Co właściwie robi u mnie AI?
Od lat próbuję sprawić, żeby dostępne mi narzędzia pokazały to, co mam w głowie. AI nie rozpoczęło tej pracy, ale po raz pierwszy dało mi narzędzie, które za nią nadąża.
W 2021 roku napisałam na Instagramie tekst o świetle widzialnym, falach elektromagnetycznych, absorpcji i odbiciu światła, receptorach znajdujących się w siatkówce oraz obrazie, który ostatecznie powstaje w mózgu, a zilustrowałam go filiżanką kawy. Zielonej kawy, dodajmy, chociaż kawa oczywiście zielona nie była.
Wzięłam zdjęcie, które miałam, i za pomocą filtrów w telefonie zmieniłam jego barwę tak, żeby pokazywało to, o czym chciałam opowiedzieć. Dzisiaj trochę mnie to bawi, ale właściwie bardzo dobrze pokazuje mój ówczesny warsztat: pomysł miałam konkretny, wiedziałam, jaki efekt chcę osiągnąć, więc próbowałam wycisnąć go z narzędzi, które akurat miałam pod ręką.
Przez lata robiłam to samo na dziesiątki sposobów, zestawiając znalezione zdjęcia, dodając próbki Pantone, zmieniając barwy filtrami i budując proste kolaże, kiedy chciałam pokazać jakąś konkretną relację między kolorami. Harmonię kolorystyczną przedstawiałam za pomocą figur geometrycznych, czasem przygotowywałam planszę z tekstem na jednolitym tle, a bardzo często wpisywałam tekst bezpośrednio w relacji na Instagramie, robiłam screena i miałam grafikę.
Patrzę dzisiaj na te materiały z dużym rozbawieniem, ale nie mam potrzeby się ich wypierać, ponieważ widać w nich coś, co właściwie się nie zmieniło: zawsze próbowałam używać obrazu do tłumaczenia tego, o czym piszę, tylko moje możliwości techniczne były znacznie skromniejsze niż to, co chciałam pokazywać. Mogłam przeczytać badanie, zrozumieć mechanizm, przełożyć go na analizę kolorystyczną i napisać o nim kilka stron, natomiast kiedy przychodziło do zilustrowania tego samego mechanizmu, zostawałam ze zdjęciami, które udało mi się znaleźć, filtrami w telefonie i umiejętnościami graficznymi, które nigdy nie były szczególnie imponujące.
Przez 17 lat prowadzenia Arsenic nie nauczyłam się projektowania graficznego, a Canva też jakoś nie wywołała we mnie nagłego pragnienia zdobycia tej kompetencji. Wiem, że dla wielu osób zrobienie czegoś w Canvie to „kilka kliknięć”, tyle że dla mnie te kilka kliknięć oznacza szukanie elementów, dopasowywanie ich, przesuwanie, układanie i próbę zbudowania z dostępnych klocków czegoś, czego żaden z tych klocków właściwie nie przedstawia, a nie widzę szczególnego powodu, dla którego narzędzie wygodne dla kogoś innego miałoby automatycznie być wygodne również dla mnie.
I wtedy pojawiło się generatywne AI
I właśnie w tym miejscu pojawiło się generatywne AI, które nie rozpoczęło tej pracy, ale po raz pierwszy dało mi narzędzie, które za nią nadąża.
Najważniejszą zmianą nie jest dla mnie możliwość robienia „ładniejszych grafik”, chociaż nie będę ukrywać, że bardzo się z niej cieszę, lecz możliwość rozpoczęcia pracy nad obrazem od tego, co mam w głowie, zamiast od tego, co udało mi się znaleźć. Jeżeli piszę o pigmentacji, mogę zastanowić się, co dokładnie chcę pokazać w skórze, jeżeli interesuje mnie wpływ światła na postrzeganie koloru, mogę zacząć od zachowania światła, a kiedy potrzebuję konkretnej faktury, przezierności, układu barw albo biologicznego detalu, opisuję właśnie to, zamiast zastanawiać się, czy gdzieś istnieje zdjęcie, które przypadkiem wystarczająco dobrze pasuje do mojego tekstu.
Wygenerowanie pierwszego obrazu rzadko kończy pracę, ponieważ muszę jeszcze sprawdzić, czy rzeczywiście przedstawia on to, czego potrzebuję. Światło może zachowywać się bez sensu, anatomia może się nie zgadzać, kolor może mieć niewłaściwe parametry, a kompozycja prowadzić wzrok w zupełnie innym kierunku, niż zamierzałam; czasem wszystko jest merytorycznie w porządku, ale człowiek wygląda jak plastikowa lalka albo całość jest zwyczajnie brzydka, więc zmieniam założenia, doprecyzowuję je i robię kolejną wersję, a potem następną, jeżeli nadal jej potrzebuję.
Podobnie powstała identyfikacja wizualna Arsenic, którą w ostatnich miesiącach zaczęłam wreszcie świadomie budować, określając typografię, kolory, sposób używania światła i materii, charakter ilustracji, stopień realizmu, wygląd ważki oraz sposób przedstawiania człowieka. Coraz lepiej wiem również, czego w niej nie chcę, dlatego odrzucam rozwiązania, które do niej nie pasują, a AI nie wymyśliło mi tej identyfikacji, ale dało mi możliwość jej zbudowania bez konieczności zostania po drodze graficzką.
Właśnie dlatego nie mam problemu z nazywaniem AI narzędziem, ponieważ narzędzie może radykalnie zwiększyć moje możliwości, ale nie dostarcza mi automatycznie kompetencji potrzebnej do oceny rezultatu. Kalkulator nie wie, jakie równanie trzeba ułożyć, aparat nie wie, co warto sfotografować, a maszyna do pisania nie wie, co warto napisać; generatywna sztuczna inteligencja jest oczywiście znacznie bardziej złożona i samodzielna niż wszystkie te przykłady, dlatego również znacznie więcej potrafi, ale nadal ktoś musi wiedzieć, czego od niej chce, a później umieć ocenić, czy to, co dostał, ma sens.
W mojej pracy ma to szczególne znaczenie, ponieważ bardzo często tworzę materiały edukacyjne, a jeżeli na wizualizacji anatomia jest błędna albo światło robi coś, czego światło robić nie może, piękny obraz nadal pozostaje błędnym obrazem. Odpowiedzialność za to, co publikuję pod własnym nazwiskiem, jest moja niezależnie od tego, czy użyłam aparatu, filtrów w telefonie, programu graficznego czy generatora obrazu, dlatego również w przypadku AI potrzebuję wiedzieć, co właściwie oglądam i czego powinnam od tego obrazu wymagać.
Gdzie stawiam granice?
Mam też dość jasno określone granice tego, do czego chcę AI używać. Nie interesuje mnie tworzenie prac mających przypominać twórczość konkretnego artysty ani podrabianie czyjegoś języka wizualnego, ponieważ moje wizualizacje nie mają nikogo naśladować, tylko pokazywać zjawisko, o którym chcę opowiedzieć, pozostawać zgodne z fizyką i biologią tam, gdzie ma to znaczenie, oraz wyglądać tak, jak mnie się podoba. Nie używam również wygenerowanego obrazu jako dokumentacji rzeczywistości, bo jeżeli potrzebuję pokazać rzeczywistą osobę, przedmiot czy zdarzenie, potrzebuję rzeczywistego zdjęcia.
Kiedy patrzę dzisiaj na swoje stare grafiki, nie widzę więc historii pod tytułem „kiedyś robiłam wszystko sama, a teraz robi to za mnie AI”, tylko ciągłość pracy, którą wykonuję od dawna, próbując przełożyć to, co mam w głowie, na formę wizualną. Używałam do tego zdjęć, filtrów, prostych kolaży, próbek Pantone, tekstu na kolorowym tle i wszystkiego, co było w moim zasięgu, natomiast teraz zmieniło się narzędzie i po raz pierwszy od 17 lat prowadzenia Arsenic mam poczucie, że jego możliwości zaczynają nadążać za moimi pomysłami. Mogę więc wrócić do tekstu z 2021 roku o świetle widzialnym i zamiast zastanawiać się, jakie zdjęcie mam w telefonie oraz co uda mi się zrobić z nim filtrami, zacząć od pytania, które od początku powinno być najważniejsze: co właściwie chcę pokazać, dzięki czemu filiżanka tym razem może spokojnie zostać w szafce.
Jeżeli chcecie zobaczyć, co z tego wszystkiego wychodzi w praktyce, zapraszam na mój Instagram. To właśnie tam publikuję większość nowych wizualizacji, pokazuję, nad czym aktualnie pracuję, i bardzo często możecie zobaczyć efekt rozmów, które zaczynają się od mojego „mam pomysł, tylko nie wiem jeszcze, jak go pokazać”. Arsenic istnieje tam od lat, więc można też zejść odpowiednio głęboko w profil i samodzielnie obejrzeć całą tę ewolucję — od zielonej kawy robionej filtrami w telefonie po to, co tworzę dzisiaj.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz