAJANS! I regularnie zmiatamy do kosza.
Serio, po napisaniu tytułu mogę zakończyć pisanie posta.
Na spotkaniu w Warszawie miałyśmy okazję z dziewczynami zobaczyć skórę swojej głowy w ogromnym zbliżeniu i dzięki temu lepiej ocenić jej stan. Zajęły się tym profesjonalnie dwie panie z firmy Organics Beauty.
Nie wiem, czy wiecie, ale ja przez całe życie jestem prześladowana z powodu mojego koloru skóry ;)
To taki trochę Dzień Świra, bo mogłabym nakręcić film o wszystkich przypadkach, podczas których dzięki komentarzom innych osób poczułam się dziwnie z faktem, że mam taką a nie inną barwę cery.
Od peerelowskiej pielęgniary, która wlepiła mi jeden punkt mniej w skali Apgar właśnie za kolor skóry*, poprzez durne rozmowy, zwykle ze starszymi osobami, które wmawiały mi przez całe życie anemię (bo na pewno ją mam, skoro jestem wege), poprzez jeszcze durniejsze rozmowy sugerujące mi wampiryzm, aż po wisienkę na czubku tortu: określenie mojej cery jako "średnio oliwkowej, ładnie i szybko się opalającej" - przez kosmetologa.