Dlaczego zaczęłam uczyć analizy kolorystycznej?



 Decyzja o rozpoczęciu szkoleń z analizy kolorystycznej dojrzewała we mnie przez wiele lat. Zgromadziłam w tym czasie ogrom wiedzy, obserwacji i własnego materiału, a największym wyzwaniem stało się znalezienie dla nich odpowiedniej formy. Chciałam stworzyć szkolenie, które nie będzie kolejnym kursem rozpoznawania „typów urody” ani spotkaniem sprowadzającym analizę do przykładania kolorowych tkanin do twarzy.

    Od początku zależało mi na czymś szerszym niż przekazanie własnego sposobu wykonywania usługi. Chciałam pokazać, jak rozumieć zjawisko, na którym analiza kolorystyczna się opiera, ponieważ dopiero taka wiedza pozwala podejmować samodzielne decyzje i świadomie budować własny warsztat.

    Właśnie z tej potrzeby powstały szkolenia.


Analiza kolorystyczna nie zaczyna się od chusty

    Od wielu lat obserwuję pewien paradoks: analiza kolorystyczna zajmuje się kolorem człowieka, a rozmowa o fizycznych i biologicznych podstawach tego koloru często bywa traktowana jak niepotrzebne komplikowanie prostego tematu.

    Optyka wydaje się zbyt naukowa. Fizjologia widzenia ma być podobno zbędnym zagłębianiem się w szczegóły. Przy melanininie wystarczy rzekomo wiedzieć, czy ktoś jest ciepły, czy chłodny. Budowa tęczówki, pigmentacja skóry i włosów, właściwości światła, wpływ oświetlenia na odbieraną barwę oraz relacje między jasnością, nasyceniem i odcieniem uznaje się czasem za interesujące dodatki, które niewiele wnoszą do codziennej pracy kolorystki.

    Dla mnie właśnie w tym miejscu pojawia się zasadnicza trudność, ponieważ analiza kolorystyczna nie istnieje w oderwaniu od świata fizycznego. Podczas pracy obserwujemy światło odbite od skóry, włosów, tęczówek, tkanin, kosmetyków i biżuterii, a następnie odbierane i interpretowane przez ludzki układ wzrokowy. Zajmujemy się pigmentami biologicznymi, których ilość, rodzaj i rozmieszczenie wpływają na wygląd człowieka. Analizujemy również barwy posiadające określone właściwości i pozostające ze sobą w konkretnych relacjach.

    Wszystko to stanowi podstawowy materiał analizy kolorystycznej. Trudno więc traktować te zagadnienia jak ciekawostki znajdujące się gdzieś na obrzeżach zawodu.

Co właściwie znaczy „zbyt naukowe”?

    Właśnie to pytanie najmocniej skłoniło mnie do stworzenia szkolenia. Od lat spotykam się z przekonaniem, że fizyka koloru, biologia pigmentacji czy antropologia człowieka wykraczają poza zakres wiedzy potrzebnej w praktyce kolorystki. Można odnieść wrażenie, że są to dziedziny interesujące dla pasjonatów, lecz niekonieczne osobom, które na co dzień wykonują analizy.

    Trudno mi jednak wskazać moment, w którym wiedza o zjawisku będącym podstawą naszej pracy staje się zbyt szczegółowa. Kolorystka nie musi być fizyczką, biologiem, antropologiem ani okulistką — podobnie jak fotograf nie musi konstruować matrycy światłoczułej, żeby robić dobre zdjęcia. Ale rozumienie podstaw własnego narzędzia pracy pozostaje jednak czymś innym niż konieczność bycia naukowcem.

    Jeżeli zawodowo interpretujemy kolor człowieka, warto wiedzieć, skąd ten kolor się bierze. Ocena jego jasności wymaga przynajmniej podstawowego rozumienia tego, czym jasność jest. Rozmowa o nasyceniu staje się bardziej precyzyjna, kiedy potrafimy odróżnić je od potocznie rozumianej „czystości”, intensywności czy kontrastu.

    Kiedy mówimy, że dana barwa zmienia wygląd skóry, dobrze jest również zastanowić się, co dokładnie ulega zmianie. Czy zmieniają się właściwości obserwowanego obiektu, czy może zmienia się nasza percepcja pod wpływem otoczenia? Jeśli używamy pojęcia pigmentacji, warto wiedzieć, czym są eumelanina i feomelanina, gdzie występują, od czego zależy ich ekspresja oraz dlaczego ludzkie ciało nie jest jednolicie pomalowaną powierzchnią.

    Ta wiedza nie jest akademickim ornamentem. Stanowi podstawowy warsztat, dzięki któremu można oddzielić to, co rzeczywiście obserwujemy, od tego, co dopiero interpretujemy, i od tego... co nam się wydaje.

Człowiek nie rodzi się jako typ kolorystyczny

    Jedną z najważniejszych kwestii, które chciałam poruszyć podczas szkolenia, jest sposób, w jaki myślimy o typologii.

    Człowiek przychodzi na świat z określonym fenotypem, a nie jako Wiosna, Lato, Jesień czy Zima. Nie rodzi się również jako Soft Summer, Deep Winter ani jako przedstawiciel żadnej innej kategorii stworzonej w ramach konkretnego systemu analizy kolorystycznej.

    Ma określoną pigmentację skóry, włosów i oczu, konkretną ilość oraz dystrybucję pigmentów, a także charakterystyczny poziom jasności poszczególnych struktur i relacje między nimi. Jego tęczówka, włosy i skóra mają własną charakterystykę, która może zmieniać się pod wpływem wieku, promieniowania UV, siwienia, zmian hormonalnych i innych procesów biologicznych. Dopiero później próbujemy ten ciągły, biologiczny krajobraz uporządkować za pomocą kategorii.

    Kategorie są przydatne i sama z nich korzystam. Pomagają porządkować dużą ilość informacji, budować palety, tworzyć próbniki, komunikować się z klientem oraz przekładać złożone obserwacje na praktyczne wskazówki, ale kategoria jest narzędziem opisu, a nie właściwością człowieka.

    Typ kolorystyczny pozostaje modelem. Człowiek jest rzeczywistością, którą próbujemy za pomocą tego modelu opisać. Każdy model coś porządkuje, a jednocześnie coś pomija, dlatego zawsze znajdzie się osoba, która nie będzie mieściła się w jednej z naszych szuflad.

Piętnaście lat patrzenia na ludzi

    Kolejnym powodem stworzenia szkolenia była potrzeba uporządkowania i przekazania wiedzy, którą zbieram od około piętnastu lat. Interesowało mnie pytanie nie tylko o to, jaki ktoś ma typ, ale także o to, dlaczego wygląda właśnie tak.

    Dlaczego dwa pozornie podobne fenotypy mogą reagować odmiennie na ten sam zakres kolorów? Dlaczego bardzo jasne oczy zachowują się różnie w zależności od poziomu nasycenia? Dlaczego włosy o tej samej nominalnej jasności potrafią dawać zupełnie inne wrażenie kolorystyczne? Co właściwie widzę, kiedy mówię, że ktoś jest „zgaszony”? Czy opisuję cechę biologiczną, relację między kilkoma cechami, efekt percepcyjny, czy może posługuję się słowem, którego znaczenie przejęłam kiedyś od kogoś innego?

    Takie pytania prowadzą dalej niż do kolejnej typologii. Otwierają drogę do fizyki światła, fizjologii widzenia, teorii barwy, biologii pigmentacji i antropologii fizycznej, a także do historii klasyfikowania ludzkich fenotypów, skal opisujących pigmentację tęczówek, badań nad melaninami, wiedzy o zmianach pigmentacyjnych zachodzących wraz z wiekiem oraz eksperymentów dotyczących percepcji barw i wpływu otoczenia na ich postrzeganie.

    W pewnym momencie staje się jasne, że analiza kolorystyczna nie jest małym, zamkniętym światem. To obszar, w którym spotyka się kilka znacznie większych dziedzin.

Nie chcę uczyć kolejnego systemu

    Ta myśl była dla mnie ważna podczas konstruowania programu. Nie chciałam stworzyć szkolenia pod tytułem „Analiza kolorystyczna metodą Aleksandry Galiszkiewicz”, po którym uczestnik otrzymałby kolejny zestaw kategorii do zapamiętania oraz instrukcję przyporządkowywania ludzi do odpowiednich przegródek.

    Nie interesuje mnie kształcenie osób, które będą pracowały dokładnie tak jak ja. Znacznie ważniejsze wydaje mi się przekazanie wiedzy pozwalającej samodzielnie myśleć o kolorze człowieka.

    Dlatego podczas szkolenia można pracować w dowolnym systemie: korzystać z dwunastu, szesnastu, czy 20+ typów, własnych palet, wachlarzy, chust czy innych narzędzi. Można również po szkoleniu zakwestionować część z tych narzędzi. Jeżeli rozumiemy, co obserwujemy, pozostają one sposobami pracy, które można dobierać do sytuacji. Kiedy natomiast brakuje rozumienia, narzędzie bardzo łatwo zaczyna zastępować myślenie.

Obserwacja to jeszcze nie analiza

    To jedna z najważniejszych rzeczy, których chcę uczyć. Zobaczyć określoną cechę to dopiero początek. Później trzeba ją zinterpretować, sformułować na jej podstawie hipotezę, przewidzieć możliwy efekt i sprawdzić, czy rzeczywiście się pojawił.

    Dlatego interesuje mnie analiza kolorystyczna rozumiana jako proces:

obserwacja → hipoteza → przewidywanie → weryfikacja

    Widzę określone cechy fenotypu i na ich podstawie formułuję hipotezę dotyczącą zakresu barw, który powinien wejść z nimi w określoną relację. Następnie przewiduję efekt i sprawdzam, czy rzeczywiście go otrzymuję.

    Jeśli rezultat okazuje się inny, nie musi to oznaczać, że człowiek jest „trudny”. Być może moja hipoteza była błędna, obserwacja niepełna albo przyjęty model okazał się niewystarczający.

    Ta różnica ma dla mnie fundamentalne znaczenie. Wynik analizy nie jest objawieniem kolorystki, lecz wnioskiem wyprowadzonym z obserwacji — takim, który powinien dać się uzasadnić. Kiedy pojawiają się nowe dane, można go również skorygować. 

Dlaczego bez chust?

    Nigdy nie budowałam metody pracy wyłącznie na tym narzędziu. Same chusty mogą być bardzo użyteczne, a ja nie mam nic przeciwko ich stosowaniu. Trudność pojawia się wtedy, gdy zaczynają zastępować rozumowanie.

    Jeśli wiem, jakie cechy obserwuję, potrafię sformułować hipotezę dotyczącą potrzebnego zakresu barw i ocenić rezultat, mogę zweryfikować ją za pomocą chusty, ubrania, kosmetyku, biżuterii czy dowolnego innego barwnego obiektu.

    Jeśli natomiast znam wyłącznie procedurę przykładania kolejnych materiałów i oczekiwania, aż „coś się wydarzy”, pozostaję zależna od zestawu, który akurat mam przed sobą.

    Tymczasem klient po wyjściu z gabinetu nie będzie chodził po świecie z walizką chust. Będzie wybierał swetry, marynarki, sukienki, oprawki okularów, pomadki, farby do włosów i tysiące odcieni, których nie znajdzie w żadnym gotowym zestawie.

    Analiza powinna dawać klientowi większą samodzielność w codziennych wyborach. Żeby było to możliwe, osoba wykonująca analizę również musi rozumieć zasady, a nie tylko obsługiwać narzędzie.

Chcę szerzyć wiedzę, a nie strzec tajemnicy

    Jest jeszcze jedna, bardzo prosta motywacja: uważam, że wiedzą trzeba się dzielić.

    Przez piętnaście lat wypracowałam własny sposób patrzenia na ludzkie fenotypy i zebrałam ogrom obserwacji. Sięgałam po książki, artykuły i badania, do których prawdopodobnie nigdy bym nie dotarła, gdyby nie potrzeba znalezienia odpowiedzi na kolejne pytania. 

    Mogłabym potraktować tę wiedzę jako przewagę konkurencyjną i pilnować jej jak rodzinnego przepisu na nalewkę. Nie widzę jednak większego sensu w zamienianiu doświadczenia w tajemnicę.

    Jeśli uważam, że analiza kolorystyczna może być wykonywana lepiej — bardziej świadomie, metodologicznie, z większym zrozumieniem człowieka i koloru — naturalną konsekwencją jest dla mnie próba przekazania tej wiedzy dalej.

    Nie zależy mi na stworzeniu armii kolorystek pracujących identycznie jak ja. Chciałabym raczej, żeby po szkoleniu uczestnik miał więcej pytań niż przed nim, a jednocześnie znacznie lepsze narzędzia do szukania odpowiedzi. Żeby potrafił powiedzieć: „Nie wiem”, a potem wiedział, jak to sprawdzić. Żeby umiał zakwestionować własną pierwszą interpretację i żeby wreszcie rozróżniał, które elementy jego warsztatu wynikają z fizycznych właściwości barwy i biologii człowieka, które są użytecznym modelem, które stanowią konwencję, a które są jedynie tradycją przekazywaną z jednego kursu na drugi.

Analiza kolorystyczna zasługuje na więcej

    Być może właśnie to jest najkrótsza odpowiedź na pytanie, dlaczego zdecydowałam się szkolić.

    Uważam, że analiza kolorystyczna zasługuje na więcej niż zestaw regułek. To fascynujący obszar na styku biologii człowieka, fizyki światła, psychofizjologii widzenia, teorii barwy, antropologii i praktyki wizerunkowej. Im głębiej w niego wchodzę, tym mniej wydaje mi się banalny. Tym bardziej dziwi mnie, że wiedza o mechanizmach stojących za tym wszystkim bywa określana jako „zbyt naukowa”.

    Tam, gdzie istnieje wiedza, chcę korzystać z wiedzy; tam, gdzie mamy model, nazywać go modelem; tam, gdzie pozostaje interpretacja, mówić o niej właśnie jako o interpretacji. A przede wszystkim uczyć patrzenia na człowieka, bo to człowiek był pierwszy, a typologię dopisaliśmy później.

Sprawdź ofertę i terminy szkoleń:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Arsenic - naturalnie z przekorą , Blogger